W 20 polskich gminach woda z kranu przekracza normy zawartości arsenu i azotanów. Mieszkańcy dowiadują się z ulotek, ale nikt nie mówi o tym głośno, bo „to by uderzyło w ceny nieruchomości”. Problem dotyczy głównie terenów rolniczych, gdzie intensywne nawożenie przedostaje się do wód gruntowych, a system kontroli jest dziurawy jak sito.
- W gminie Zagrodno na Dolnym Śląsku woda z kranu przekracza normy azotanów, co potwierdził sanepid w Złotoryi. Woda nie nadaje się do picia dla niemowląt, dzieci do 3 lat, kobiet w ciąży i karmiących. Mieszkańcy mogą odbierać wodę pitną w siedzibie Zakładu Usług Komunalnych, ale dla osób starszych czy bez samochodu to często rozwiązanie iluzoryczne.
- Azotany same w sobie nie są silnie toksyczne, ale w organizmie przekształcają się w azotyny, które mogą tworzyć rakotwórcze związki N-nitrozowe. Badania opublikowane w „Environmental Research” wskazują, że zanieczyszczenie wody azotanami może powodować w USA do 12,5 tys. zachorowań na nowotwory rocznie. Ryzyko zaczyna rosnąć już przy stężeniach kilku miligramów na litr – wielokrotnie niższych niż polski limit 50 mg/l.
- Głównym źródłem azotanów w wodach gruntowych jest rolnictwo – nawozy sztuczne i naturalne przenikające do wód, zwłaszcza na terenach o intensywnej produkcji. Program azotanowy obowiązuje, ale jego egzekwowanie jest iluzoryczne. Od 2026 roku kary za nieprawidłowe przechowywanie nawozów wzrosły do 4,5 tys. zł, ale to wciąż kwota, którą wielu rolników wrzuca w koszty działalności.
Choć oficjalne raporty rzadko trafiają do ogólnopolskich mediów, dane lokalnych sanepidów nie pozostawiają złudzeń. W wielu polskich gminach woda z kranu systematycznie przekracza dopuszczalne normy, a mieszkańcy dowiadują się o tym z ulotek rozwieszanych na słupach lub wywieszanych w urzędach.
Przykładem może być gmina Zagrodno na Dolnym Śląsku. W styczniu 2026 roku Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Złotoryi wydała komunikat o przekroczeniu zawartości azotanów w wodzie z wodociągu sieciowego w Olszanicy. Woda płynąca do kranów w Grodźcu, Uniejowicach, Radziechowie, Jadwisinie, Modlikowicach i Wojciechowie nie nadaje się do picia dla noworodków i niemowląt, dzieci do trzeciego roku życia, kobiet w ciąży oraz kobiet karmiących piersią.
Paradoksalnie, w oficjalnym komunikacie napisano, że woda „nie stanowi potencjalnego zagrożenia dla osób dorosłych” – choć jednocześnie zalecono, by dorośli również zastanowili się nad jej spożyciem. Mieszkańcy mogą odbierać wodę pitną dla najbardziej wrażliwych grup w siedzibie Zakładu Usług Komunalnych.
To nie jest odosobniony przypadek. Według danych, do których dotarli autorzy raportu, problem dotyczy co najmniej 20 gmin w Polsce, głównie na terenach rolniczych. Na liście znajdują się miejscowości, w których normy przekraczane są nie tylko dla azotanów, ale także dla arsenu – pierwiastka rakotwórczego, który w dłuższej perspektywie może prowadzić do poważnych schorzeń.
Cichy problem polskich gmin
Azotany to związki azotu naturalnie występujące w środowisku, ale ich nadmiar w wodzie pitnej to efekt głównie intensywnego rolnictwa – nawozów sztucznych i obornika. W Polsce i całej Unii Europejskiej dopuszczalne stężenie azotanów w wodzie pitnej wynosi 50 miligramów na litr. Te normy często traktujemy jak granicę między bezpiecznym a niebezpiecznym. Tymczasem badania sugerują, że przy długotrwałym spożyciu nawet znacznie niższe stężenia mogą mieć znaczenie dla zdrowia dorosłych.
Co właściwie dzieje się z azotanami w organizmie? Same azotany nie są szczególnie toksyczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy w organizmie – głównie w jamie ustnej i żołądku – część azotanów przekształca się w azotyny. Te z kolei mogą reagować z innymi związkami obecnymi w pożywieniu, tworząc tak zwane związki N-nitrozowe. To właśnie te związki są od lat badane pod kątem działania rakotwórczego.
Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem klasyfikuje spożywane azotany i azotyny jako potencjalnie rakotwórcze w warunkach sprzyjających tak zwanej endogennej nitrozacji. W uproszczeniu – wtedy, gdy dieta i warunki w organizmie sprzyjają tym reakcjom. Co zwiększa ryzyko? Niskie spożycie witaminy C, która hamuje ten proces, duże spożycie czerwonego i przetworzonego mięsa oraz przewlekłe stany zapalne przewodu pokarmowego.
Najlepiej przebadanym tematem jest związek między azotanami w wodzie pitnej a rakiem jelita grubego. Kilka dużych badań obserwacyjnych – w tym znane badanie duńskie – wykazało, że ryzyko zaczyna rosnąć już przy stężeniach rzędu kilku miligramów na litr, czyli wielokrotnie niższych niż obowiązujący limit 50 miligramów na litr. To nie jest ogromny wzrost ryzyka, ale statystycznie istotny – i wystarczający, by nie ignorować problemu.
Badania opublikowane na łamach „Environmental Research” wskazują, że zanieczyszczenie wody pitnej azotanami może powodować w USA do 12,5 tysiąca zachorowań na nowotwory rocznie. Cztery piąte tych zachorowań dotyczyło raka jelita grubego, resztę stanowiły rak jajnika, tarczycy, nerki i pęcherza moczowego.
Skąd azotany w wodzie? Rolnictwo i słabe egzekwowanie prawa
Głównym źródłem azotanów w wodach gruntowych jest rolnictwo – nawozy sztuczne i naturalne, które przenikają do wód podziemnych, zwłaszcza na terenach o intensywnej produkcji rolnej. Problem jest tak poważny, że Unia Europejska od lat nakłada na państwa członkowskie obowiązek wdrażania tak zwanych programów azotanowych, które mają ograniczyć zanieczyszczenie wód.
W Polsce program azotanowy obowiązuje, ale jego egzekwowanie pozostawia wiele do życzenia. Teoretycznie rolnicy mają obowiązek przechowywania nawozów naturalnych w sposób bezpieczny dla środowiska – obornik powinien być przechowywany przez co najmniej 5 miesięcy, a nawozy płynne przez 6 miesięcy w szczelnych zbiornikach. W praktyce kontrola tych przepisów jest iluzoryczna, a kary – choć od 2026 roku wzrosły – wciąż są na tyle niskie, że wielu rolników woli ryzykować.
Od 1 stycznia 2026 roku maksymalne opłaty za naruszenia wynoszą 4563 złote za przechowywanie nawozów naturalnych w sposób niezgodny z przepisami, 3042 złote za stosowanie nawozów niezgodnie z przepisami lub planem nawożenia oraz 760 złotych za brak lub nieprawidłowe prowadzenie dokumentacji. To wzrosty o kilkadziesiąt do kilkuset złotych w porównaniu z 2025 rokiem, ale wciąż kwoty, które dla gospodarstw rolnych nie stanowią realnej bariery. Kontrolą zajmuje się Inspekcja Ochrony Środowiska, ale jej możliwości są ograniczone – liczba kontroli jest niewielka w porównaniu do skali problemu.
Kto kontroluje jakość wody i dlaczego to nie działa?
Nadzór nad jakością wody w Polsce sprawują Powiatowe Stacje Sanitarno-Epidemiologiczne. To one regularnie badają próbki i wydają komunikaty – takie jak ten w gminie Zagrodno. Problem polega na tym, że te komunikaty trafiają do mieszkańców w sposób, który trudno nazwać skuteczną komunikacją.
W przypadku Zagrodna informacja o skażonej wodzie pojawiła się na stronie internetowej gminy i prawdopodobnie w formie ulotek. Mieszkańcy dowiedzieli się, że woda nie nadaje się dla niemowląt, kobiet w ciąży i karmiących, a dorośli mogą pić… choć nie do końca wiadomo, czy powinni.
Tymczasem na drugim biegunie są gminy takie jak Jasło, gdzie w styczniu 2026 roku MPGK mogło pochwalić się wzorowymi wynikami badań – wszystkie parametry w normie, bakterie coli zerowe, azotany na poziomie 3,4 miligrama na litr, czyli dziesięciokrotnie poniżej normy. Różnica między Jasłem a Zagrodnem to nie przypadek. To efekt polityki inwestycji w infrastrukturę wodną, ale także zwykłego szczęścia geologicznego. Na terenach rolniczych, gdzie wody gruntowe są płytko i intensywnie użytkowane rolniczo, problem azotanów jest nieporównywalnie większy niż w miastach z głębokimi ujęciami i rozbudowanym systemem uzdatniania.
Dlaczego o tym nie mówią głośno? Cena milczenia
Pytanie, które zadają sobie mieszkańcy skażonych terenów, brzmi: dlaczego nie ma ogólnopolskiej listy gmin z zatrutą wodą? Dlaczego nie powstają mapy zagrożeń, nie biją dzwony alarmowe w mediach?
Odpowiedź jest prozaiczna i przerażająca zarazem. Jak wynika z nieoficjalnych wypowiedzi urzędników, głośne mówienie o problemie uderzyłoby w ceny nieruchomości. Gmina, w której woda z kranu nie nadaje się do picia, staje się gminą, w której nikt nie chce mieszkać. Działki tracą na wartości, inwestorzy uciekają, rozwój się zatrzymuje.
To błędne koło: im bardziej ukrywa się problem, tym mniejsza presja na jego rozwiązanie. Im mniejsza presja, tym dłużej mieszkańcy piją wodę z azotanami, nieświadomi długofalowych konsekwencji. A przecież, jak pokazują badania, długotrwałe narażenie nawet na stosunkowo niskie stężenia azotanów może zwiększać ryzyko nowotworów, zwłaszcza jelita grubego.
Autorzy cytowanych analiz zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny aspekt: normy 50 miligramów na litr powstały głównie po to, by chronić niemowlęta przed ostrymi skutkami zatruć, tak zwaną methemoglobinemią, czyli zespołem sinych niemowląt. Nie były projektowane z myślą o wieloletnim narażeniu dorosłych na niższe stężenia. Coraz więcej badań pokazuje, że ryzyko może narastać latami i zależy od diety, stylu życia i indywidualnych predyspozycji.
Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska utrzymuje federalny standard dotyczący maksymalnej zawartości azotanów w wodzie pitnej na poziomie 10 miligramów na litr, ustalony w 1962 roku. Jednak kilka uznanych badań epidemiologicznych łączy obecność azotanów w wodzie pitnej na poziomie poniżej jednej dziesiątej dopuszczalnego limitu z nowotworami i innymi poważnymi problemami zdrowotnymi. Naukowcy z Environmental Working Group oceniają, że poziom, przy którym nie wystąpią niekorzystne skutki zdrowotne, wynosi 0,14 miligrama na litr – 70 razy mniej niż amerykański limit i 350 razy mniej niż polska norma.
Co robić, gdy woda jest zła? Mieszkańcy zdani na siebie
W teorii, gdy sanepid stwierdzi przekroczenia norm, władze gminy mają obowiązek zapewnić mieszkańcom zastępcze źródło wody. W praktyce, jak w Zagrodnie, sprowadza się to do możliwości odbioru wody w siedzibie Zakładu Usług Komunalnych. Dla osoby starszej, bez samochodu, mieszkającej kilka kilometrów dalej, to rozwiązanie czysto iluzoryczne.
Co mogą zrobić mieszkańcy, którzy nie ufają wodzie z kranu? Eksperci zalecają regularne badanie wody w laboratorium – nie tylko na azotany, ale także na obecność metali ciężkich, pestycydów i bakterii. W przypadku azotanów skuteczna jest odwrócona osmoza lub filtry z żywicami anionowymiennymi. Zwykłe filtry węglowe, montowane w dzbankach, azotanów nie usuwają. Można korzystać z wody butelkowanej – ale tylko do picia i gotowania. Mycie naczyń, kąpiel czy pranie wodą z azotanami jest bezpieczne, bo skóra ich nie absorbuje. Konieczna jest też presja na władze – zgłaszanie problemu, pisanie petycji, nagłaśnianie sprawy. Im więcej mieszkańców będzie domagać się rozwiązania, tym większa szansa, że gmina zainwestuje w nowe ujęcia lub skuteczne systemy uzdatniania.
Kary dla rolników. Czy to coś zmieni?
Od 2026 roku obowiązują wyższe kary dla rolników łamiących przepisy programu azotanowego. To krok w dobrym kierunku, ale – jak zwykle w Polsce – diabeł tkwi w szczegółach. Kary są nadal na tyle niskie, że wielu rolników może uznać je za koszt prowadzenia działalności, a nie realną dolegliwość. 4,5 tysiąca złotych za niewłaściwe przechowywanie nawozów to dla średniego gospodarstwa kwota, którą można wrzucić w koszty.
Skuteczniejsze niż kary mogłyby być dotacje na budowę szczelnych płyt obornikowych i zbiorników na gnojowicę. Programy takie istnieją, ale ich dostępność jest ograniczona, a procedury skomplikowane. Dopóki rolnikom będzie się bardziej opłacało ryzykować niż inwestować w zabezpieczenia, wody gruntowe na terenach rolniczych będą zatruwane.
Ponadto, jak przypomina Tygodnik Rolniczy, w przypadku powtarzających się uchybień lub rażących zaniedbań kary mogą być nakładane wielokrotnie, a dodatkowo Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa może pomniejszyć dopłaty bezpośrednie. Przestrzeganie norm azotanowych jest bowiem elementem zasady tak zwanej wzajemnej zgodności.
Co z arsenem? Nieodkryty problem
W tytule raportu pojawia się informacja o przekroczeniach norm arsenu – pierwiastka silnie rakotwórczego, który w dłuższej perspektywie może prowadzić do nowotworów skóry, płuc, pęcherza moczowego i nerek. W przeciwieństwie do azotanów, których źródłem jest głównie rolnictwo, arsen w wodach gruntowych ma często pochodzenie geologiczne – jest wypłukiwany ze skał i osadów.
O ile problem azotanów jest stosunkowo dobrze udokumentowany, o tyle skala zanieczyszczenia wód arsenem w Polsce pozostaje słabo rozpoznana. Wiadomo, że dotyczy głównie terenów południowo-zachodniej Polski, zwłaszcza na Dolnym Śląsku, gdzie występują naturalne złoża tego pierwiastka. Brakuje jednak systematycznych badań i – co ważniejsze – brakuje presji społecznej, by takie badania prowadzić.
Być może dlatego, że arsen nie kojarzy się z rolnictwem i nie można za niego winić konkretnej grupy zawodowej. Łatwiej uderzyć w rolników niż w Matkę Naturę. Tyle że to natura nie truje ludzi – to my, wybierając lokalizacje pod studnie i ujęcia, nie sprawdzamy, co kryje się w głębi ziemi.
Milczenie jako strategia
Gdyby problem skażonej wody dotyczył kilku wsi w Polsce, można by go uznać za incydent. Gdyby dotyczył wyłącznie azotanów, można by winić rolników. Gdyby dotyczył tylko dzieci i kobiet w ciąży, można by uspokajać dorosłych, że nic im nie grozi.
Problem w tym, że skala jest większa, a konsekwencje długofalowe. Mieszkańcy skażonych terenów piją tę wodę latami, czasem dekadami. Dowiadują się z ulotek, ale nikt im nie mówi, że ryzyko nowotworu rośnie powoli, niezauważalnie, przez wiele lat. I nikt głośno nie pyta, dlaczego nie ma narodowego programu badań, mapy zagrożeń, systemu wczesnego ostrzegania.
Opracowano na podstawie: danych Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Złotoryi, informacji Głównego Inspektoratu Sanitarnego, raportów Environmental Working Group opublikowanych w „Environmental Research” , badań Edith Cowan University , analiz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem, materiałów Warmińsko-Mazurskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego, artykułów z portali Wieści Rolnicze, Tygodnika Rolniczego i AgroNews oraz publikacji popularnonaukowej dotyczącej mechanizmów działania azotanów.
Fot. Unsplash

