Wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu spadł w lutym 2026 do poziomu 47,1 punktu – najniżej od sierpnia ubiegłego roku. Nowe zamówienia kurczą się nieprzerwanie od jedenastu miesięcy, a firmy tną zatrudnienie w tempie najszybszym od maja 2024. Analitycy są zgodni: to nie chwilowe ochłodzenie, ale strukturalny problem, który może na trwałe zepchnąć Polskę na margines europejskiego przemysłu. Pytanie, czy rządzący w ogóle dostrzegają nadciągającą falę bankructw.
- Opublikowany na początku marca odczyt S&P Global pokazał wartość PMI na poziomie 47,1 pkt, podczas gdy rynek spodziewał się 49,6 pkt. To najgorszy wynik od sierpnia 2025 i dziesiąty z rzędu miesiąc spadków. Trevor Balchin z S&P Global nie zostawia złudzeń: luty był trudnym miesiącem dla polskiego sektora wytwórczego, w którym nowe zamówienia spadły, a koszty gwałtownie wzrosły.
- Nowe zamówienia spadają nieprzerwanie od jedenastu miesięcy, a tempo spadku w lutym było najszybsze od lipca 2025. Osłabienie dotyczy zarówno rynku krajowego, jak i eksportowego. Dla gospodarki uzależnionej od wymiany handlowej z zagranicą to cios poniżej pasa, zwłaszcza że niemiecki przemysł, choć odbija, wciąż nie jest w stanie pociągnąć polskiego eksportu.
- Inflacja kosztów produkcji osiągnęła najwyższy poziom od 37 miesięcy, czyli od początku 2023 roku. Drożeją przede wszystkim metale i drewno, co bezpośrednio uderza w rentowność firm przetwórczych. Producenci znaleźli się w potrzasku: koszty pną się w górę, a słaby popyt nie pozwala na przerzucenie ich na klientów. W efekcie ceny wyrobów gotowych w lutym minimalnie spadły, co dodatkowo zdusiło marże.
- Zatrudnienie w sektorze spadało w lutym w tempie najszybszym od maja 2024 – to dziesiąty miesiąc z rzędu redukcji etatów. Firmy ograniczają nie tylko zatrudnienie, ale także zapasy i zakupy materiałów, co jest sygnałem, że menedżerowie nie spodziewają się rychłej poprawy. Za każdym zwolnionym pracownikiem stoi konkretna rodzina i lokalna gospodarka, która odczuwa skutki spowolnienia.
- Mimo fatalnych danych bieżących, prognozy produkcji na najbliższe 12 miesięcy pozostają optymistyczne – firmy wierzą w ożywienie. Sama produkcja w lutym spadła tylko nieznacznie, a tempo spadku było najwolniejsze od listopada. Ekonomiści wskazują na wyjątkowo mroźną zimę jako czynnik czasowo zamrażający aktywność. Kluczowe będzie jednak, czy napięcia geopolityczne (konflikt w Iranie) nie podbiją cen energii i nie pogrążą słabego europejskiego przemysłu.
Początek roku 2026 nie przyniósł polskiemu przemysłowi upragnionej poprawy. Wręcz przeciwnie. Gdy jeszcze w styczniu ekonomiści z nadzieją patrzyli na wskaźnik PMI, który wspiął się do poziomu 48,8 punktu i dawał sygnały, że najgorsze może być już za nami, luty brutalnie zweryfikował te optymistyczne prognozy. Opublikowany na początku marca odczyt S&P Global pokazał wartość zaledwie 47,1 punktu, podczas gdy rynek spodziewał się wyniku w okolicach 49,6 punktu. To rozminięcie się z prognozami jest tak duże, że trudno mówić o przypadkowej korekcie. To sygnał ostrzegawczy, który powinien zapalić czerwoną lampkę w resorcie rozwoju i wśród polityków odpowiadających za gospodarkę.
Co oznacza ta liczba w praktyce? Wskaźnik PMI, czyli indeks menedżerów zakupów, odczytywany jest w prosty sposób: wartość powyżej 50 punktów oznacza poprawę koniunktury, poniżej – jej pogorszenie. Polska od dziesięciu miesięcy utrzymuje się w strefie spadkowej, ale lutowy wynik jest najgorszy od sierpnia 2025 roku i przekreśla znaczną część optymizmu, jaki towarzyszył drugiej połowie ubiegłego roku. Trevor Balchin, dyrektor ekonomiczny w S&P Global Market Intelligence, nie zostawia złudzeń: luty był po prostu trudnym miesiącem dla polskiego sektora wytwórczego, w którym nowe zamówienia spadły, a koszty produkcji gwałtownie wzrosły.
Kluczowy problem, czyli zamówienia, których nie ma
Sedno problemu tkwi w popycie. Nowe zamówienia spadają w Polsce nieprzerwanie od jedenastu miesięcy, a tempo tego spadku w lutym było najszybsze od lipca 2025 roku. To oznacza, że fabryki mają coraz mniej pracy, a ich magazyny wypełniają się produktami, na które nie ma chętnych. Sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, że osłabienie dotyczy zarówno rynku krajowego, jak i eksportowego. Dla gospodarki tak mocno uzależnionej od wymiany handlowej z zagranicą to cios poniżej pasa.
Co gorsza, w tym samym czasie, gdy zamówienia topnieją w oczach, koszty produkcji gwałtownie rosną. Inflacja kosztów produkcji w lutym osiągnęła najwyższy poziom od 37 miesięcy, a więc od początku 2023 roku. Drożeją przede wszystkim surowce, w tym metale i drewno, co bezpośrednio przekłada się na rentowność firm przetwórczych. Producenci znaleźli się w potrzasku. Z jednej strony koszty pną się w górę, z drugiej – słaby popyt nie pozwala na przerzucenie ich na klientów. W efekcie, jak wskazują analitycy S&P Global, ceny wyrobów gotowych w lutym nawet minimalnie spadły, bo firmy wolą zacisnąć zęby i utrzymać konkurencyjność, niż ryzykować utratę resztek rynku. Presja na marże staje się w tej sytuacji nie do wytrzymania, szczególnie dla mniejszych przedsiębiorstw, które nie mają buforów finansowych większych graczy.
Rynek pracy, czyli pierwsze ofiary spowolnienia
Gdy fabryki nie mają zamówień, pierwszym miejscem, w którym szuka się oszczędności, są etaty. Polskie firmy przemysłowe w lutym zareagowały na spadek popytu w sposób radykalny. Zatrudnienie w sektorze spadało w tempie najszybszym od maja 2024 roku. To już dziesiąty miesiąc z rzędu, w którym liczba pracujących w przemyśle maleje, ale skala redukcji wyraźnie przybrała na sile.
To nie tylko sucha statystyka. Za każdym zwolnionym pracownikiem stoi konkretna rodzina, konkretne zobowiązania kredytowe, konkretne plany na przyszłość, które właśnie legły w gruzach. Gdy fabryki zaczynają ciąć etaty, skutki odczuwa cała lokalna gospodarka – od sklepów, przez usługi, po rynek mieszkaniowy. Jeśli tendencja się utrzyma, możemy mówić nie tyle o przejściowych trudnościach, co o początku poważniejszego załamania na rynku pracy w sektorach związanych z przemysłem.
Firmy ograniczają nie tylko zatrudnienie, ale także zapasy i zakupy materiałów. Aktywność zakupowa spadła w najszybszym tempie od lipca ubiegłego roku, co jest dodatkowym sygnałem, że menedżerowie nie spodziewają się rychłej poprawy i wolą zamrozić gotówkę, niż ryzykować jej utratę w towarach, które nie znajdą nabywców.
Tło zewnętrzne, czyli niemiecki kłopot i irańskie ryzyko
Sytuacji polskiego przemysłu nie da się zrozumieć bez spojrzenia na to, co dzieje się za naszą zachodnią granicą. Niemcy to nasz największy partner handlowy, a kondycja tamtejszej gospodarki wprost przekłada się na liczbę zamówień w polskich fabrykach. I tu pojawia się paradoks. Z jednej strony najnowsze dane PMI dla Niemiec przyniosły pozytywne zaskoczenie – wskaźnik dla przemysłu nad Renem wzrósł w lutym do 50,7 punktu, pierwszy raz od połowy 2022 roku znajdując się powyżej granicy oddzielającej recesję od ekspansji. To mogłoby napawać optymizmem, gdyby nie fakt, że niemieckie firmy, mimo poprawy produkcji, wciąż ograniczają zatrudnienie, a popyt zagraniczny pozostaje słaby.
Dla polskich eksporterów oznacza to, że nawet jeśli niemiecka maszyna w końcu ruszyła, to na realne przełożenie na nasze zamówienia przyjdzie jeszcze poczekać. Tymczasem napięcia geopolityczne dodają do tego obrazu kolejną warstwę niepewności. Analitycy banku ING zwracają uwagę, że lutowe dane były zbierane jeszcze przed izraelsko-amerykańskim uderzeniem na Iran. Konflikt na Bliskim Wschodzie może dodatkowo podbić ceny energii i surowców, a wzrost cen ropy i gazu to nie tylko wyższa inflacja, ale także negatywny czynnik dla słabego europejskiego przemysłu . Jeśli ten scenariusz się zmaterializuje, polskie firmy staną w obliczu jeszcze większej presji kosztowej przy jednocześnie słabnącym popycie.
Światełko w tunelu, ale czy to nie fatamorgana?
Mimo fatalnych danych bieżących, w raporcie S&P Global pojawia się jeden jaśniejszy akcent. Zarówno Trevor Balchin, jak i komentujący dane eksperci, zwracają uwagę, że prognozy produkcji na najbliższe 12 miesięcy pozostają optymistyczne . Firmy wierzą, że w dłuższej perspektywie czeka je ożywienie, nowe produkty i nowe rynki. Co więcej, sama produkcja w lutym spadła tylko nieznacznie, a tempo tego spadku było najwolniejsze od listopada. To może oznaczać, że przemysł powoli uczy się funkcjonować w nowej rzeczywistości i dostosowuje moce do niższego popytu.
Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik: wyjątkowo mroźną i długą zimę, która mogła czasowo zamrozić część aktywności gospodarczej. Jeśli to prawda, to wraz z nadejściem wiosny możemy spodziewać się naturalnego odbicia. Ekspertka zastrzega jednak, że kluczowe znaczenie będzie miała sytuacja międzynarodowa. Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie zakończy się szybko, a niepewność ustąpi, polska gospodarka wciąż ma szansę na wzrost PKB w okolicach 4 procent w tym roku. Jeśli jednak napięcia będą się utrzymywać, optymizm przedsiębiorców może szybko wyparować.
Czego nie wolno przegapić?
Lutowy odczyt PMI to dla rządzących sygnał, którego nie wolno zignorować. Spadek do 47,1 punktu, jedenasty miesiąc kurczących się zamówień i najszybsze od maja 2024 tempo zwolnień to nie jest przypadkowa seria złych wieści. To strukturalny problem polskiego przemysłu, który przez lata opierał się na relatywnie taniej sile roboczej i bliskości niemieckiego rynku. Dziś oba te filary się chwieją. Płace rosną, koszty energii i surowców szaleją, a niemiecka gospodarka, choć odbija, wciąż nie jest w stanie pociągnąć za sobą naszego eksportu.
Potrzebna jest więc dyskusja nie o tym, jak przeczekać złą pogodę, ale o tym, jak na nowo zdefiniować miejsce polskiego przemysłu w europejskich łańcuchach dostaw. Czy dalej mamy być montownią i dostawcą komponentów, czy wreszcie zaczniemy budować własne marki i technologie? Czy polityka przemysłowa państwa ogranicza się do rozdawania ulg w specjalnych strefach ekonomicznych, czy też obejmuje realne wsparcie dla innowacji, ekspansji zagranicznej i budowania odporności na kryzysy?
Na razie odpowiedzi na te pytania brak. Rząd zdaje się reagować na bieżące problemy, zamiast myśleć perspektywicznie. Tymczasem czas ucieka. Konkurencja z Azji nie śpi, a Europa, choć wciąż bogatym rynkiem, staje się coraz bardziej wymagająca. Polskie firmy, które przetrwają obecne spowolnienie, wyjdą z niego silniejsze, ale tych, które upadną, nie będzie już kto ratować. Jeśli więc rządzący naprawdę chcą uniknąć fali bankructw, muszą przestać traktować wskaźnik PMI jako abstrakcyjną liczbę z raportów analitycznych, a zacząć widzieć w nim ostrzeżenie, które dotyczy nas wszystkich.
Fot. Unsplash.

