Formalnie Polska dysponuje sześcioma dywizjami wojsk lądowych, jednak w razie wojny z Rosją natychmiast do walki mogłyby wejść tylko dwie. Dwie kolejne są w trakcie formowania, a pozostałe dwie „zachodnie” funkcjonują w starszej strukturze i nie są uznawane za pierwszorzutowe. Pełną gotowość bojową większość pododdziałów osiągnęłaby dopiero po kilkunastu, a nawet 30 dniach.
Polska ma dziś w teorii sześć dywizji wojsk lądowych, ale w razie wojny z Rosją od pierwszych godzin realnie do walki mogłyby wejść tylko dwie z nich – 16. i 18. dywizja zmechanizowana – wskazuje „Rzeczpospolita”. Nawet one jednak nie zakończyły jeszcze formowania wszystkich nowych jednostek – wyjaśnia dziennik.
Dwie kolejne dywizje są na etapie formowania. To 1. Dywizja Piechoty Legionów i 8. Dywizja Piechoty Armii Krajowej. Tak wygląda obecna sytuacja na wschodnich rubieżach Polski. To właśnie na wschodzie, wzdłuż granicy z Rosją i Białorusią, skoncentrowane są najbardziej rozbudowane jednostki. Decyzje o ich utworzeniu zapadły po 2022 roku, gdy pełnoskalowa agresja na Ukrainę uświadomiła polskim decydentom skalę zagrożenia.
Stan polskiej armii – fakty i liczby
Co z pozostałymi dwiema dywizjami? „Rz” wyjaśnia, że ich sytuacja jest mniej jednoznaczna. To tzw. dywizje „zachodnie”, utworzone wcześniej i funkcjonujące w starszym, trzybrygadowym układzie organizacyjnym, z pułkiem artylerii zamiast pełnej brygady artylerii. Dla porównania, dywizje rozmieszczone na wschodzie kraju mają po cztery brygady oraz oddzielną brygadę artylerii.
Tymi dwiema, dawno sformowanymi dywizjami, które jednak nie są uznawane za pierwszorzutowe (tzw. tier 2), są dywizje zachodnie: 11. i 12. Dywizje te są częściowo skadrowane, co oznacza, że wchodzące w ich skład jednostki muszą mieć uzupełnione składy osobowe przed wejściem do walki – czytamy. Większość ich pododdziałów nie byłaby więc zdolna do podjęcia walki już w pierwszym dniu wojny. Na osiągnięcie pełnej gotowości bojowej potrzebowałyby prawdopodobnie od kilkunastu do nawet 30 dni – podsumowuje „Rzeczpospolita”.
Co oznacza to dla bezpieczeństwa Polski?
Różnice w stanie gotowości polskich dywizji budzą poważne pytania o zdolność kraju do obrony przed nagłym atakiem. W czasie, gdy jednostki wschodnie są w stanie podjąć walkę w ciągu kilku godzin, zachodnie potrzebują tygodni na mobilizację. To oznacza, że w przypadku szybkiej ofensywy Rosja mogłaby wykorzystać tę lukę, uderzając zanim siły rezerwowe zdążą się skonsolidować.
Eksperci zwracają uwagę, że proces formowania nowych dywizji – 1. i 8. – postępuje, ale wciąż daleko mu do zakończenia. Wymaga to nie tylko uzupełnienia sprzętu, ale przede wszystkim wyszkolonych żołnierzy. W obecnym tempie pełna gotowość tych jednostek może być osiągnięta dopiero za kilka lat. To stawia pod znakiem zapytania harmonogram modernizacji sił zbrojnych, który zakładał osiągnięcie zdolności obronnych na poziomie 300 tysięcy żołnierzy do końca dekady.
Sytuacja pokazuje, że pomimo ogromnych nakładów na obronność, kluczowe znaczenie ma nie tylko liczba jednostek, ale ich faktyczna gotowość bojowa. Decydenci w Warszawie muszą pilnie odpowiedzieć na pytanie, czy priorytetem jest tworzenie nowych struktur, czy doposażenie i przeszkolenie już istniejących. Tym bardziej, że zagrożenie ze wschodu wcale nie maleje.
Źródło: WNP.PL, Fot. PAP/Tomasz Waszczuk

