17 lipca 2026 roku Komisja Europejska ogłosiła reformę systemu ETS, spowalniając tempo redukcji emisji i przedłużając okres przyznawania bezpłatnych uprawnień dla przemysłu. To nie jest odosobniony epizod, lecz element szerszego trendu, który od 2024 roku zmienia oblicze unijnej polityki klimatycznej. Koszty transformacji, konkurencyjność przemysłu i bezpieczeństwo energetyczne zaczynają przeważać nad ambicjami środowiskowymi. Pytanie, czy Europa kończy erę zielonej transformacji za wszelką cenę, nabiera w tym kontekście wymiaru egzystencjalnego.
17 lipca 2026 roku Komisja Europejska ogłosiła długo wyczekiwaną reformę systemu handlu uprawnieniami do emisji, która w praktyce oznacza spowolnienie tempa redukcji emisji dla przemysłu. To nie jest zwykła korekta techniczna. To symboliczny cios w filar, na którym przez dwie dekady opierała się unijna polityka klimatyczna. ETS, od 2005 roku uznawany za najskuteczniejsze narzędzie walki z emisjami, który w tym czasie zredukował emisje w objętych nim sektorach o połowę, został osłabiony w imię konkurencyjności. Propozycja Komisji, która musi jeszcze przejść przez proces legislacyjny w Parlamencie Europejskim i wśród państw członkowskich, jest kolejnym z serii kroków, które od 2024 roku reorientują Unię Europejską z ambicji środowiskowych na rzecz przemysłowej konkurencyjności.
Dane makroekonomiczne, które legły u podstaw tej decyzji, są nieubłagane. Ponad 140 miliardów euro rocznie – tyle kosztuje transformację klimatyczną gospodarkę Unii Europejskiej. Dla porównania, cena uprawnień do emisji CO₂ w systemie ETS wynosi obecnie około 80 euro za tonę. To właśnie presja kosztowa, w połączeniu z wojną w Ukrainie, kryzysem energetycznym i rosnącą konkurencją ze strony Chin i Stanów Zjednoczonych, doprowadziła do fundamentalnej zmiany priorytetów. W obliczu tych wyzwań Komisja Europejska zaproponowała obniżenie rocznego tempa redukcji pułapu emisji z 4,3 do 3,7 procent od 2031 roku i dalsze spowolnienie po 2036 roku. Jednocześnie okres przyznawania bezpłatnych uprawnień dla przemysłu został przedłużony do końca 2037 roku, zamiast wygaszać je w 2034 roku.
Zmiana, która dokonuje się w Brukseli, ma charakter systemowy i nie ogranicza się wyłącznie do reformy ETS. Jak zauważa Politico, prawa dotyczące samochodów spalinowych, raportowania korporacyjnego, wylesiania i greenwashingu zostały osłabione w ciągu ostatniego półtora roku, w ramach wielkich zwycięstw prawicy. W czerwcu 2026 roku Financial Times odnotowało, że Komisja Europejska wycofała się z celu wycofania nowych samochodów spalinowych do 2035 roku oraz wprowadziła międzynarodowe kredyty węglowe do celów klimatycznych na 2040 rok. Europejska Partia Ludowa, największa frakcja w Parlamencie Europejskim, przyjęła priorytety na 2026 rok, które reorientują Europejski Zielony Ład, czyniąc ochronę środowiska i klimatu drugorzędną wobec celów konkurencyjności, interesów przemysłowych i wymogów sektorowych. To, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, dziś stało się oficjalną polityką.
Zmiana ta nie dokonała się jednak w próżni. Bezpośrednim katalizatorem był kryzys energetyczny wywołany wojną w Ukrainie oraz gwałtowny wzrost cen energii, który uderzył w europejski przemysł. Jak wskazuje Politico, Komisja Europejska jest obecnie pod ogromną presją ze strony krajów takich jak Włochy, Polska i Grecja, które domagają się reformy bardziej przyjaznej przemysłowi. Włochy pod przewodnictwem Giorgii Meloni, która określiła Zielony Ład jako ideologiczny i domagała się bardziej stopniowej transformacji, są jednym z głównych orędowników osłabienia unijnych regulacji. Z kolei Polska, która ma przed sobą wydatki rzędu 3,5 biliona złotych na transformację do 2040 roku, również naciska na złagodzenie przepisów. Prezydent Karol Nawrocki skierował do Senatu wniosek o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej, argumentując, że UE odpowiada za zaledwie 6 procent globalnych emisji. Referendum ma się odbyć 27 września 2026 roku, co dodatkowo podgrzewa atmosferę polityczną wokół tego tematu.
Nowa formuła transformacji. Konkurencyjność dyktuje tempo zmian
Reforma ETS jest elementem szerszej nowej formuły, którą Bruksela chce wpisać w zieloną transformację. Jak ujął to portal Vietnam.vn, podczas gdy wcześniej polityka klimatyczna miała napędzać gospodarkę, teraz konkurencyjność gospodarki przekształca politykę klimatyczną. Celem transformacji nie jest już wyłącznie redukcja emisji, ale pomoc Europie w zachowaniu strategicznych gałęzi przemysłu, tworzeniu miejsc pracy i zmniejszeniu zależności od importowanych paliw kopalnych. Ekonomia zaczyna dominować nad ekologią. Ta zmiana paradygmatu znajduje swoje odzwierciedlenie w nowej polityce energetycznej Komisji, w której centralne miejsce zajmuje elektryfikacja. Komisja zaproponuje cel elektryfikacji na poziomie poniżej 50 procent do 2040 roku, co oznacza, że około co druga jednostka energii zużywana w Europie będzie dostarczana w postaci prądu. To odejście od ambicji zeroemisyjnych na rzecz bardziej realistycznego, choć wciąż ambitnego celu.
Nowe podejście Brukseli ma również wyraźny wymiar fiskalny. Komisja proponuje, aby większa część dochodów z ETS, około 24 miliardów euro rocznie, była przeznaczana bezpośrednio na wsparcie przedsiębiorstw inwestujących w czyste technologie. Celem jest pomoc energochłonnym sektorom, takim jak stal, cement, chemia, elektroenergetyka i lotnictwo, w redukcji emisji przy jednoczesnym utrzymaniu konkurencyjności. Propozycja ta natychmiast wywołała kontrowersje, ponieważ dochody z ETS stały się dla wielu państw członkowskich znaczącym źródłem finansowania. Austria wykorzystywała je na budowę tuneli kolejowych, Francja na renowacje energooszczędne i uzupełnianie budżetu. Jeśli Bruksela zażąda, aby większa część tych środków trafiała do przemysłu, wiele rządów będzie musiało zweryfikować swoje wcześniejsze plany wydatkowe.
Podzielony kontynent. Północ kontra Południe i Wschód w walce o kształt regulacji
Reforma ETS ujawniła głębokie podziały w Unii Europejskiej. Z jednej strony mamy kraje Europy Południowej i Środkowo-Wschodniej, takie jak Włochy, Polska, Grecja, Czechy i Austria, które naciskają na złagodzenie przepisów. Argumentują one, że rosnące koszty emisji stają się nie do udźwignięcia dla ich przemysłu, a bez zmian inwestycje opuszczą Europę. Z drugiej strony, kraje nordyckie, czyli Szwecja, Finlandia, Dania, oraz Hiszpania bronią dotychczasowego kształtu systemu. Szwecja zapowiedziała, że będzie blokować wszelkie próby osłabienia ETS, argumentując, że słabszy system byłby zły zarówno dla klimatu, jak i dla konkurencyjności Europy. Hiszpania ostrzega, że osłabienie ETS ukarałoby firmy, które już zainwestowały w redukcję emisji. Irlandia, która w czerwcu 2026 roku objęła rotacyjną prezydencję w Radzie UE, będzie musiała wypracować kompromis między tymi skrajnymi stanowiskami, co zapowiada się jako jedno z największych politycznych wyzwań roku.
Podziały te mają również wymiar ekonomiczny i sektorowy. Niemiecki koncern BASF, którego prezes reprezentuje Cefic, ostrzega, że bez zmian w ETS inwestycje opuszczą Europę zanim emisje. Z kolei Neil Makaroff ze Strategic Perspectives wskazuje, że to często sektory, które zainwestowały bardzo niewiele w dekarbonizację, są najbardziej krytyczne wobec ETS, podczas gdy inne firmy, które zainwestowały w Europie w dekarbonizację, obawiają się, że wycofanie się z ambitnych celów spowoduje utratę ich pionierskiej przewagi. Fiński producent stali Outokumpu, który uzyskuje około 90 procent energii elektrycznej ze źródeł niskoemisyjnych, obawia się, że straci na wycofywaniu się Unii z zielonych celów. To pokazuje, że walka o kształt regulacji nie toczy się wyłącznie między państwami, ale także między różnymi sektorami przemysłu, a nawet między konkretnymi firmami.
Koniec jednej ery, ale nie całej transformacji. Dokąd zmierza Europa?
Nowy kurs Brukseli nie oznacza końca europejskiej transformacji energetycznej, ale koniec jej pierwszej, najbardziej ambitnej i w pewnym sensie naiwnej fazy. Jak zauważa Politico, Zielony Ład wciąż jest obecny, ale jest zagrożony zawężeniem. Cele klimatyczne na 2040 rok, zakładające redukcję emisji o 90 procent netto, pozostają w mocy, ale droga do ich osiągnięcia stała się bardziej wyboista i pełna kompromisów. Ostateczny kształt reformy ETS będzie negocjowany w ciągu najbliższego roku między Parlamentem Europejskim a państwami członkowskimi, a wynik tych negocjacji zadecyduje o tym, jak bardzo Unia osłabi swoje ambicje klimatyczne.
Jednocześnie, jak zauważa Financial Times, ogólna trajektoria w Europie zmierza w kierunku bardziej zielonej gospodarki. Diederik Samsom, jeden z architektów Zielonego Ładu, przyznaje, że spodziewał się reakcji, ale pozostaje optymistą. Nawet jeśli niektóre obszary polityki cofają się, główne instrumenty polityczne wpływające na wyniki finansowe przedsiębiorstw przesuwają się do przodu. Unia wciąż znajduje się na ścieżce do osiągnięcia celów redukcyjnych na 2030 rok, głównie dzięki powszechnemu wdrożeniu energii słonecznej i wiatrowej. W kwietniu 2026 roku średnia cena dostaw na Rynku Dnia Następnego dla całej strefy wyniosła 78,50 euro za MWh i była niższa o 15,4 procent w ujęciu miesięcznym, co wskazuje na stopniową stabilizację cen energii.
To, co się zmienia, to tempo i sposób realizacji. Europa kończy erę, w której cele klimatyczne były nadrzędne wobec wszystkich innych. Wchodzi w erę, w której transformacja musi być uzasadniona ekonomicznie, konkurencyjna i społecznie akceptowalna. Pytanie nie brzmi już, czy osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku, ale jak to zrobić, nie rujnując przy tym własnego przemysłu i nie pogłębiając nierówności społecznych. W tym sensie odpowiedź na pytanie postawione w tytule jest twierdząca. Europa kończy erę zielonej transformacji za wszelką cenę. Ale jednocześnie rozpoczyna erę transformacji, która ma być bardziej pragmatyczna, mniej ideologiczna i, jak twierdzą jej zwolennicy, bardziej skuteczna w dłuższej perspektywie. Czy ta nowa formuła się sprawdzi, okaże się w nadchodzących latach, gdy pierwsze skutki reformy ETS staną się widoczne w bilansach przedsiębiorstw i rachunkach za energię gospodarstw domowych.
Fot. Pixabay

