Grupa Azoty 2 marca 2026 wstrzymała przyjmowanie zamówień na nawozy azotowe z powodu skokowego wzrostu cen gazu (35-50 proc.) wywołanego konfliktem w Zatoce Perskiej. Gaz stanowi 60-80 proc. kosztów produkcji nawozów. Po kilku dniach spółka wróciła do sprzedaży z kilkuprocentową korektą, unikając drastycznych podwyżek. Eksperci ostrzegają, że to tylko opóźnienie – wyższe koszty nawozów przełożą się na ceny żywności, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Chleb zdrożeje z opóźnieniem, ale nieuchronnie.
- Gaz ziemny stanowi od 60 do 80 proc. kosztów produkcji nawozów azotowych. To podstawowy surowiec, z którego wytwarza się amoniak, a następnie mocznik, saletrę i inne nawozy. W przypadku amoniaku udział gazu sięga nawet 72-85 proc. Gdy ceny gazu idą w górę, koszty produkcji rosną natychmiast i nieproporcjonalnie.
- Konflikt w Zatoce Perskiej i blokada cieśniny Ormuz spowodowały skokowy wzrost cen gazu w Europie. W holenderskim hubie TTF ceny wzrosły z 32 euro za MWh przed atakiem do niemal 64 euro 9 marca (wzrost o 35-50 proc., a kolejnego dnia doszło kolejne 30 proc.). To bezpośrednio uderzyło w producentów nawozów.
- Grupa Azoty, największy producent nawozów w Europie Środkowej, 2 marca wstrzymała przyjmowanie nowych zamówień i wycofała cenniki. Prezes Marcin Celejewski tłumaczył, że konkurencja spoza Europy (Egipt, Algieria, Chiny, USA) podniosła ceny o 45-70 dolarów za tonę, ale Grupa Azoty nie przerzuciła tych kosztów na rolników, decydując się jedynie na kilkuprocentową korektę. Produkcja jest kontynuowana, a magazyny zaopatrzone.
- Globalny handel nawozami jest poważnie zagrożony. Przez cieśninę Ormuz przepływa około 1/3 światowego handlu nawozami drogą morską (ok. 16 mln ton rocznie). Główni eksporterzy to Katar, Arabia Saudyjska, Oman i Iran. Blokada wydłuża dostawy o 2 tygodnie, zwiększa koszty transportu i ubezpieczeń. Eksperci ostrzegają przed globalnym kryzysem żywnościowym.
- Wyższe ceny nawozów przełożą się na ceny żywności z opóźnieniem kilku miesięcy. Rolnicy kupują droższe nawozy, stosują je w polu, zbierają plony – dopiero wtedy nowe ceny trafiają do sklepów. Szczególnie narażone są kraje rozwijające się (Turcja, Brazylia, Meksyk), które mają niskie zapasy i są uzależnione od intensywnego nawożenia. Ceny gazu dziś to cena chleba za kilka miesięcy.
Zanim przejdziemy do wpływu na ceny żywności, trzeba zrozumieć fundamentalną zależność: gaz ziemny to nie tylko paliwo, ale przede wszystkim surowiec do produkcji nawozów azotowych. W procesie chemicznym, z gazu ziemnego wytwarza się amoniak, który jest podstawą do produkcji mocznika, saletry amonowej i innych nawozów azotowych. Udział gazu w kosztach produkcji tych nawozów jest oszałamiający. Według analiz rynkowych, gaz ziemny stanowi od 60 do 80 procent kosztów wytworzenia nawozów azotowych. Niektóre źródła podają nawet przedział 72-85 procent w przypadku amoniaku.
To oznacza, że producent nawozów jest w zasadzie pośrednikiem między rynkiem gazu a rolnikiem. Gdy ceny gazu idą w górę, koszty produkcji rosną natychmiast i w sposób nieproporcjonalny. Gdy gaz tanieje, nawozy mogą teoretycznie stanieć, ale tu pojawia się problem asymetrii – podwyżki przenoszone są błyskawicznie, obniżki często z opóźnieniem lub wcale.
Na przełomie lutego i marca 2026 roku rynek gazu przeżył prawdziwy szok. Konflikt na Bliskim Wschodzie i zablokowanie cieśniny Ormuz sprawiły, że cena gazu w holenderskim hubie TTF wzrosła z poziomu około 32 euro za MWh przed atakiem do niemal 64 euro za MWh w dniu 9 marca . W ciągu kilku dni notowania wzrosły o 35-50 procent, a kolejnego dnia doszło kolejne 30 procent. Dla producentów nawozów, którzy planują produkcję z wyprzedzeniem, to scenariusz koszmarny.
Reakcja Grupy Azoty, czyli wstrzymanie zamówień i „odpowiedzialność za rynek”
W odpowiedzi na te wydarzenia, 2 marca 2026 roku Grupa Azoty podjęła decyzję o czasowym wstrzymaniu przyjmowania nowych zamówień na nawozy azotowe i wycofaniu wszystkich obowiązujących cenników. Jak tłumaczyła spółka w komunikacie, „z uwagi na niestabilną sytuację geopolityczną i gwałtowny wzrost cen podstawowych surowców do produkcji nawozów mineralnych” konieczne było zatrzymanie sprzedaży, by uniknąć oferowania produktów po cenach niepokrywających kosztów produkcji.
Ważne jest to, czego producent nie zrobił. Mimo presji kosztowej, Grupa Azoty nie zdecydowała się na natychmiastowe, drastyczne podwyżki cen. Jak po kilku dniach wyjaśniał prezes spółki Marcin Celejewski, „producenci nawozów spoza Europy (Egipt, Algieria, Chiny, USA) zdecydowali się na natychmiastowe podwyżki cen nawozów o 45-70 dolarów za tonę”. My nie zdecydowaliśmy się na przeniesienie tak wysokich kosztów na naszych partnerów”.
Po kilku dniach analiz i obserwacji rynku, 6 marca, po względnej stabilizacji notowań gazu (choć na wyższym poziomie), Grupa Azoty wróciła do standardowego modelu przyjmowania zamówień. Jak przekazała spółka, zdecydowano się jedynie na kilkuprocentową korektę cen nawozów. Prezes Celejewski tłumaczył tę decyzję priorytetem stabilności rynku i ograniczenia presji kosztowej po stronie rolników, a także chęcią ograniczenia przestrzeni do spekulacyjnych podwyżek oraz utrzymania konkurencyjności krajowej produkcji wobec importu z Rosji i Białorusi.
Co kluczowe, Grupa Azoty zapewniła, że produkcja w zakładach jest kontynuowana, a moce produkcyjne wykorzystywane są maksymalnie . Wszystkie wcześniejsze zamówienia są realizowane, a infrastruktura magazynowa sieci dystrybucji jest zaopatrzona, więc nie ma zagrożenia dla pokrycia zapotrzebowania rynku krajowego.
Globalna układanka, czyli Ormuz, Rosja i światowy handel nawozami
Sytuacja w Polsce jest tylko elementem znacznie większej układanki. Konflikt w Zatoce Perskiej uderzył w globalny handel nawozami w sposób, który dopiero zaczyna być odczuwalny. Według analiz Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), przez cieśninę Ormuz przepływa około jedna trzecia światowego handlu nawozami drogą morską, co przekłada się na około 16 milionów ton rocznie.
Głównymi eksporterami w regionie są Katar, Arabia Saudyjska, Oman i sam Iran. Gdy szlak został zablokowany, a statki stanęły w portach lub zaczęły opływać Afrykę przez Przylądek Dobrej Nadziei, dostawy wydłużyły się o dwa tygodnie, a koszty transportu poszybowały w górę. Do tego doszły rosnące stawki ubezpieczeń od ryzyka wojennego, które dodatkowo windują ceny.
Eksperci z Coface ostrzegają, że wzrost kosztów transportu w połączeniu z wyższymi cenami surowców sprawia, że „to tylko kwestia czasu, zanim ceny żywności na świecie gwałtownie wzrosną”. Ipek Ozkardeskaya, analityczka Swissquote, wprost mówiła o nieuchronności tych wzrostów już w kolejnych tygodniach.
Charlotte Pavageau z Fundacji Biovision w Zurychu poszła o krok dalej, ostrzegając, że „blokada może wywołać globalny kryzys żywnościowy”. Wyjaśniła, że kraje importujące nawozy mają zazwyczaj bardzo niskie zapasy i sprowadzają produkty tuż przed sezonem sadzenia. Każdy dzień opóźnienia może obniżyć plony, szczególnie w przypadku kluczowych upraw, takich jak kukurydza, pszenica i ryż. Szczególnie narażone są Turcja, Brazylia i Meksyk, które są silnie uzależnione od rolnictwa komercyjnego, wymagającego intensywnego nawożenia.
Od nawozu do chleba, czyli opóźniony transfer kosztów
Najważniejsze pytanie brzmi: kiedy te wszystkie zawirowania przełożą się na cenę chleba w sklepie? Odpowiedź jest złożona i zależy od wielu czynników, ale mechanizm jest dość przewidywalny.
Po pierwsze, rolnicy, którzy kupują nawozy po wyższych cenach, mają do wyboru: albo przerzucić koszty na odbiorców swoich plonów, albo zaakceptować niższe marże, albo ograniczyć zużycie nawozów, co w dłuższej perspektywie przełoży się na niższe plony. Każda z tych opcji ma konsekwencje dla cen żywności.
Jak wynika z analiz amerykańskich badaczy, ceny nawozów działają jako wskaźnik wyprzedzający inflacji żywnościowej. Zanim wyższe koszty produkcji rolnej trafią do cen w sklepach, mija zwykle kilka miesięcy. Rolnicy muszą najpierw zakupić nawóz, zastosować go w polu, zebrać plony, a dopiero potem przetwórcy i sieci handlowe ustalają nowe ceny. To opóźnienie sprawia, że konsumenci często nie kojarzą skoków cen gazu z tym, co płacą przy kasie.
Co gorsza, gdy ceny gazu spadają, ceny nawozów niekoniecznie wracają do poprzedniego poziomu. Producenci tłumaczą to koniecznością odrobienia strat z okresu wysokich kosztów. To zjawisko znane z rynku paliw, gdzie benzyna drożeje szybciej niż tanieje, w przypadku nawozów działa z podobną siłą.
Ryzyko dla bezpieczeństwa żywnościowego, czyli kto ucierpi najbardziej
Eksperci zwracają uwagę, że skutki kryzysu nawozowego odczują przede wszystkim kraje rozwijające się, które już borykają się z problemami żywnościowymi. Jak wynika z analiz UNCTAD, wiele gospodarek wschodzących ma ograniczone możliwości fiskalne, by absorbować rosnące koszty importu energii i nawozów.
Charlotte Pavageau z Biovision Foundation wyjaśnia, że „kraje wschodzące są szczególnie obciążone. Mają niewiele pieniędzy na import, muszą ograniczyć zużycie nawozów, co zmniejsza plony. Ceny żywności rosną, a w najgorszym przypadku pojawiają się niedobory żywności”.
Fundacja apeluje o zmianę podejścia – uniezależnienie się od dużych producentów chemicznych i przejście w kierunku bardziej ekologicznych metod uprawy, które zużywają mniej chemikaliów. To jednak proces długotrwały i kosztowny, a kryzys dzieje się tu i teraz.
W Polsce bezpośrednie skutki są na razie ograniczone, bo Grupa Azoty zdecydowała się nie przerzucać całości wzrostu kosztów na rolników. Ale to rozwiązanie tymczasowe. Jeśli ceny gazu utrzymają się na wysokim poziomie, a konflikt w Zatoce będzie się przedłużał, kolejne podwyżki będą nieuniknione. A wtedy droższe nawozy oznaczają droższe zboże, droższe zboże to droższa mąka, a droższa mąka to droższy chleb. I koło się zamyka. Gaz, który płonie gdzieś na platformach wiertniczych na Bliskim Wschodzie, ma bezpośredni wpływ na to, ile zapłacimy za pieczywo w osiedlowym sklepie. To nie jest teoria spiskowa, to twarda ekonomia i chemia w jednym.
Fot. Unsplash

