Deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rośnie w zastraszającym tempie. Z najnowszych prognoz wynika, że w 2029 roku w kasie ZUS może zabraknąć nawet 170 miliardów złotych. Eksperci nie mają wątpliwości: obecni 30- i 40-latkowie muszą liczyć się z tym, że ich przyszłe świadczenia będą groszowe, o ile w ogóle je otrzymają. System, w którym coraz mniej pracujących utrzymuje coraz więcej emerytów, po prostu przestaje się bilansować.
- Deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w 2025 roku sięgnął 80 mld zł, a w wariancie pesymistycznym w 2029 roku może wzrosnąć do 170 mld zł. Największym problemem jest fundusz emerytalny, którego wydolność spada do 65 proc. – to znaczy, że na każdą złotówkę wypłaconą emerytom ze składek wpływa tylko 65 groszy. Resztę musi dopłacić budżet państwa, czyli wszyscy podatnicy.
- Demografia to główna przyczyna kryzysu. W latach 2025–2029 liczba ubezpieczonych spadnie o 236 tys., a emerytów przybędzie o 352 tys. W 2080 roku pracować będzie ok. 10 mln osób (dziś 16 mln), a emerytów będzie 10,6 mln. Wskaźnik obciążenia systemowego (liczba emerytów do liczby pracujących) zbliży się do 1 – jeden pracujący na jednego emeryta. W żadnym systemie to się nie bilansuje bez gigantycznych dotacji.
- Dla obecnych 30- i 40-latków oznacza to emerytury groszowe. Stopa zastąpienia będzie systematycznie spadać, a waloryzacja kont emerytalnych może być zerowa przy spadku funduszu płac. Rozwiązaniem są dodatkowe oszczędności: PPK (pracownik, pracodawca i państwo), IKE i IKZE (korzyści podatkowe) oraz inwestycje alternatywne. Im wcześniej zaczniemy odkładać, tym większe szanse na godne życie po pracy.
Najnowsza prognoza ZUS przygotowana w trzech wariantach – pośrednim, pesymistycznym i optymistycznym – nie pozostawia złudzeń. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są emerytury, renty i zasiłki chorobowe, przez cały okres objęty analizą będzie deficytowy.
W wariancie pośrednim deficyt roczny FUS w 2025 roku sięgnął ponad 80 miliardów złotych, by w 2029 roku wzrosnąć do 115,3 miliarda złotych. W wariancie pesymistycznym kwota ta może sięgnąć nawet 170 miliardów złotych.
Prezes ZUS Zbigniew Derdziuk uspokaja, że sytuacja finansowa FUS w najbliższych latach będzie stabilna, a obsługa świadczeń gwarantowanych przez państwo niezagrożona.
– Konieczność dopłat do FUS z budżetu państwa będzie się utrzymywać w najbliższych latach. Ważne jest jednak to, że sytuacja finansowa FUS w najbliższych latach będzie stabilna a obsługa świadczeń gwarantowanych przez państwo niezagrożona – podkreślił prezes ZUS.
Te zapewnienia niewiele jednak znaczą dla osób, które dopiero za kilkadziesiąt lat mają przejść na emeryturę. Stabilność systemu opiera się bowiem nie na jego wydolności, ale na dotacjach z budżetu państwa, czyli na pieniądzach podatników.
Fundusz emerytalny dziurawy jak sito
Największym problemem jest fundusz emerytalny, który generuje gigantyczne straty. Już w 2025 roku jego deficyt przekroczył 104 miliardy złotych, a w 2029 roku sięgnie 155 miliardów złotych.
Wydolność tego funduszu – czyli stosunek wpływów do wydatków – spada do zaledwie 65 procent. Oznacza to, że na każdą złotówkę wydaną na emerytury, ze składek i innych źródeł wpływa tylko 65 groszy.
Długoterminowa prognoza ZUS do 2080 roku pokazuje, że deficyt w funduszu emerytalnym będzie się utrzymywał przez cały czas. W 2026 roku ma wynieść 98,3 miliarda złotych, a do 2080 roku wzrośnie do 136,1 miliarda złotych (w cenach stałych z 2024 roku).
Demografia dobija system emerytalny
Przyczyną tak dramatycznej sytuacji jest demografia. Liczba osób odprowadzających składki maleje, a liczba pobierających świadczenia rośnie w zastraszającym tempie.
W latach 2025–2029 liczba ubezpieczonych spadnie o 236 tysięcy, czyli o 1,4 procent. W tym samym czasie liczba osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie o 352 tysiące.
Jeszcze bardziej alarmujące są prognozy długoterminowe. Liczba pracujących (ubezpieczonych) spadnie z obecnych ponad 16 milionów do około 10 milionów w 2080 roku. Równocześnie liczba emerytów wzrośnie z obecnych 7,5 miliona do blisko 10 milionów w 2080 roku.
Na koniec 2030 roku emeryturę pobierać będzie 7,9 miliona osób. W 2040 roku – 8,9 miliona, a w 2050 roku liczba ta wzrośnie do 10,2 miliona. Szczyt przewidywany jest w 2060 roku – 10,6 miliona emerytów.
Jeden pracujący na jednego emeryta
W efekcie przez cały czas będzie rósł wskaźnik obciążenia systemowego, który pokazuje liczbę emerytów do liczby płacących składkę. Obecnie wynosi on 0,46, czyli na jednego emeryta przypada ponad dwóch pracujących. W 2080 roku wskaźnik ten zbliży się do 1, a w wariancie pesymistycznym nawet go przekroczy.
Oznacza to, że za kilkadziesiąt lat jeden pracujący będzie musiał utrzymywać jednego emeryta. To sytuacja, w której żaden system emerytalny nie jest w stanie się zbilansować bez gigantycznego wsparcia z budżetu państwa.
Najtrudniejsze dla finansów publicznych będą lata 2045-2060. Wówczas deficyt w FUS liczony jako odsetek PKB przekroczy trzy procent, a w wariancie pesymistycznym zbliży się nawet do czterech procent.
– To głównie efekt demografii, ale w tym przypadku chodzi głównie o pobieranie emerytur przez osoby z wyżów demograficznych lat powojennych oraz lat 80. XX wieku – czytamy w prognozie ZUS.
Polityczne decyzje pogłębiają problem
Eksperci zwracają uwagę, że kolejne decyzje polityczne raczej pogarszają sytuację finansową ZUS, niż ją poprawiają. Przykładem jest wprowadzona od lipca 2025 roku renta wdowia.
Jak wynika z prognozy ZUS, wprowadzenie renty wdowiej zmniejszyło wydolność funduszu emerytalnego o 0,4 punktu procentowego w 2026 roku oraz o 0,6-0,8 punktu procentowego w latach 2027-2080.
Gdyby renty wdowiej nie wprowadzono, współczynnik obciążenia systemowego byłby niższy o 3,1 punktu procentowego w 2026 roku, o 4,1 punktu procentowego w 2050 roku i o 5,2 punktu procentowego w 2080 roku.
Każda decyzja o wyższej waloryzacji świadczeń również ma swoją cenę. Podniesienie wskaźnika waloryzacji o zaledwie 1 punkt procentowy oznacza dodatkowe 22 miliardy złotych kosztów do 2029 roku.
Składki nie wystarczają, resztę dopłacają podatnicy
Z raportów ZUS wynika jasno: składki wpłacane przez pracujących nie wystarczają na pokrycie wydatków emerytalnych. W 2029 roku wpływy składkowe do funduszu emerytalnego wyniosą około 295 miliardów złotych, podczas gdy wydatki sięgną 451 miliardów złotych.
Brakuje więc 156 miliardów złotych – i tę różnicę trzeba dopłacić z budżetu państwa, czyli z podatków wszystkich obywateli. To trochę tak, jakby połowę emerytury wypłacał pracodawca, a drugą połowę musieli dorzucić wszyscy podatnicy.
Tymczasem wydatki na emerytury będą rosły. W budżecie na 2026 rok zaplanowano dotację do FUS w wysokości 81 miliardów złotych, ale ta kwota będzie systematycznie wzrastać i według prognozy w 2080 roku ma to być ponad pół biliona złotych.
W relacji do PKB deficyt funduszu emerytalnego wyniesie w 2026 roku około 2,5 procent, a w 2080 roku – 2,1 procent. To oznacza, że procentowo państwo będzie wydawać na emerytury nieco mniej niż dziś, ale kosztem niższych świadczeń.
Co to oznacza dla obecnych 30- i 40-latków?
Dla obecnych emerytów sytuacja jest stosunkowo komfortowa – ich świadczenia będą wypłacane, bo państwo nie może sobie pozwolić na niewypłacalność ZUS. Rośnie jednak ryzyko, że waloryzacje będą coraz skromniejsze, a realna wartość emerytur będzie spadać.
Dla przyszłych emerytów, czyli dzisiejszych 30- i 40-latków, sygnał jest znacznie bardziej niepokojący. Składki z pracy nie wystarczą, by zapewnić godną emeryturę. System będzie coraz bardziej zależny od decyzji rządu i kondycji finansów państwa.
W prognozie ZUS widać, że stopa zastąpienia, czyli relacja pierwszej emerytury do ostatniej pensji, będzie systematycznie spadać. Będzie rosła liczba tzw. emerytur groszowych oraz minimalnych, co spowoduje, że średnia stopa zastąpienia będzie coraz niższa.
Do tego dochodzi jeszcze jedno zjawisko. Konta emerytalne w ZUS są waloryzowane tzw. przypisem składki, czyli w praktyce wzrostem funduszu płac. Jeśli liczba pracujących będzie spadać, wzrostu może nie być, a nawet może nastąpić spadek. To, zgodnie z obecnym prawem, oznacza zerową waloryzację kont emerytalnych, czyli odłożonej w ZUS składki emerytalnej, która jest podstawą do wyliczenia świadczeń.
Co można zrobić, by zabezpieczyć przyszłość?
Eksperci są zgodni: czekanie na państwową emeryturę to proszenie się o biedę na starość. Im wcześniej zaczniemy odkładać pieniądze, tym większe szanse na godne życie po zakończeniu aktywności zawodowej.
PPK – Pracownicze Plany Kapitałowe
PPK to program, w którym oszczędzają pracownik, pracodawca i państwo. To obecnie najprostszy i najtańszy sposób na dodatkowe oszczędności emerytalne. Wpłaty podstawowe to 2 procent wynagrodzenia pracownika i 1,5 procent pracodawcy, a państwo dopłaca 250 złotych powitalnie i 240 złotych rocznie.
Co ważne, środki w PPK są prywatną własnością oszczędzającego, podlegają dziedziczeniu i można je wypłacić przed emeryturą (choć wtedy traci się część dopłat). To rozwiązanie szczególnie korzystne dla osób, które chcą oszczędzać, ale nie mają dyscypliny, by regularnie odkładać pieniądze.
IKE i IKZE – Indywidualne Konta Emerytalne
IKE i IKZE to dobrowolne formy oszczędzania na emeryturę, które oferują korzyści podatkowe. W przypadku IKE zwolnione z podatku Belki są zyski z inwestycji, pod warunkiem że wypłata środków nastąpi po osiągnięciu wieku emerytalnego. IKZE daje dodatkową korzyść – wpłaty można odliczyć od dochodu, co obniża bieżący podatek dochodowy.
W 2026 roku limit wpłat na IKE wynosi 23.472 złote, a na IKZE – 9.388 złotych dla osób rozliczających się progresywnie i 14.082 złote dla przedsiębiorców na podatku liniowym. To rozwiązania dla osób, które chcą samodzielnie decydować o strategii inwestycyjnej.
Inwestycje alternatywne
Dla osób, które myślą długoterminowo i są gotowe podjąć większe ryzyko, alternatywą mogą być bezpośrednie inwestycje. Nieruchomości na wynajem, fundusze inwestycyjne, akcje spółek dywidendowych czy obligacje korporacyjne – każda z tych opcji wymaga wiedzy i zaangażowania, ale może przynieść wyższe stopy zwrotu niż tradycyjne oszczędzanie.
Coraz popularniejsze stają się również inwestycje w złoto i inne metale szlachetne, które w czasach niepewności gospodarczej i wysokiej inflacji pełnią rolę bezpiecznej przystani.
System emerytalny nie zbankrutuje, ale emerytury będą niskie
ZUS nie zbankrutuje – to niemożliwe, dopóki państwo polskie istnieje i ma zdolność kredytową. Ale to, że system przetrwa, nie oznacza, że zapewni godne życie swoim świadczeniobiorcom.
– Mimo wszystko wydolność systemu, czyli zdolność do pokrywania wypłat emerytur z napływających składek, nigdy nie osiągnie 100 proc. – nawet w najlepszym, optymistycznym wariancie, fundusz pokryje tylko 85 proc. wydatków z bieżących wpływów w 2080 r., podczas gdy w średnim scenariuszu jest to 76 proc. – wynika z prognozy ZUS.
Te zjawiska powodują pozorny cud: liczba emerytów rośnie, liczba pracujących spada, a państwo w zasadzie dopłaca do systemu tyle samo. Ale nie ma nic za darmo, bo albo będzie rzesza emerytów z niskimi świadczeniami, albo państwo będzie dosypywać przez ZUS czy inną drogą – wskazówką już dziś jest 13. i 14. emerytura.
Dla dzisiejszych 30- i 40-latków oznacza to jedno: im wcześniej zaczną myśleć o dodatkowym zabezpieczeniu emerytalnym, tym większe szanse, że ich jesień życia nie będzie okresem wegetacji na granicy ubóstwa. System państwowy da im dach nad głową i chleb, ale na więcej będą musieli zapracować sami.
Opracowano na podstawie: danych ZUS z „Prognozy wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2025–2029”, „Prognozy wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2026–2030”, długoterminowej prognozy funduszu emerytalnego do 2080 roku oraz analiz ekonomicznych portali Forsal.pl i Money.pl.

