W polskim systemie emerytalnym zaszyty jest mechanizm, który przenosi środki z kont mężczyzn na świadczenia kobiet. Nie jest nim niższy wiek emerytalny, lecz wspólna dla obu płci tablica średniego dalszego trwania życia. Transfer działałby nawet po zrównaniu wieku emerytalnego.
ZUS oblicza emeryturę, dzieląc zwaloryzowany kapitał, czyli sumę wpłaconych składek i kapitał początkowy za lata pracy przed reformą z 1999 r., przez oczekiwaną długość życia na emeryturze. Każdy dodatkowy rok pracy zwiększa świadczenie podwójnie, bo rośnie licznik i maleje mianownik. Algorytm nie uwzględnia jednak, że Polki żyją przeciętnie dużo dłużej niż Polacy.
Matematyka emerytalnego transferu
Z danych Eurostatu za 2024 r. wynika, że 65-letni mieszkaniec Polski mógł oczekiwać jeszcze 18,5 roku życia, czyli 222 miesięcy. Tablica ZUS dla osób tuż po 65. roku życia wskazuje około 223 miesięcy. Polka w tym wieku ma przed sobą średnio 20,3 roku, niemal 244 miesiące, a jej rówieśnik około czterech lat mniej.
W całej UE różnica w oczekiwanej długości życia kobiet i mężczyzn wynosi 3,4 roku. Większa niż nad Wisłą, sięgająca nawet pięciu lat, jest tylko w krajach bałtyckich, a zbliżona do polskiej, między 3,9 a 4,1 roku, w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech i w Hiszpanii. W Polsce, inaczej niż w UE, dysproporcja nie maleje od początku XXI wieku.
Skutki widać w hipotetycznym scenariuszu: osoba w wieku 65 lat przechodzi na emeryturę w 2050 r., a ZUS stosuje dzisiejsze tablice. Świadczenie dla każdego niezależnie od płci wynosi 10 tys. zł brutto miesięcznie, czyli równowartość 5760 zł w dzisiejszych cenach. Rok odroczenia podnosi nominalną emeryturę o około 10,5 proc., a realną o niespełna 8 proc. Z tablicami odrębnymi dla płci kobieta w wieku 65 lat dostałaby niespełna 9060 zł, a mężczyzna 11 190 zł.
Różnica jest podobna do efektu roku pracy. Polka chcąca otrzymać świadczenie takie jak mężczyzna musiałaby pracować około dwóch lat dłużej. Polka, która przeszła na emeryturę w wieku 60 lat i ma teraz 65 lat, powinna zaś dostawać około 40 proc. mniej niż mężczyzna, który również wybrał pierwszy możliwy moment zakończenia kariery. Uśrednione tablice działają więc na korzyść kobiet, a polska dysproporcja w długości życia jest ponadprzeciętna.
Polityczna burza wokół wieku emerytalnego
Do tematu wróciła w lipcu Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, liderka Polski 2050 i ministra funduszy oraz polityki regionalnej. W programie Tłit Wirtualnej Polski zaproponowała koniec z wiekiem emerytalnym zależnym od płci. Obecnie mężczyźni nabywają uprawnienia emerytalne w wieku 65 lat, kobiety w wieku 60 lat. Według niej tylko bezdzietne kobiety pracowałyby tak długo jak mężczyźni, a matki zachowałyby wcześniejszą emeryturę.
– Wiek emerytalny kobiet i mężczyzn powinien się gdzieś spotkać – mówiła Pełczyńska-Nałęcz, pytana o konkrety.
Anna Maria Żukowska, szefowa klubu parlamentarnego Lewicy, proponowała na antenie Radia Zet zrównanie wieku przez podwyższenie go dla jednej płci i obniżenie dla drugiej. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej, uznała pomysł za skandaliczny i okrutny. Zapewniła, że podwyżek wieku nie będzie, dopóki Lewica współtworzy rząd, a jedyną akceptowalną zmianą byłoby zrównanie w dół, na poziomie 60 lat.
Katarzyna Kotula, ministra ds. równości, twierdzi, że podział nieodpłatnej pracy w domu nie jest jeszcze na tyle równy, by wyrównywać wiek emerytalny. – Tu nie chodzi o codzienne obowiązki domowe, lecz o systemowy problem nieodpłatnej pracy opiekuńczej, którą w Polsce wykonują głównie kobiety – tłumaczyła w rozmowie z WP ministra Kotula.
Zarzut, że niższy wiek emerytalny rekompensuje kobietom pracę w domu, pomija ukryty transfer. Zdecydowana większość państw OECD stosuje wspólne tablice trwania życia, a wyjątkiem jest Chile, które wprowadziło wyrównawczy dodatek dla kobiet. Trybunał Sprawiedliwości UE w 2011 r. uznał, że odrębne tablice śmiertelności dla ubezpieczycieli naruszałyby zasadę równości płci. Równe annuitety oznaczają jednak nierówne sumy wypłat.
Luka emerytalna w Polsce jest więc jedną z najmniejszych w OECD, mimo że kobiety mają niższy wiek emerytalny. W 2024 r. przeciętna emerytura kobiet po 65. roku życia była o 14,5 proc. niższa niż mężczyzn, podczas gdy średnia OECD sięga prawie 23 proc., a w skrajnych przypadkach ponad 35 proc. Polska należy też do nielicznych krajów OECD, gdzie minimalny wiek emerytalny zależy od płci. W większości krajów jest on równy, a tam, gdzie jest inaczej, kobiety zwykle nabywają uprawnienia później niż Polki. Wyjątkami są Turcja i Kolumbia.
Różnicę w Polsce ograniczają renty rodzinne i wdowie, dostępne od 2025 r., które sprawiają, że wdowy często dostają świadczenia zbliżone do wypłat zmarłych mężów. Efektywny wiek kończenia aktywności zawodowej jest przy tym mniej zróżnicowany niż ustawowy i w 2024 r. wynosił 63,7 roku dla mężczyzn i 61,4 roku dla kobiet.
Dane OECD pokazują ujemną zależność między luką emerytalną a różnicą w długości życia. Im większa przewaga kobiet w przeżytych latach, tym mniejsza różnica w wypłacanych świadczeniach. Dopóki mężczyźni w Polsce żyją wyraźnie krócej niż kobiety, trudno uznać niższy wiek emerytalny za rekompensatę, skoro system już wcześniej premiuje kobiety.
Źródło: Money.pl, Fot. East News / Wojtek Laski

