Populistyczne referendum. Czy polityka klimatyczna może zależeć od strachu?

Prezydent RP Karol Nawrocki proponuje referendum w sprawie polityk klimatycznych. Pytanie brzmi: czy obywatele powinni decydować o skomplikowanej transformacji energetycznej w formie „tak” lub „nie” na pytanie zadane przez polityka, który nie przedstawia żadnej własnej alternatywy? Problem w tym, że PiS przez osiem lat współtworzył i wdrażał te same polityki, od których teraz chce się odciąć za pomocą referendum. To nie jest ewolucja poglądów – to strategia. Referendum pozwala zyskać mandat do czegokolwiek i uniknąć odpowiedzialności za własne decyzje.

Prezydent RP Karol Nawrocki proponuje referendum w sprawie polityk klimatycznych. Pytanie brzmi: czy obywatele powinni decydować o skomplikowanej materii transformacji energetycznej w formie „tak” lub „nie” na pytanie zadane przez polityka, który nie przedstawia żadnej własnej alternatywy? Zwolennicy referendum odpowiedzą, że to kwestia demokracji. Przeciwnicy – że to unikanie odpowiedzialności za własne decyzje.

PiS przez 8 lat sprawował władzę w Polsce. W tym czasie polski rząd podpisywał kolejne rozporządzenia unijne dotyczące klimatu, uczestniczył w negocjacjach Zielonego Ładu, akceptował krajowe plany energetyczno-klimatyczne. To ten sam obóz polityczny, który współtworzył i wdrażał polityki, od których teraz chce się odciąć za pomocą referendum. Nie ma tu ewolucji poglądów – jest strategia.

Referendum pozwala politykom zyskać mandat do czegokolwiek. Można je ogłosić w sprawie polityk, które samemu się realizowało, i nagle stanąć po stronie „rozsądku” przeciwko „szalonym brukselskim biurokratom”. Tyle że ci sami biurokraci – w ramach unijnych procedur – negocjowali te polityki z polskim rządem, który wtedy reprezentowali ci sami politycy. Referendum staje się w ten sposób narzędziem politycznego wybielenia.

Zapisz się do newslettera!

Emocje zamiast argumentów

Polityka klimatyczna jest dziedziną wyjątkowo podatną na uproszczenia. Dotyczy cen energii, zakazów, norm, terminów. Budzi lęk – przed wyższymi rachunkami, przed droższymi samochodami, przed zmianą codziennych nawyków. Łatwo więc oderwać ją od kontekstu, w którym powstawała, i przedstawić jako coś narzuconego z zewnątrz przez brukselskich urzędników.

Referendum w takich warunkach nie jest narzędziem do rozstrzygania, lecz do podsycania. Formułuje się pytanie tak, by odpowiedź była z góry wiadoma. Zbiera się wynik. I używa go jako argumentu w każdej kolejnej debacie, niezależnie od tego, że nikt nie pytał o szczegóły.

Jakie polityki miałyby zostać poddane pod referendum? W jakim zakresie? Z jakimi alternatywami? Z jakim wpływem na rachunki, miejsca pracy, jakość powietrza? Referendum jako narzędzie nie znosi niuansów. Daje tylko „tak” albo „nie” na pytanie sformułowane przez kogoś z konkretnym interesem politycznym.

Co wyborcy tak naprawdę mówią?

Doświadczenia innych krajów pokazują, do czego prowadzą referenda w sprawach złożonych technicznie. Brexit to najbardziej spektakularny przykład. Pytanie postawiono tak, że nie obejmowało żadnego konkretnego modelu wyjścia. Wygrana opcji Leave przez lata paraliżowała brytyjską politykę, a koszty ekonomiczne ponieśli głównie ci, którzy głosowali za pozostaniem. Wielu z tych, którzy głosowali za wyjściem, nie dostało tego, czego oczekiwali.

Polityka klimatyczna jest co najmniej tak samo złożona jak członkostwo w Unii Europejskiej. Dotyczy każdego aspektu gospodarki – energii, transportu, budownictwa, rolnictwa, przemysłu. Transformacja, którą Europa już rozpoczęła, będzie trwać dekady. Referendum nie da żadnej mapy drogowej. Da tylko doraźny polityczny punkt zaczepienia dla tych, którzy wiedzą, jak grać na emocjach.

A emocje – strach przed rachunkami, niechęć do zmian, podejrzliwość wobec Brukseli – są łatwym paliwem. Nie wymagają argumentów. Wystarczy powiedzieć: oni chcą wam zabrać samochody, oni chcą zakazać pieców, oni chcą podnieść ceny. Nie trzeba dodawać, że transformacja jest odpowiedzią na realnie istniejący kryzys klimatyczny, że opóźnianie działań będzie kosztować więcej, że technologie są już tańsze niż przed dekadą.

– Żyjemy w symulacji, Karol Nawrocki chce referendum w sprawie polityk klimatycznych, które współtworzył i podpisywał rząd partii, która go wystawiła do wyborów prezydenckich. Tradycyjnie proponuje dodać do tego referendum pytanie czy prezydent i posłowie powinni pracować za darmo – to taki sam populizm – mówi Sebastian Pypłacz, wiceprezes Stowarzyszenia BoMiasto.

Po co politykowi referendum?

Prezydent, który proponuje referendum w sprawie polityk współtworzonych przez jego własny obóz polityczny, wysyła wyraźny sygnał do wyborców: nie zamierzam ponosić odpowiedzialności za to, co robiłem. Zapytam was, czy chcecie tego, co sam wprowadzałem. Jeśli powiecie „nie” – trudno, demokracja. Jeśli powiecie „tak” – też dobrze, znaczy, że mam mandat.

W obu przypadkach polityk nie musi przedstawić własnego programu. Nie musi powiedzieć, jakie konkretnie cele emisyjne proponuje, jakie dopuszczalne normy spalin, jakie ceny uprawnień do CO2. Może tylko machnąć ręką i powiedzieć: zobaczymy, co wyjdzie z referendum.

To jest właśnie populizm. Nie chodzi o rozwiązywanie problemów. Chodzi o zdobycie władzy i uniknięcie odpowiedzialności.

Przemysł potrzebuje strategii, nie walki politycznej

Przemysł w Polsce i w całej Europie stoi przed wyzwaniem transformacji, która wymaga jasnych reguł, stabilnych ram prawnych i długofalowej wizji. Inwestorzy planujący budowę fabryk, magazynów energii czy linii produkcyjnych dla elektromobilności nie mogą opierać swoich decyzji na emocjach wywołanych populistycznymi hasłami ani na strachu przed referendum, którego wyniku nikt nie potrafi przewidzieć. Walka polityczna, zmieniające się co kilka lat priorytety i używanie polityki klimatycznej jako narzędzia do atakowania przeciwników nie służą nikomu – ani przedsiębiorcom, ani pracownikom, ani całej gospodarce. Tym, czego przemysł potrzebuje najbardziej, jest strategia: konkretne cele, realne terminy, mechanizmy wsparcia i uczciwy dialog między rządem, biznesem i ekspertami. Bez tego transformacja stanie się chaotyczna, kosztowna i niesprawiedliwa społecznie. A chaos, w przeciwieństwie do strategii, zawsze uderza najpierw w tych, których stać na najmniejszą ochronę przed jego skutkami.

Zamiast populistycznych referendów potrzebna jest debata. Rzetelna, żmudna, pełna liczb i kompromisów. Taka, która nie przynosi spektakularnych nagłówków, ale pozwala wypracować rozwiązania naprawdę działające. Potrzebne są pytania o szczegóły, o alternatywy, o wpływ na rachunki, miejsca pracy, jakość powietrza. To odpowiedzialność polityków – nie obywateli – by te pytania zadawać i odpowiadać na nie w sposób kompetentny.

Jeśli polityk ucieka do referendum, znaczy to, że nie ma gotowego programu. Nie ma wyliczeń, nie ma propozycji, nie ma odpowiedzi na to, jak zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, chronić klimat i utrzymać rachunki na akceptowalnym poziomie jednocześnie.

Tymczasem klimat nie czeka na referenda. Koncentracja CO2 w atmosferze rośnie, ekstremalne zjawiska pogodowe są coraz częstsze, a koszty naprawy szkód – coraz wyższe. Na te fakty referendum nie wpłynie. Ono tylko przesunie odpowiedzialność na tych, którzy i tak nie mają narzędzi, by zaprojektować sensowną politykę. Bo narzędzia są w parlamencie, w rządzie, w komisjach europejskich. Referendum jest od tego, by te narzędzia roztrzaskać albo przynajmniej uniemożliwić ich użycie.

Dlatego propozycja Karola Nawrockiego nie jest przejawem troski o demokrację. Jest przejawem kalkulacji politycznej. A koszty tej kalkulacji poniosą ci sami ludzie, których strachem politycy chcą grać.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu