Jesienią 2025 roku w Belém, w sercu brazylijskiej Amazonii, świat zbierze się na COP30, by zmierzyć się z rosnącym kryzysem klimatycznym. Unia Europejska, dążąc do globalnego przywództwa, stawia sobie ambitny cel: redukcję emisji gazów cieplarnianych o 90% do 2040 roku i nowe zobowiązanie klimatyczne (NDC 3.0) na 2035 rok. Jednak w cieniu tych aspiracji kryją się obawy o konkurencyjność przemysłu, stabilność gospodarek i realność tak ambitnych planów.
W listopadzie 2025 roku oczy świata zwrócą się na Belém, stolicę brazylijskiego stanu Pará, gdzie odbędzie się 30. Konferencja Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC COP30). To kluczowy moment dla globalnej polityki klimatycznej, w którym kraje mają przedstawić zaktualizowane plany działania, tzw. Nationally Determined Contributions (NDC), na rok 2035, zgodnie z wymogami porozumienia paryskiego. Dla Unii Europejskiej stawka jest szczególnie wysoka: jako lider w walce ze zmianami klimatycznymi, UE chce pokazać światu, że jej ambitne cele – redukcja emisji o 55% do 2030 roku, 90% do 2040 roku i neutralność klimatyczna do 2050 roku – są nie tylko osiągalne, ale i inspirujące dla innych. Jednak ta wizja zderza się z rzeczywistością: ogromnymi kosztami transformacji, oporem przemysłu i rosnącymi podziałami wśród państw członkowskich.
W sercu debaty leży pytanie: jak pogodzić ambicję klimatyczną z gospodarczą realnością? Europejskie przedsiębiorstwa, takie jak Grupa Orlen, ostrzegają, że zbyt ambitne cele mogą osłabić konkurencyjność UE wobec Chin czy USA, które stawiają na mniej rygorystyczne podejście. Tymczasem mieszkańcy Europy, zmagający się z rosnącymi kosztami energii i skutkami ekstremalnych zjawisk pogodowych, oczekują działań, które będą zarówno skuteczne, jak i sprawiedliwe. COP30 to nie tylko sprawdzian dla unijnej polityki klimatycznej, ale także dla jej zdolności do budowania globalnego konsensusu w świecie podzielonym interesami. Czy Europa zdoła przekonać innych, że jej ścieżka jest właściwa, zanim zegar klimatyczny przestanie tykać?
Porozumienie paryskie, przyjęte w 2015 roku, zobowiązuje kraje do przedstawiania co pięć lat ambitnych i wiarygodnych planów redukcji emisji gazów cieplarnianych, czyli NDC. W 2025 roku nadchodzi czas na trzecią rundę tych zobowiązań, które określą cele na rok 2035. Unia Europejska, jako jeden z liderów globalnej walki z kryzysem klimatycznym, chce, by jej nowe NDC było spójne z propozycją Komisji Europejskiej, ogłoszoną w lipcu 2025 roku, zakładającą redukcję emisji o 90% do 2040 roku w porównaniu z poziomem z 1990 roku. Taki cel ma zapewnić przewidywalność dla inwestorów, stabilność dla przemysłu i jasną ścieżkę ku neutralności klimatycznej do 2050 roku.
Jednak ambicje KE napotykają opór wśród państw członkowskich. Polska, Francja i Włochy obawiają się, że cel 90% do 2040 roku jest zbyt ambitny i może zagrozić konkurencyjności przemysłu oraz spójności społecznej.
Z kolei kraje takie jak Dania, Finlandia czy Hiszpania popierają bardziej ambitne podejście, widząc w nim szansę na wzmocnienie pozycji UE jako globalnego lidera klimatycznego. Debata komplikuje się przez propozycje niektórych państw, takich jak Węgry czy Włochy, które chcą większej elastyczności, na przykład poprzez wykorzystanie międzynarodowych jednostek emisji (tzw. offsetów) w ramach artykułu 6 porozumienia paryskiego. Pozwoliłoby to na „outsourcing” części redukcji emisji poprzez zakup kredytów węglowych z projektów w innych krajach, co budzi kontrowersje wśród organizacji ekologicznych, takich jak Climate Action Network Europe, które ostrzegają, że takie podejście może osłabić rzeczywiste wysiłki na rzecz dekarbonizacji w UE.
Dwa scenariusze celu na 2035 rok
Unia Europejska stoi przed wyborem dwóch głównych scenariuszy dla swojego NDC na 2035 rok, które będą miały kluczowe znaczenie dla realizacji celu 90% redukcji emisji do 2040 roku. Każdy z nich niesie inne konsekwencje dla gospodarki, polityki i pozycji UE na COP30.
Scenariusz ambitny (72,5% redukcji względem 1990 roku)
Pierwszy scenariusz, popierany przez Danię, Finlandię, Hiszpanię oraz organizacje pozarządowe, takie jak CAN Europe, zakłada redukcję emisji o około 72,5% do 2035 roku w porównaniu z 1990 rokiem. Taki cel jest zgodny z liniową trajektorią osiągnięcia 90% redukcji do 2040 roku i wymaga szybkiego wprowadzenia rygorystycznych regulacji, w tym przyspieszenia dekarbonizacji energetyki, transportu i przemysłu. Oznaczałby on konieczność masowych inwestycji w odnawialne źródła energii, technologie wychwytywania dwutlenku węgla (CCS) oraz modernizację infrastruktury, co według szacunków Komisji Europejskiej może kosztować nawet 660 miliardów euro rocznie w latach 2031–2050.
Ten scenariusz spotyka się z oporem przemysłu, szczególnie w krajach takich jak Polska, gdzie sektor energetyczny wciąż opiera się na paliwach kopalnych, a transformacja wymagałaby ogromnych nakładów finansowych i wsparcia dla regionów górniczych, takich jak Śląsk. Przedsiębiorstwa, takie jak Orlen, wskazują na brak wystarczających technologii i infrastruktury, by osiągnąć tak ambitne cele w krótkim czasie, oraz na ryzyko utraty konkurencyjności wobec Chin czy USA. Jednak zwolennicy tego scenariusza, w tym hiszpański premier Pedro Sánchez, argumentują, że szybka transformacja to jedyna droga do utrzymania przewagi gospodarczej w świecie, w którym technologie zielone stają się nowym standardem.
Scenariusz łagodniejszy (65–70% redukcji)
Drugi scenariusz zakłada bardziej stopniowe podejście, z redukcją emisji na poziomie 65–70% do 2035 roku, co daje większą przestrzeń na negocjacje i dostosowanie regulacji do realiów gospodarczych poszczególnych krajów. Taki cel, popierany przez Polskę, Włochy i Francję, byłby łatwiejszy do zaakceptowania politycznie, zwłaszcza w kontekście rosnących kosztów energii i obaw o stabilność gospodarczą. Pozwoliłby na wolniejsze tempo dekarbonizacji, dając czas na rozwój technologii, takich jak wodór czy małe reaktory jądrowe (SMR), oraz na stworzenie mechanizmów wsparcia dla sektorów energochłonnych.
Jednak ten scenariusz jest krytykowany przez organizacje ekologiczne i kraje nordyckie za brak wystarczającej ambicji. Climate Action Tracker, niezależny projekt naukowy, ocenił, że żaden z dotychczas złożonych planów NDC na 2035 rok, w tym brytyjski cel redukcji o 81%, nie jest w pełni zgodny z ograniczeniem globalnego ocieplenia do 1,5°C. Scenariusz łagodniejszy może więc osłabić pozycję UE na COP30, gdzie oczekuje się od niej roli lidera, szczególnie w obliczu wycofania się USA z porozumienia paryskiego po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa w styczniu 2025 roku.
Polityka kontra terminy
Unia Europejska stoi pod presją czasu. Zgodnie z wymogami porozumienia paryskiego, wszystkie kraje muszą złożyć swoje zaktualizowane NDC na 2035 rok do września 2025 roku, by umożliwić przygotowanie raportu o globalnych ambicjach przed COP30. Jednak proces decyzyjny w UE, związany z koniecznością uzgodnienia zarówno NDC na 2035 rok, jak i celu na 2040 rok, jest skomplikowany przez różnice interesów między państwami członkowskimi. Jeśli negocjacje dotyczące celu 90% do 2040 roku przeciągną się, istnieje ryzyko, że UE nie zdąży złożyć swojego NDC na czas, co byłoby poważnym ciosem dla jej wizerunku jako globalnego lidera klimatycznego.
Hiszpania, jeden z orędowników ambitnej polityki klimatycznej, wzywa do jedności i długofalowej wizji. Premier Pedro Sánchez podkreślił: „Konkurencyjność w XXI wieku to nie węgiel czy ropa, lecz przyspieszona transformacja energetyczna, która daje nowe możliwości gospodarcze.” Jednak w krajach takich jak Polska czy Włochy, gdzie przemysł ciężki i sektor energetyczny odgrywają kluczową rolę, politycy obawiają się, że zbyt szybkie zmiany mogą prowadzić do protestów społecznych i wzrostu bezrobocia. W Polsce, gdzie transformacja górnictwa wciąż budzi emocje, minister Hennig-Kloska apeluje o „realistyczne podejście, które nie zostawi ludzi bez pracy i perspektyw”.
Dodatkowym wyzwaniem jest polityczny klimat w UE. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku wzrosło znaczenie partii sceptycznych wobec Zielonego Ładu, takich jak Europejska Partia Ludowa czy Patrioci dla Europy, które mogą opóźniać przyjęcie ambitnych celów klimatycznych. Jeśli UE nie zdoła uzgodnić swojego NDC przed COP30, może stracić wiarygodność na arenie międzynarodowej, szczególnie wobec krajów Globalnego Południa, które oczekują od Europy nie tylko ambitnych celów, ale także wsparcia finansowego w wysokości co najmniej 1,3 biliona dolarów rocznie do 2035 roku, zgodnie z tzw. Baku to Belém Roadmap.
Europa nie wystarczy
Mimo swoich ambicji, Unia Europejska odpowiada za coraz mniejszą część globalnych emisji gazów cieplarnianych – w 2022 roku było to około 7% światowych emisji, w porównaniu z 30% w 1990 roku. Nawet jeśli UE osiągnie swoje cele na 2035 i 2040 rok, globalne ocieplenie nie zostanie zatrzymane bez zaangażowania największych emitentów, takich jak Chiny (30% globalnych emisji) i Indie (7%). Te dwa kraje, choć podejmują kroki w kierunku zielonej transformacji, podchodzą do międzynarodowych zobowiązań z rezerwą.
Chiny, będące liderem w produkcji paneli słonecznych i turbin wiatrowych, jednocześnie zwiększyły w 2024 roku liczbę elektrowni węglowych, a to budzi obawy o ich długoterminowe plany. Ekspert ds. klimatu, Christian de Perthuis, zauważył: „Chiny robią wiele w zielonych technologiach, ale ich niechęć do przyjmowania sztywnych zobowiązań międzynarodowych utrudnia globalny postęp.” Indie z kolei, jako kraj rozwijający się, krytykują proces klimatyczny jako ograniczenie ich prawa do rozwoju. W ich NDC na 2035 rok priorytetem jest rozwój gospodarczy, a nie rygorystyczne cele redukcji emisji.










