Ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zadeklarowała w Płocku, że za jej kadencji wiek emerytalny nie zostanie podniesiony. Zdaniem analityków to decyzja, która odbije się czkawką całemu systemowi – grozi nam obniżenie emerytur, rosnący dług publiczny lub prywatyzacja problemów ekonomicznych na starość.
Podczas konferencji 22 czerwca szefowa resortu pracy powiedziała wprost: – To jest moja jasna deklaracja i zobowiązanie do tego, że tak długo, jak długo jestem ministrem pracy, tak długo wiek emerytalny kobiet i mężczyzn podnoszony nie będzie. Dodała, że jest otwarta na rozmowę o zrównywaniu tego wieku, ale w dół. Oznaczałoby to obniżenie wieku emerytalnego mężczyzn z obecnych 65 do 60 lat – poziomu, który już dziś jest jednym z najniższych w krajach OECD. Kamil Fejfer, komentator money.pl, nazywa ten pomysł kompletnym absurdem w kontekście konstrukcji systemu i zmian demograficznych.
Polski system emerytalny jest repartycyjny – dzisiejsi pracujący opłacają świadczenia obecnych emerytów. Nie ma żadnego sejfu z oszczędnościami. Im dłużej żyjemy, a pozostajemy w tym samym wieku emerytalnym, tym niższa jest stopa zastąpienia, czyli stosunek emerytury do ostatniej pensji. W połowie lat 90. mężczyzna żył średnio nieco ponad 65 lat, dziś to około 75. Kobiety – z 75 do ponad 82 lat. Mimo że pensje rosną, a składki są wyższe, wydłużający się okres pobierania świadczeń sprawia, że przyszli emeryci mogą liczyć jedynie na minimalne świadczenia.
Matematyka systemu emerytalnego
Dodatkowy problem to skracający się okres składkowania. Młodzi ludzie dłużej się uczą, później wchodzą na rynek pracy, a więc płacą składki przez mniej lat niż poprzednie pokolenia. Autor analizy wylicza, że większość dzisiejszych 40-latków – jeśli wiek emerytalny nie zostanie podniesiony – otrzyma emerytury minimalne, które obecnie wynoszą około 2 tys. zł brutto. – Jednym ze sposobów na zmianę tego stanu rzeczy byłoby podwyższenie wieku emerytalnego, a więc wydłużenie składkowania – pisze Fejfer.
Można oczywiście sztucznie podwyższać świadczenia dopłatami z budżetu. Jednak emerytury to największy wydatek publiczny. Aby je zauważalnie podnieść, trzeba by dosypać kilkadziesiąt, a wkrótce nawet 100 miliardów złotych rocznie. Nawet opodatkowanie najbogatszych czy wprowadzenie danin od gigantów technologicznych nie przyniosłoby więcej niż 20-30 mld zł. Deficyt trzeba by sfinansować długiem, ale Polska już zbliża się do progu 60% długu w relacji do PKB, co jest sygnałem ostrzegawczym dla Unii Europejskiej.
Demograficzna bomba z opóźnionym zapłonem
Kluczowym czynnikiem jest kryzys demograficzny. W 2026 roku urodzi się około 210 tys. dzieci. Dla porównania, w szczycie wyżu demograficznego 40 lat temu było to 720 tys. Obecnie w wieku produkcyjnym jest 22 mln Polaków, w poprodukcyjnym – 9 mln. Za 25 lat proporcje odwrócą się: 19 mln produkcyjnych i 11 mln poprodukcyjnych. Według raportu OECD „Pensions at a Glance 2025” na 100 osób w wieku 20-64 lata przypada dziś 34 osoby w wieku 65+, a w 2054 roku będzie to 67 – jeden z najwyższych wskaźników obciążenia demograficznego wśród 38 krajów organizacji.
Polska należy do nielicznych państw OECD, które nie planują podwyższenia wieku emerytalnego. Niższy niż u nas wiek dla kobiet obowiązuje tylko w Kolumbii, Turcji i Chile. Tymczasem ministra Dziemianowicz-Bąk mówi: – Ludzie po dziesiątkach lat pracy mają prawo do wyboru, czy chcą od tej pracy odpocząć, czy chcą dłużej pozostawać aktywnymi. Problem w tym, że według ZUS 90% osób przechodzi na emeryturę najpóźniej rok po osiągnięciu uprawnień, a mniej niż 14% pracuje już po przejściu na świadczenie. Innymi słowy, domyślną ścieżką jest odejście z rynku pracy.
Kamil Fejfer podsumowuje: – To, co proponuje Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, to prywatyzacja problemów ekonomicznych starszych ludzi w przyszłości. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Źródło: Money.pl, Fot. PAP/Piotr Polak

