Polska porzuca defensywną doktrynę i stawia na uderzenie wyprzedzające. Nowy Program Rozwoju Sił Zbrojnych do 2039 roku zakłada, że armia ma niszczyć źródła zagrożenia daleko poza własnymi granicami, jeszcze zanim przeciwnik zdąży uderzyć. To fundamentalna zmiana w myśleniu o bezpieczeństwie kraju.
Przez lata polska strategia obronna opierała się na klasycznej zasadzie: bronić terytorium, odpierać ataki, a dopiero po osłabieniu przeciwnika przechodzić do kontruderzenia. Dziś ta logika się kończy. Współczesna wojna zaczyna się od rakiet balistycznych, dronów i ataków cybernetycznych, a nie od czołgów na granicy. Polski Sztab Generalny uznał, że czekanie na wroga to proszenie się o klęskę.
Podczas prezentacji Programu Rozwoju Sił Zbrojnych RP do 2039 r. gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego WP, stwierdził, że dotychczasowa strategia obronna się wyczerpała. Same zdolności defensywne już nie wystarczą. Myślą przewodnią nowego planu jest zmiana paradygmatu w zakresie odstraszania poprzez pozyskanie i rozwój zdolności do skutecznych systemów rażenia mogących neutralizować punkty ciężkości przeciwnika i przeprowadzania precyzyjnych uderzeń na jego zaplecze.
Nowa doktryna: od obrony do uderzenia wyprzedzającego
Koncepcja uderzenia wyprzedzającego nie jest nowa w debacie strategicznej, ale dopiero teraz trafiła do oficjalnych planów. – Może dojść do sytuacji, kiedy w budowie Wielkiej Rosji Kreml nie zatrzyma się na Ukrainie. Dlatego Polska i NATO powinny rozwijać nowe zdolności obronne. Współczesna doktryna wymaga inicjatywy. Zdolność do uderzenia wyprzedzającego jest warunkiem skutecznej obrony, która nie może polegać na czekaniu na przeciwnika. Musimy mieć zdolność uderzenia na ich zgrupowania, zanim wejdą w kontakt bojowy – powiedział gen. Stanisław Koziej, były szef BBN.
– Klasyczna obrona warstwowa jest konieczna, ale niewystarczająca. Współczesny przeciwnik buduje systemy antydostępowe (A2/AD), które trzeba przełamać, a nie tylko odpierać. Dlatego Polska musi przejść od modelu „blokowania ataku” do modelu „karania przeciwnika”, czyli zadawania strat daleko poza własnym terytorium. To właśnie takie zdolności głębokiego, precyzyjnego rażenia są obecnie fundamentem nowego modelu odstraszania – dodał gen. Kukuła.
Polski arsenał rakietowy – co mamy, czego potrzebujemy
Realne odstraszanie wymaga wielu rakiet dalekiego zasięgu. Tych jednak dziś Polsce brakuje. Wojsko dysponuje już 75 wyrzutniami WR-40 Langusta z pociskami Feniks-Z o zasięgu 42 km, a także 20 wyrzutniami M142 HIMARS z pociskami GMLRS (70-80 km) i ATACMS (300 km). Ponadto trwają negocjacje z USA w sprawie produkcji rakiet GMLRS w Polsce. Koreański Homar-K (290 modułów) z pociskami o zasięgu 80-160 km oraz KTSSM (290 km) uzupełnia arsenał.
Przełomem jest jednak umowa PGZ z amerykańską firmą Anduril na produkcję w Bydgoszczy pocisków manewrujących Barracuda-500M o zasięgu około 930 km. – Zrobiliśmy pierwszy krok do pełnej suwerenności w produkcji amunicji rakietowej do 100 km. To jednak nie wszystko. Ten przełomowy kontrakt oznacza, że pozyskamy nie tylko kilka tysięcy sztuk nowoczesnych rakiet o zasięgu blisko 1000 km, ale również zdolności do ich produkcji, czego nam tak brakowało – skomentował gen. Kukuła.
Najbardziej brakuje systemów o zasięgu ponad 1000 km. Polska rozważa zakup Tomahawków (1600 km), zwłaszcza po tym, jak Niemcy uzyskali zgodę USA na ich zakup. Prezydent Trump zapowiedział poluzowanie licencji dla sojuszników. Równocześnie Europa rozwija własne rakiety, ale będą one gotowe za dekadę. Ciekawym kierunkiem jest współpraca z Ukrainą, która produkuje pociski balistyczne o zasięgu ponad 2000 km. – Ukraina ma kompetencje, Polska ma potrzebę. Razem moglibyśmy stworzyć pierwszy w Europie Środkowej system uderzeń dalekiego zasięgu, niezależny od USA – podkreślają eksperci.
Źródło: WNP.PL, Fot. Materiały prasowe / ZOOM MON / plut. Piotr Szafarski / 16 Dywizja Zmechanizowana

