Formalnie Polska dysponuje sześcioma dywizjami wojsk lądowych, jednak w razie wojny z Rosją natychmiast do walki mogłyby wejść tylko dwie. Kolejne jednostki są w trakcie formowania lub funkcjonują w starszej strukturze, co opóźnia ich gotowość bojową nawet o 30 dni.
Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, od pierwszych godzin konfliktu realnie zdolne do podjęcia walki są jedynie 16. i 18. dywizja zmechanizowana. Obie stacjonują na wschodzie kraju, ale nawet one nie zakończyły jeszcze formowania wszystkich nowych pododdziałów.
Dwie kolejne dywizje – 1. Dywizja Piechoty Legionów oraz 8. Dywizja Piechoty Armii Krajowej – znajdują się na etapie organizacji. Ich struktury są uzupełniane, a pełną gotowość osiągną nie wcześniej niż za kilka miesięcy.
Dywizje zachodnie – trzon rezerwy
Pozostałe dwie dywizje to jednostki „zachodnie”: 11. i 12. Zostały utworzone wcześniej i działają w przestarzałym układzie trzybrygadowym, z pułkiem artylerii zamiast pełnej brygady. Dla porównania, dywizje wschodnie mają po cztery brygady i oddzielną brygadę artylerii.
– Te dywizje są częściowo skadrowane, co oznacza, że wchodzące w ich skład jednostki muszą mieć uzupełnione stany osobowe przed wejściem do walki – czytamy w „Rzeczpospolitej”. Większość pododdziałów nie byłaby zdolna do boju w pierwszym dniu wojny. Na osiągnięcie pełnej gotowości potrzebowałyby prawdopodobnie od kilkunastu do nawet 30 dni.
Konsekwencje dla bezpieczeństwa Polski
Tak niski odsetek jednostek pierwszorzutowych budzi niepokój w kontekście rosnącego zagrożenia ze strony Rosji. Polska od lat modernizuje armię, kupując nowy sprzęt, jednak tempo formowania nowych dywizji odbiega od potrzeb.
Eksperci zwracają uwagę, że dwa z sześciu dywizji wschodnich to jednostki w trakcie tworzenia, a dwa zachodnie wymagają mobilizacji i przeszkolenia rezerw. W praktyce oznacza to, że w razie ataku kraj dysponowałby tylko dwiema w pełni gotowymi dywizjami, co może być niewystarczające do obrony wschodniej flanki NATO.
Źródło: WNP.PL na podstawie „Rzeczpospolitej”, Fot. PAP/Tomasz Waszczuk

