Koniec taniego tankowania. Kierowcy płacą więcej, a ryzyka dla cen paliw wciąż wiszą w powietrzu

Od 1 lipca na stacjach paliw widać podwyżki. Pakiet CPN przeszedł do historii, VAT wrócił z 8 do 23 procent, a ceny benzyny i diesla skoczyły o 50–80 groszy na litrze. Program, który chronił kierowców przed skutkami kryzysu w Zatoce Perskiej, kosztował budżet państwa nawet 1,6 miliarda złotych miesięcznie. Zdaniem analityków to był dobry moment na zakończenie interwencji, ale ryzyko ponownego wzrostu cen wcale nie zniknęło.


Benzyna Pb95 kosztuje dziś na większości stacji od 6,50 do 6,80 zł za litr, diesel zaś – od 6,70 do 6,99 zł. To wciąż mniej niż w szczycie kryzysu pod koniec marca, gdy diesel dochodził do 8,75 zł, a benzyna do 7,16 zł. Wtedy rząd wprowadził pakiet CPN: obniżył VAT, czasowo zmniejszył akcyzę i ustanowił maksymalne ceny na stacjach. Dzięki temu Polska – obok Malty – miała najniższe ceny paliw w Unii Europejskiej. Program kosztował jednak miesięcznie od 1 do 1,6 mld zł.

– Najwyższy czas pożegnać się z CPN-em – mówi Rafał Zywert, dyrektor działu prognoz i analiz BM Reflex. – Ropa Brent kosztuje obecnie około 73 dolary za baryłkę, a diesel na rynku ARA spadł poniżej 920 dolarów. To pozwoliło wyjść z programu bez ryzyka natychmiastowego szoku.

Koniec kosztownej interwencji

Zakończenie pakietu CPN oznacza powrót do rynkowych mechanizmów kształtowania cen. Rząd zdecydował się na ten krok mimo wcześniejszych zapowiedzi, że ostateczna decyzja będzie zależeć od sytuacji na światowych rynkach. Warunkiem było utrzymanie się ropy w okolicach 80 dolarów i diesla poniżej 1000 dolarów – oba zostały spełnione. – Pakiet od początku był rozwiązaniem nadzwyczajnym – podkreśla Rafał Zywert. – W praktyce najwięcej skorzystali na nim kierowcy indywidualni. Firmy transportowe, które rozliczają paliwo po cenach netto, odczuły go w ograniczonym stopniu.

Dla budżetu państwa oznacza to odzyskanie części utraconych dochodów. Dla kierowców – wyższe rachunki na stacjach, ale wciąż niższe niż w najostrzejszej fazie kryzysu. To jednak nie koniec obaw.

Ryzyka pozostają

Największa niewiadoma to sytuacja w Zatoce Perskiej. Choć ceny ropy spadły, rynek wciąż czeka na pełne odblokowanie cieśniny Ormuz. Przed wojną przepływało tędy około 140 statków dziennie, dziś jest ich o połowę mniej. Trwa rozminowywanie szlaku, a obowiązujące 60-dniowe memorandum między Iranem a USA daje tylko chwilowe uspokojenie. – Rynek nie wierzy w powrót do pełnoskalowej wojny, ale niepewność pozostaje ogromna – ocenia Rafał Zywert. – Eksport z Bliskiego Wschodu może wrócić do wysokiego poziomu dopiero w czwartym kwartale, ale są też opinie, że z powodu zniszczeń nie wróci już do stanu sprzed kryzysu.

Do tego dochodzą inne czynniki: zapasy ropy na świecie wciąż lekko spadają, a Stany Zjednoczone wchodzą w sezon huraganowy. Amerykański eksport ropy, który ogranicza konieczność importu, może zostać zakłócony przez sztormy. – Póki jest popyt na eksport, Amerykanie uszczuplają zapasy, a odbudują je później – mówi analityk BM Reflex. – W dłuższym okresie prognozy są bardzo niepewne.

O tym, czy ceny pozostaną w obecnym przedziale, zadecydują teraz przede wszystkim notowania ropy, kurs dolara i tempo odbudowy globalnych zapasów. Kierowcy muszą więc przywyknąć do myśli, że tanie tankowanie było jedynie epizodem, a ryzyko kolejnych podwyżek wcale nie minęło.

Źródło: WNP.PL, Fot. Leszek Szymański / PAP

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Tagi:

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com