Najlepsze polskie myśliwce mają istotną wadę. Zapłacimy za to słone rachunki

Pierwsze trzy polskie F-35, nazwane „Husarz”, wylądowały w Łasku pod koniec maja 2026 roku. Do końca roku ma ich być 14, a docelowo – 32 maszyny zakupione za około 20 miliardów złotych. Problem w tym, że otrzymaliśmy samoloty w wersji przejściowej – bez nowego radaru AN/APG-85 i z niepełnym pakietem modernizacyjnym Block 4. Co gorsza, amerykańskie raporty wskazują, że tylko jedna czwarta floty F-35 jest w danym momencie gotowa do walki.

Gdy emocje po oficjalnej ceremonii przyjęcia myśliwców opadły, na światło dzienne wyszły kwestie, które w atmosferze świętowania były przemilczane. Najdroższy program zbrojeniowy w historii USA – wart już ponad 2 biliony dolarów w całym cyklu życia – od lat zmaga się z niską gotowością bojową, brakiem części zamiennych i opóźnieniami w modernizacji. Polskie Husarze nie są wyjątkiem: maszyny dostarczono bez kluczowego radaru i z ograniczonym oprogramowaniem TR-3/Block 4, którego pełna integracja przesunięta została na 2031 rok.

Koszty utrzymania floty to miliard złotych rocznie – i to przez dziesiątki lat. Do tego dochodzą wydatki na paliwo (ponad 5 tysięcy litrów na godzinę lotu), szkolenie pilotów (11-12 milionów dolarów od zera) oraz konieczność wysyłania maszyn do USA lub Włoch w przypadku poważniejszych napraw. Brak offsetu oznacza, że nie mamy możliwości produkcji części zamiennych w kraju.

Kadrowa dziura i brak zdolności serwisowych

Dla 32 samolotów potrzeba co najmniej 50-60 pilotów oraz setek techników i inżynierów. – Dla 32 samolotów F-35 będziemy potrzebować przynajmniej 50-60 pilotów. Dobrze, że maszyny te wymagają jedynie jednego pilota – powiedział gen. pil. Tomasz Drewniak, były Inspektor Sił Powietrznych. Według amerykańskich norm na jeden myśliwiec powinno przypadać 90 osób personelu obsługi. Tymczasem na szkolenie do USA wysłano dotąd 93 techników – to zaledwie fundament potrzeb.

Równie poważnym wyzwaniem jest budowa własnego zaplecza serwisowego. Bez krajowego systemu naprawczego możemy powielić los amerykańskich F-35, z których – według raportu GAO z czerwca 2026 roku – 600 z ponad 800 maszyn nie ma pełnej zdolności bojowej, a 400 nie może wykonać żadnego zadania. Pentagon, zamiast karać producenta, wnioskuje o 21 miliardów dolarów na zakup kolejnych 85 egzemplarzy w budżecie na 2027 rok.

Miecz czy tarcza? Geopolityczne przesłanie zakupu

Mimo technologicznych niedociągnięć, F-35 pozostaje kluczowym elementem budowy przewagi powietrznej i zdolności uderzeniowych. – Jeśli chcemy zwiększać zdolności odstraszania, to przewaga w powietrzu jest jednym z ich fundamentów. Rozbudowa „miecza”, czyli środków mogących daleko i boleśnie uderzyć w przeciwnika, to obecnie główna zasada – stwierdził gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego WP. Zapowiedział też zakup kolejnych dwóch eskadr, także w kontekście nuclear sharing.

Gen. Tomasz Drewniak dodaje: – Musimy zadać sobie pytanie: Do czego ma ten samolot służyć? Czy mamy biernie bronić części Polski, będącej rosyjską strefą antydostępową, która ciągnie się od Królewca przez Białoruś i sięga przynajmniej do Wisły? Czy też wejść aktywnie do rosyjskiej strefy antydostępowej, zrobić porządek i ją zlikwidować? Jestem za drugim rozwiązaniem.

Polska stawia na ofensywny potencjał F-35, ale za tę zdolność przyjdzie nam płacić nie tylko w dolarach, ale i w logistycznych wyzwaniach. O rozwoju i finansowaniu branży obronnej będziemy rozmawiać 14 października w Katowicach na konferencji „Przemysł dla Obronności”.

Źródło: WNP.PL, Fot. Materiały prasowe / ZOOM MON / mł. chor. Rafał Samluk / Combat Camera Poland

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Tagi:

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu