Ogrzewanie podłogowe coraz częściej wygrywa z tradycyjnymi grzejnikami w nowych budynkach, ale ma także mankament odczuwalny przez domowników. To bezwładność cieplna, która sprawia, że system reaguje na zmiany pogody znacznie wolniej niż klasyczne instalacje.
Jeszcze kilka lat temu podłogówka uchodziła za nowoczesne i dość ekskluzywne rozwiązanie, wybierane przez nielicznych. Obecnie w wielu domach jednorodzinnych to podstawowy system grzewczy, który montuje się zamiast kaloryferów.
Największą zaletą takiego ogrzewania jest równomierne oddawanie ciepła z całej powierzchni podłogi. W odróżnieniu od systemów z kaloryferami ciepło nie pochodzi z jednego punktu, dzięki czemu temperatura w pomieszczeniu jest bardziej wyrównana, a użytkownicy odczuwają wyższy komfort cieplny.
Jak zwraca uwagę Onet, podłogówka nie musi oznaczać wysokich kosztów ogrzewania. System bardzo dobrze współpracuje z pompami ciepła oraz innymi niskotemperaturowymi źródłami ciepła. Taka współpraca pozwala uzyskać wysoką efektywność i ograniczyć zużycie energii, co przyciąga inwestorów szukających oszczędności.
Wada ukryta pod wylewką
Elementy grzewcze znajdują się pod warstwą wylewki, która magazynuje ciepło przez długi czas. To sprawia, że instalacja znacznie wolniej niż grzejniki reaguje na zmianę ustawień termostatu.
Po ograniczeniu lub wyłączeniu ogrzewania podłoga nadal oddaje zgromadzone ciepło. Gdy pogoda zmienia się gwałtownie, pomieszczenia mogą się przegrzewać, a temperatura bywa wyższa, niż ustawili mieszkańcy.
Kiedy problem daje o sobie znać
Najbardziej uciążliwe jest nagłe ochłodzenie, które często zdarza się wiosną i jesienią. Wtedy podłogówka potrzebuje więcej czasu na podniesienie temperatury we wnętrzu niż tradycyjne systemy oparte na grzejnikach.
Osoby planujące montaż ogrzewania podłogowego powinny mieć świadomość tego ograniczenia. W okresach przejściowych trzeba liczyć się z wolniejszym dochodzeniem do zadanej temperatury i większą bezwładnością całego budynku.
Źródło: WNP.PL, Fot. Shutterstock/Spok83

