Po zakończeniu państwowych dopłat rynek samochodów elektrycznych w Polsce nie tylko nie wyhamował, ale odnotowuje dynamiczny wzrost. Operatorzy stacji ładowania rozbudowują sieć, a prognozy zakładają skok liczby sesji ładowania z 18 mln w 2026 roku do ponad 200 mln do końca dekady.
– Elektromobilność wyszła już z momentu, kiedy wszyscy wieszczyli jej koniec – mówi w Kanale Gospodarczym WNP Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Nowej Mobilności.
Polska sieć liczy już ponad 12,5 tys. punktów ładowania w około 5,5 tys. lokalizacji. Coraz większy udział mają stacje szybkiego ładowania DC oraz rozbudowane huby przy głównych trasach komunikacyjnych. – Coraz mniej patrzymy na liczbę punktów, a coraz bardziej na ich jakość. Interesuje nas wzrost liczby hubów ładowania i coraz wyższe moce – 150, 200 czy 350 kW na punkt – podkreśla Mazur.
Huby ładowania nowym standardem
Jeszcze kilkanaście lat temu pierwszy ogólnodostępny punkt w Polsce obsługiwał samochody z mocą 16 kW. Dziś producenci mówią o ładowaniu przekraczającym 1 MW. Jak wyjaśnia prezes PSNM, przyszły system będzie opierał się na kilku modelach jednocześnie: w miastach potrzebne będą punkty do nocnego ładowania dla mieszkańców bloków, a między aglomeracjami – szybkie huby umożliwiające ładowanie w kilkanaście minut.
Paradoksem rynku jest to, że infrastruktura rozwijała się szybciej niż liczba aut elektrycznych. Poziom wykorzystania publicznych stacji wynosi obecnie około 3-4 proc., co jest poniżej progu rentowności dla operatorów. Mimo to w atrakcyjnych lokalizacjach pojawiają się już kolejki. – Historycznie infrastruktura rozwijała się szybciej niż rynek pojazdów i cały czas czekamy na falę samochodów – tłumaczy Mazur. Huby mają rozwiązać ten problem, bo samochody zatrzymują się tam na kilkanaście minut, co zwiększa rotację.
Energia największym wyzwaniem
Główną barierą rozwoju elektromobilności nie jest już popyt, lecz dostęp do energii. Dotyczy to zwłaszcza lokalizacji przy autostradach i drogach ekspresowych, gdzie operatorzy muszą doprowadzać przyłącza na odległość setek metrów, a czasem kilkunastu kilometrów. – To jest dziś jedno z największych wyzwań branży – mówi Mazur. Bez przyspieszenia procesów administracyjnych trudno będzie zrealizować elektryfikację transportu ciężkiego, gdzie pojedyncze lokalizacje będą potrzebowały kilku czy kilkunastu megawatów.
Po zakończeniu dopłat wielu spodziewało się spowolnienia, tymczasem sprzedaż aut elektrycznych utrzymuje się na wyższym poziomie niż rok wcześniej. Średnia cena nowego elektryka to ok. 210 tys. zł, a auta spalinowego ok. 190 tys. zł – różnica stopniowo maleje. Dodatkowo na rynku pojawia się coraz więcej modeli z segmentów masowych. – Elektromobilność staje się dla Polski projektem gospodarczym. Wkraczamy na ten rynek jako kraj z dużymi ambicjami – podsumowuje Maciej Mazur.
Źródło: WNP.PL, Fot. r.classen / Shutterstock

