Koniec ery wygaszania reaktorów. Świat na nowo odkrywa atom

Kraje, które po Fukushimie ogłosiły wyjście z atomu, dziś zmieniają kurs. Przedłużają życie reaktorów, rozważają nowe budowy i uruchamiają ponownie wyłączone moce. Przyczyny: kryzys energetyczny, ceny prądu i brutalne zderzenie z rzeczywistością, że OZE bez stabilnego źródła podstawowego nie wystarczą. Nie wszyscy jednak mogą wrócić.

  • Jeszcze dekadę temu atom znajdował się w defensywie – dziś te same kraje przedłużają życie reaktorów, uchylają plany zamknięć i rozważają nowe inwestycje. Napędza to dramatyczny wzrost cen energii po agresji Rosji na Ukrainę, eksplozja zapotrzebowania na prąd ze strony centrów danych i sztucznej inteligencji oraz bolesne uświadomienie sobie, że OZE bez sterowalnego źródła podstawowego nie stabilizują sieci.
  • Kraje, które zdemontowały reaktory i rozproszyły kadrę (jak Niemcy), nie mogą już wrócić do atomu – koszty ponownego uruchomienia jednego reaktora sięgają 2-3 mld euro, a czasu potrzeba 5-7 lat. Inne (Belgia, Szwajcaria, Japonia) zdążyły odwrócić kurs, bo ich reaktory wciąż działały, gdy zapadała decyzja o przedłużeniu – to pokazuje, że timing w polityce energetycznej ma kluczowe znaczenie.
  • Francja jako dowód, że atom się opłaca. Kraj, który nigdy nie odszedł od atomu (70 proc. energii z 56 reaktorów), ma jedne z najniższych cen prądu w UE i przyciąga energochłonny przemysł. Małe reaktory modułowe (SMR) mogą być nadzieją na szybszy i tańszy powrót atomu dla tych, którzy dopiero zaczynają – ale technologia jest wciąż w fazie rozwoju, a pierwsze komercyjne jednostki ruszą pod koniec dekady.

Jeszcze 9 lat temu energetyka jądrowa znajdowała się w głębokiej defensywie. Katastrofa w Fukushimie w 2011 roku wydawała się punktem zwrotnym, po którym atom na zawsze stracił zaufanie opinii publicznej. Niemcy ogłosiły Energiewende – transformację, która miała doprowadzić do całkowitej rezygnacji z atomu do 2022 roku, co ostatecznie zrealizowano w kwietniu 2023 roku, kiedy to wyłączono trzy ostatnie pracujące reaktory. Belgia, Hiszpania i Szwajcaria ogłosiły podobne plany. Włochy w referendum potwierdziły zakaz budowy elektrowni jądrowych. Nawet Francja, od dziesięcioleci światowy lider atomu, ogłosiła redukcję udziału energii jądrowej z 75 do 50 procent. Wydawało się, że era atomu dobiega końca, a przyszłość należy wyłącznie do wiatru, słońca i gazu.

Dziś, w 2026 roku, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Te same kraje, które planowały wyjście z atomu, nagle zmieniają kurs. Belgia, która w 2022 roku zamknęła jeden reaktor, w 2025 roku zdecydowała o przedłużeniu życia dwóch pozostałych i rozpoczęła poszukiwania lokalizacji pod nowe. Szwajcaria, która po Fukushimie uchwaliła stopniowe wycofanie, dziś rozważa budowę nowych reaktorów. Japonia, która po 2011 roku wstrzymała wszystkie 54 reaktory, uruchomiła już 14 z nich, a 11 kolejnych czeka na zgodę regulatorów. Nawet Niemcy, choć w praktyce nie mogą już wrócić do atomu, bo ich reaktory zostały zdemontowane, a kadra rozproszona, toczą gorącą debatę o tym, czy decyzja o wyjściu była błędem, a politycy opozycji wzywają do zmiany kursu.

Co spowodowało ten zwrot? To połączenie 3 czynników: dramatycznego wzrostu cen energii po rosyjskiej inwazji na Ukrainę, eksplozji zapotrzebowania na prąd ze strony centrów danych i sztucznej inteligencji oraz bolesnego uświadomienia sobie, że transformacja energetyczna oparta wyłącznie na źródłach odnawialnych jest niemożliwa bez stabilnego, sterowalnego źródła podstawowego, które działa, gdy nie wieje wiatr i nie świeci słońce. Kraje, które zamknęły elektrownie, dziś próbują je odzyskać – ale nie wszystkie mają taką możliwość, a niektóre odkryły, że droga powrotu jest wyboista i kosztowna.

Zapisz się do newslettera!

Niemcy. Najbardziej bolesna lekcja, jakiej nie chcieli dostać

Niemcy były pionierem odejścia od atomu. Po katastrofie w Fukushimie kanclerz Angela Merkel, pod presją opinii publicznej i nadchodzących wyborów regionalnych, ogłosiła natychmiastowe zamknięcie ośmiu najstarszych reaktorów i przyspieszenie wyjścia z atomu do 2022 roku. Decyzja ta, choć popularna w momencie ogłoszenia – sondaże wskazywały, że ponad 70 procent Niemców popierało wyjście z atomu – z perspektywy czasu okazała się strategicznym błędem o ogromnych konsekwencjach. Merkel, fizyk z wykształcenia, doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji swojej decyzji, ale polityka – jak to często bywa – zwyciężyła nad racjonalnością.

Ostatnie trzy niemieckie reaktory – Emsland, Isar 2 i Neckarwestheim 2 – zostały wyłączone 15 kwietnia 2023 roku. W momencie wyłączania dostarczały one około 6 procent energii elektrycznej w Niemczech. Ich miejsce w miksie energetycznym miały zająć odnawialne źródła energii – wiatr i słońce. Problem polega na tym, że wiatr nie wieje stale, a słońce nie świeci w nocy, a Niemcy nie zbudowały wystarczającej liczby magazynów energii, które mogłyby tę zmienność wygładzić. W praktyce oznaczało to, że Niemcy musieli importować prąd z sąsiednich krajów – głównie z Francji, która produkuje około 70 procent energii z atomu, ale także z Czech i Polski, gdzie energia pochodzi głównie z węgla. Import ten nie tylko zwiększał emisje CO₂ (prąd z węgla jest znacznie bardziej emisyjny niż prąd z atomu), ale także czynił Niemcy zależnymi od decyzji sąsiadów i od cen, które dyktują oni na swoich rynkach.

Kryzys energetyczny po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku dobił niemiecki przemysł. Ceny gazu poszybowały w górę – z około 20 euro za megawatogodzinę przed wojną do ponad 300 euro w szczycie kryzysu – a wraz z nimi ceny energii elektrycznej, ponieważ gaz jest w Niemczech kluczowym paliwem do produkcji prądu, zwłaszcza po wyłączeniu atomu. W szczytowym momencie ceny energii dla przemysłu w Niemczech były najwyższe w Unii Europejskiej – wyższe nawet niż w Polsce, która od lat boryka się z wysokimi kosztami węgla i uprawnień do emisji CO₂. Dla niemieckich firm, które przez dekady przyzwyczajone były do tanich cen energii, to był szok, z którego wiele z nich nie potrafiło się otrząsnąć.

Konsekwencje były natychmiastowe i brutalne. Przemysł chemiczny, motoryzacyjny i maszynowy, który przez lata był motorem niemieckiej gospodarki i symbolem jej sukcesu, zaczął tracić konkurencyjność w zastraszającym tempie. BASF, największa niemiecka firma chemiczna, ogłosiła zamknięcie części instalacji w Ludwigshafen – swoim rodzinnym mieście, gdzie firma miała swoją siedzibę od 1865 roku – i przeniesienie produkcji do Chin, gdzie ceny energii są znacznie niższe, a regulacje mniej restrykcyjne. Volkswagen i Mercedes-Benz ograniczyły inwestycje w Niemczech, przesuwając je do Stanów Zjednoczonych, gdzie administracja oferowała atrakcyjne pakiety zachęt dla producentów samochodów elektrycznych, oraz do Europy Wschodniej, gdzie koszty pracy i energii są niższe. W 2025 roku w niemieckim przemyśle zlikwidowano ponad 120 tysięcy miejsc pracy – to najwyższy spadek od czasu pandemii i kryzysu finansowego z 2009 roku. Dla kraju, który przez dekady szczycił się niskim bezrobociem i silną bazą przemysłową, to był cios, z którego gospodarka wciąż się nie podniosła.

Dziś w Niemczech toczy się gorąca debata o tym, czy wyjście z atomu było błędem. Partie opozycyjne, zwłaszcza CDU/CSU, wzywają do zmiany kursu i przyznają, że decyzja podjęta przez rząd Merkel była zbyt pochopna i nieuwzględniająca wszystkich konsekwencji. Nawet niektórzy politycy rządzącej koalicji, w tym kanclerz Olaf Scholz, przyznają w mniej publicznych wypowiedziach, że sytuacja, w której Niemcy się znaleźli, nie jest satysfakcjonująca. Problem w tym, że powrót do atomu w Niemczech jest praktycznie niemożliwy. Reaktory zostały zdemontowane, a ich ponowne uruchomienie wymagałoby lat prac i miliardów euro – szacuje się, że przywrócenie do życia choćby jednego reaktora kosztowałoby co najmniej 2-3 miliardy euro i trwało 5-7 lat, a i tak nikt nie dałby gwarancji, że po takim czasie uda się uzyskać wszystkie niezbędne pozwolenia. Wykwalifikowana kadra, która obsługiwała elektrownie, przeszła na emeryturę lub znalazła zatrudnienie gdzie indziej – wielu inżynierów i techników wyemigrowało do Francji, Wielkiej Brytanii, a nawet do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie ich umiejętności są wciąż poszukiwane. Niemcy nie mają też zaplecza przemysłowego do budowy nowych reaktorów – ich przemysł jądrowy został zlikwidowany, a firmy takie jak Siemens i AEG, które kiedyś dostarczały komponenty do elektrowni atomowych, dawno już przestawiły się na inne technologie.

Mimo to, samo toczenie debaty ma znaczenie. Pokazuje, że nawet w kraju, który był liderem odejścia od atomu, pojawia się refleksja, a społeczeństwo zaczyna kwestionować słuszność wcześniejszych decyzji. Sondaże z 2025 roku wskazują, że już tylko około 40 procent Niemców popiera wyjście z atomu, podczas gdy 45 procent jest zdania, że decyzja była błędem. To zmiana o 30 punktów procentowych w ciągu zaledwie kilku lat. A to, co dzieje się w Niemczech, jest ostrzeżeniem dla innych krajów, które planowały podobne wyjście – Hiszpanii, Austrii, Włoch. Jeśli one pójdą tą samą drogą, mogą podzielić los niemieckiego przemysłu.

Belgia. Od całkowitego wyjścia do przedłużenia i nowych planów

Belgia jest przykładem kraju, który – w przeciwieństwie do Niemiec – zdołał odwrócić swój kurs, zanim było za późno. Po Fukushimie Belgia podjęła decyzję o stopniowym wyjściu z atomu, zamykając kolejne reaktory: Doel 1 i 2 w 2015 roku, Doel 3 w 2022 roku, a planując zamknięcie Doel 4 i Tihange 3 w 2025 roku. Pozostały tylko dwa reaktory – Tihange 1 i 2 – których zamknięcie planowano na 2025-2026 rok. Wydawało się, że atom w Belgii odchodzi do historii, a kraj ten pójdzie w ślady swojego wielkiego sąsiada – Niemiec.

Kryzys energetyczny po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zmienił tę kalkulację radykalnie. W 2022 roku, gdy ceny gazu eksplodowały, a Belgia – podobnie jak Niemcy – była uzależniona od importu prądu z Francji i Niemiec, rząd zdecydował o przedłużeniu życia reaktorów Doel 4 i Tihange 3 o 10 lat. Decyzja ta była kontrowersyjna – partie ekologiczne, Groen i Ecolo, były przeciwne, argumentując, że to krok w tył i że Belgia powinna zamiast tego inwestować w odnawialne źródła energii i magazyny energii. Ale koalicja rządząca, pod presją sytuacji i widmem blackoutu, przeforsowała zmianę. W grę wchodziło bowiem nie tylko bezpieczeństwo energetyczne, ale także los setek tysięcy miejsc pracy w przemyśle, który bez stabilnych dostaw energii po rozsądnych cenach nie miałby szans przetrwać.

W 2025 roku, po wyborach, do władzy doszedł nowy rząd pod przewodnictwem Barta De Wevera, lidera partii nacjonalistycznej N-VA. De Wever, który jeszcze kilka lat temu był zwolennikiem wyjścia z atomu, dziś ogłasza, że Belgia potrzebuje nowych reaktorów. W styczniu 2026 roku belgijski rząd rozpoczął oficjalne poszukiwania lokalizacji pod budowę małych reaktorów modułowych (SMR). Preferowane lokalizacje to tereny istniejących elektrowni w Doel i Tihange, gdzie infrastruktura – przyłącza, drogi, linie energetyczne – już istnieje, a co najważniejsze, wciąż pracuje wykwalifikowana kadra, która ma za sobą lata doświadczenia w obsłudze reaktorów. De Wever nie ukrywa, że zainspirowały go francuskie plany budowy nowych reaktorów oraz sukcesy polskiego programu jądrowego, który mimo opóźnień konsekwentnie idzie do przodu.

Decyzja Belgii jest o tyle ważna, że pokazuje, iż odwrócenie kursu jest możliwe – pod warunkiem że reaktory nie zostały jeszcze zdemontowane. Doel 4 i Tihange 3 wciąż działały, gdy zapadła decyzja o przedłużeniu ich życia. Gdyby Belgia poszła w ślady Niemiec i zdemontowała reaktory przed kryzysem, jej sytuacja byłaby dziś równie beznadziejna. To pokazuje, że w polityce energetycznej timing ma znaczenie – decyzje podjęte zbyt pochopnie, bez analizy wszystkich za i przeciw, mogą na dekady zablokować możliwość powrotu do racjonalnych rozwiązań.

Belgia ma też inny atut: doświadczenie w eksploatacji reaktorów i wykwalifikowaną kadrę. W przeciwieństwie do Niemiec, które zlikwidowały swój przemysł jądrowy, Belgia utrzymała kompetencje. Jej inżynierowie i technicy regularnie przechodzą szkolenia, a kraj współpracuje z Francją w ramach wspólnych programów badawczych. To może być kluczowe dla ewentualnej budowy nowych reaktorów, bo bez ludzi, którzy wiedzą, jak obsługiwać elektrownię atomową, żadna technologia nie ma szans.

Szwajcaria – neutralny kraj, który zmienia zdanie, ale nie spieszy się z decyzjami

Szwajcaria po Fukushimie podjęła decyzję o stopniowym wycofaniu się z atomu. W 2011 roku rząd ogłosił, że pięć istniejących reaktorów – Beznau I i II, Gösgen, Leibstadt i Mühleberg – nie zostanie zastąpionych po zakończeniu ich żywotności. Reaktor Mühleberg został zamknięty w 2019 roku, zgodnie z planem. Pozostałe cztery miały działać do końca swojego technicznego życia, czyli do lat 2029-2034. W przeciwieństwie do Niemiec i Belgii, Szwajcaria nigdy nie ustawiła sztywnych dat zamknięcia. Jej reaktory wciąż działają, produkując około 35 procent energii elektrycznej kraju. To dało Szwajcarii elastyczność, której zabrakło innym, i czas na przemyślenie swojej strategii.

Kryzys energetyczny w Europie nie oszczędził Szwajcarii, choć kraj ten jest mniej uzależniony od importu niż Niemcy czy Belgia. Szwajcaria posiada rozwiniętą energetykę wodną, produkującą około 60 procent energii, ale w okresach suszy, takich jak te z 2022 i 2023 roku, wodne elektrownie mają mniejszą wydajność, bo w rzekach jest po prostu mniej wody. Wtedy z pomocą przychodzi atom – stabilne źródło, które działa niezależnie od pogody i pory roku. Szwajcarzy, znani ze swojej pragmatycznej i przezornościowej kultury politycznej, szybko wyciągnęli wnioski z kryzysu. Zamiast spieszyć się z wyłączaniem reaktorów, postanowili dać sobie czas.

W 2024 roku szwajcarski parlament odrzucił propozycję całkowitego wyjścia z atomu, uznając, że byłoby to działanie wbrew interesom gospodarczym kraju. W 2025 roku rząd ogłosił, że reaktory będą pracować tak długo, jak będzie to bezpieczne – a bezpieczeństwo ma być oceniane niezależnie przez regulatora, a nie przez polityków. Co więcej, Szwajcaria rozpoczęła wstępne studia nad budową nowych reaktorów – w tym małych reaktorów modułowych (SMR), które ze względu na swoją skalę i koszty mogą być łatwiejsze do zaakceptowania przez lokalne społeczności. Decyzja o budowie nowych mocy jądrowych będzie jednak wymagać referendum, ponieważ szwajcarska konstytucja przewiduje głosowanie ludowe w sprawach energetyki jądrowej. Wynik takiego referendum jest niepewny – sondaże wskazują, że większość Szwajcarów popiera atom, ale partia Zielonych, która ma silną pozycję w kantonach miejskich, prowadzi aktywną kampanię przeciwko, argumentując, że pieniądze lepiej wydać na rozwój odnawialnych źródeł energii i magazynów energii.

Szwajcaria pokazuje, że nawet w kraju, który formalnie zdecydował się na wyjście z atomu, możliwa jest zmiana kursu – pod warunkiem że decyzje nie zostały jeszcze wykonane, a reaktory wciąż działają. Jej reaktory wciąż pracują, a wykwalifikowana kadra wciąż jest zatrudniona, co daje Szwajcarii komfort, na który Niemcy już nie mogą sobie pozwolić. Szwajcarzy mogą sobie pozwolić na spokojne, przemyślane decyzje, podczas gdy Niemcy muszą radzić sobie z konsekwencjami pochopnych działań sprzed dekady.

Japoński restart po 14 latach przerwy i największej katastrofie od Czarnobyla

Japonia jest przypadkiem najbardziej skomplikowanym, ale i najbardziej pouczającym dla całego świata. Katastrofa w Fukushimie w marcu 2011 roku była największą awarią jądrową od czasu Czarnobyla w 1986 roku. Trzy reaktory uległy stopieniu, a duże obszary wokół elektrowni zostały skażone, co wymusiło ewakuację dziesiątek tysięcy ludzi i na lata zmieniło krajobraz tej części Japonii. W następstwie katastrofy wszystkie 54 japońskie reaktory zostały wyłączone – niektóre na krótko, inne na lata, a część nigdy nie została ponownie uruchomiona. Przez kilka lat Japonia była krajem całkowicie pozbawionym energii jądrowej, co przy braku własnych złóż paliw kopalnych oznaczało ogromne wydatki na import gazu, węgla i ropy.

Proces restartu był długi i żmudny. Japonia ustanowiła niezależny organ regulacyjny, Nuclear Regulation Authority (NRA), który opracował nowe, rygorystyczne normy bezpieczeństwa, uwzględniające wnioski z Fukushimy. Każdy reaktor musiał przejść szczegółową kontrolę i uzyskać zgodę NRA, zanim mógł zostać ponownie uruchomiony. Dodatkowo, wymagana była zgoda lokalnych społeczności – gubernatorów prefektur i burmistrzów miast, na których terenie znajdują się elektrownie. To sprawiło, że restart był procesem politycznym, a nie tylko technicznym. Wiele gmin, które przez lata żyły w cieniu elektrowni atomowych, nagle zyskało narzędzie do blokowania ich uruchomienia, co wykorzystywały do negocjacji korzystniejszych warunków dla siebie.

Do 2025 roku udało się uruchomić 14 reaktorów, a 11 kolejnych jest w procesie restartu, przechodząc przez procedury administracyjne i techniczne. W marcu 2026 roku, po 14 latach przerwy, wznowił działanie reaktor nr 7 w elektrowni Kashiwazaki-Kariwa – największej elektrowni jądrowej na świecie, dysponującej 7 reaktorami o łącznej mocy 8,2 GW. To symboliczny moment, który pokazuje, że Japonia wraca do atomu, choć proces ten trwa znacznie dłużej, niż zakładano, a wiele reaktorów już nigdy nie zostanie uruchomionych z powodu zbyt wysokich kosztów dostosowania do nowych norm bezpieczeństwa.

Japonia jest dziś przykładem kraju, który po katastrofie odrzucił atom, a następnie – pod presją ekonomiczną – wrócił do niego. Ceny energii w Japonii po wyłączeniu reaktorów poszybowały w górę, a kraj stał się uzależniony od importu gazu i węgla, głównie z Australii i Indonezji. W 2025 roku Japonia wydała na import paliw kopalnych około 200 miliardów dolarów – to kwota, która mocno obciąża budżet i wpływa na konkurencyjność japońskiego przemysłu, zwłaszcza w sektorze samochodowym i elektronicznym, które są podstawą japońskiej gospodarki. Japońscy producenci samochodów, tacy jak Toyota i Honda, zaczęli tracić rynek na rzecz chińskich konkurentów, którzy mieli dostęp do tańszej energii.

Doświadczenie Japonii pokazuje, że nawet po takiej katastrofie jak Fukushima, powrót do atomu jest możliwy – ale wymaga czasu, determinacji i odbudowy zaufania społecznego. Japońskie reaktory są dziś bezpieczniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, wyposażone w dodatkowe zabezpieczenia, które miałyby zapobiec powtórce z Fukushimy. Społeczności lokalne, które początkowo sprzeciwiały się restartowi, często zmieniają zdanie, gdy widzą korzyści ekonomiczne – miejsca pracy, podatki, stabilne ceny energii, a także inwestycje w infrastrukturę lokalną, które firmy energetyczne oferują w zamian za zgodę na uruchomienie reaktorów. To pokazuje, że w polityce energetycznej, podobnie jak w wielu innych dziedzinach, liczą się nie tylko argumenty merytoryczne, ale także umiejętność budowania koalicji i kompromisów.

Lider, który nigdy nie odszedł i teraz zbiera tego owoce

Francja jest wyjątkiem na tle innych krajów europejskich – nigdy nie porzuciła atomu, mimo że po Fukushimie również toczyła się tam debata na ten temat. Dziś posiada 56 reaktorów w 18 elektrowniach, produkujących około 70 procent energii elektrycznej kraju. To czyni Francję najbardziej atomowym krajem świata pod względem udziału atomu w miksie energetycznym, choć nie pod względem liczby reaktorów – tu prym wiedzą Stany Zjednoczone, które mają ich ponad 90. Francuski system energetyczny jest zbudowany wokół atomu, a francuscy inżynierowie i technicy mają w tej dziedzinie doświadczenie, jakiego nie ma nikt inny na świecie.

Po Fukushimie Francja również planowała redukcję udziału atomu do 50 procent do 2025 roku. Plan ten został jednak porzucony w 2023 roku, gdy rząd uznał, że jest nierealny – osiągnięcie tego celu wymagałoby zamknięcia kilkunastu reaktorów, co przy ówczesnych cenach energii i napiętej sytuacji geopolitycznej było po prostu nieodpowiedzialne. Zamiast tego, prezydent Emmanuel Macron ogłosił w 2022 roku budowę 6 nowych reaktorów EPR2, czyli ulepszonej wersji europejskiego reaktora ciśnieniowego, oraz opcję na kolejne 8. To największy program budowy nowych mocy jądrowych we Francji od lat 80. XX wieku, kiedy to kraj ten budował swoje elektrownie w zastraszającym tempie, by uniezależnić się od importu paliw kopalnych po kryzysie naftowym.

Francja ma ogromną przewagę nad krajami, które wycofały się z atomu. Po pierwsze, posiada wykwalifikowaną kadrę – inżynierów, techników, operatorów, którzy przez lata zdobywali doświadczenie, pracując w elektrowniach i ośrodkach badawczych. Po drugie, posiada zaplecze przemysłowe – firmy takie jak Framatome, produkujące reaktory, i Orano, zajmujące się produkcją i przetwarzaniem paliwa, są światowymi liderami w swoich dziedzinach. Po trzecie, posiada sprawdzony łańcuch dostaw – od wydobycia uranu w Nigrze, Kazachstanie i Kanadzie, przez przetwarzanie i produkcję paliwa, po recykling wypalonego paliwa, który we Francji jest prowadzony na skalę przemysłową od dziesięcioleci.

Dzięki atomowi Francja ma jedne z najniższych cen energii elektrycznej w Europie – niższe niż w Niemczech, Polsce czy Wielkiej Brytanii, a często nawet niższe niż w krajach skandynawskich, które mają tanią energię wodną. Jej energia jest stabilna i niskoemisyjna – około 50 gramów CO₂ na kilowatogodzinę, podczas gdy w Niemczech to ponad 400 gramów, a w Polsce ponad 700 gramów. To przyciąga inwestycje – zwłaszcza w energochłonne gałęzie przemysłu, takie jak produkcja aluminium, stali, wodoru czy baterii do samochodów elektrycznych. W ostatnich latach wiele firm, które rozważały przeniesienie produkcji z Europy do Azji z powodu wysokich cen energii, zdecydowało się pozostać we Francji właśnie dzięki stabilnym i przewidywalnym kosztom energii elektrycznej.

Francja jest dziś wzorem dla krajów, które wracają do atomu. Jej doświadczenie pokazuje, że atom może być tani, bezpieczny i niskoemisyjny – pod warunkiem że inwestuje się w niego konsekwentnie przez dekady, a nie wygasza go pod presją polityczną lub pod wpływem chwilowych nastrojów społecznych. Francja nie miała luksusu wyboru – nie ma własnych złóż gazu ani węgla, a jej zasoby hydroenergetyczne są ograniczone. Atom był dla niej koniecznością, a nie wyborem. Dziś okazuje się, że ta konieczność stała się jej największym atutem.

Małe reaktory modułowe (SMR) to nadzieja na szybszy i tańszy atom, ale czy się sprawdzą?

Tradycyjne elektrownie jądrowe mają jedną ogromną wadę: są drogie i czasochłonne w budowie. Koszt budowy jednego bloku EPR, czyli europejskiego reaktora ciśnieniowego, sięga 10-12 miliardów euro, a czas realizacji to 10-15 lat, co przy dzisiejszym tempie zmian technologicznych i politycznych jest okresem niezwykle długim. Przykład budowy elektrowni Flamanville 3 we Francji, rozpoczętej w 2007 roku i ukończonej dopiero w 2024 roku, pokazuje, jak trudne i kosztowne są to projekty – opóźnienia sięgnęły 12 lat, a koszty wzrosły z pierwotnie planowanych 3,3 miliarda euro do ponad 13 miliardów euro. Dla wielu krajów, zwłaszcza tych, które nie mają doświadczenia w budowie elektrowni atomowych, takie koszty i ryzyko są po prostu nie do udźwignięcia.

W odpowiedzi na te problemy, przemysł jądrowy rozwija małe reaktory modułowe (SMR) o mocy do 300 MW – czyli około jednej trzeciej mocy typowego dużego reaktora. SMR-y mają być tańsze i szybsze w budowie, ponieważ są produkowane fabrycznie, w modułach, a następnie transportowane na miejsce i montowane. Ich koszt szacuje się na 1-2 miliardy dolarów za reaktor, a czas budowy na 3-5 lat, co jest znacznie bardziej atrakcyjną perspektywą dla inwestorów i rządów. Dodatkowo, SMR-y mogą być łączone w klastry – kilka reaktorów obok siebie daje moc porównywalną z dużym blokiem, ale z większą elastycznością, bo można je uruchamiać stopniowo, w miarę wzrostu zapotrzebowania na energię.

SMR-y są szczególnie atrakcyjne dla krajów, które nie mają doświadczenia w budowie dużych elektrowni jądrowych, a także dla przemysłu – zakładów chemicznych, hut, rafinerii, centrów danych – które potrzebują stabilnego, niskoemisyjnego źródła energii na miejscu, bez konieczności budowania rozległej infrastruktury przesyłowej. W Europie projekty SMR rozwijane są m.in. w Polsce, gdzie Orlen Synthos Green planuje budowę reaktorów BWRX-300 we Włocławku i w innych lokalizacjach, w Wielkiej Brytanii, gdzie Rolls-Royce SMR ma już pozwolenie na budowę, we Francji, gdzie Nuward rozwija swój projekt, i w Szwecji, gdzie LeadCold pracuje nad reaktorem chłodzonym ołowiem. W Stanach Zjednoczonych firmy takie jak NuScale, TerraPower i Oklo mają już pozwolenia na budowę pierwszych komercyjnych SMR, a część z nich jest w trakcie budowy.

Czy SMR-y rozwiążą problemy energetyki jądrowej? Na razie nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Technologia jest wciąż w fazie rozwoju, a pierwsze komercyjne reaktory mają ruszyć dopiero pod koniec lat 20. XXI wieku – i to przy założeniu, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, co w przypadku technologii jądrowych rzadko się zdarza. Ale sama perspektywa tańszego i szybszego atomu sprawia, że wiele krajów wraca do stołu negocjacyjnego i ponownie rozważa opcję jądrową. Nawet Niemcy, które oficjalnie wycofały się z atomu, nie wykluczają zakupu energii z SMR zbudowanych w sąsiednich krajach, np. w Polsce lub Czechach. To pokazuje, że atom, choć w innej, mniejszej skali, może wrócić do Europy – tyle że niekoniecznie w postaci dużych elektrowni, lecz właśnie małych, modułowych reaktorów.

Co dalej? Perspektywy dla atomu w Europie

Przed energią jądrową w Europie rysują się trzy możliwe scenariusze, a to, który z nich się zrealizuje, zależy od decyzji politycznych, społecznych i ekonomicznych podejmowanych w najbliższych latach. W scenariuszu optymistycznym atom wraca na dobre. Kraje takie jak Belgia, Szwajcaria i Wielka Brytania inwestują w nowe reaktory, w tym w małe reaktory modułowe, które okazują się technologicznym sukcesem i są budowane w coraz większej liczbie lokalizacji. Francja kontynuuje swój program budowy 6-14 nowych bloków, stając się jeszcze większym eksporterem energii niż obecnie. Nawet Niemcy, choć nie zbudują nowych elektrowni na swoim terytorium z powodu politycznych i społecznych blokad, rezygnują z blokowania importu prądu z atomu z Francji, Polski i Czech, uznając, że walka z atomem sąsiadów jest sprzeczna z ideą europejskiej solidarności i wspólnego rynku energii. W 2050 roku atom dostarcza 30-40 procent energii elektrycznej w Unii Europejskiej, a emisje CO₂ z sektora energetycznego spadają do zera. To scenariusz, w którym Europa osiąga swoje cele klimatyczne, nie tracąc przy tym konkurencyjności przemysłowej.

W scenariuszu pośrednim, który wydaje się najbardziej prawdopodobny, atom pozostaje niszą, ale nie znika całkowicie. Kraje, które wycofały się z atomu, nie wracają do niego, ale też nie blokują jego rozwoju u sąsiadów. Francja, Polska i kraje skandynawskie budują nowe reaktory, ale ich udział w miksie energetycznym UE nie przekracza 20 procent. Resztę energii dostarczają odnawialne źródła – wiatr, słońce, woda, biomasa – oraz gaz ziemny z instalacjami CCS, czyli wychwytywania i składowania dwutlenku węgla. Cele klimatyczne są osiągane, ale z opóźnieniem i po wyższych kosztach, bo gaz z CCS jest droższy od atomu, a magazyny energii potrzebne do stabilizacji sieci OZE wciąż są zbyt drogie, by budować je na masową skalę.

W scenariuszu pesymistycznym atom znika z Europy. Presja antyatomowa w Niemczech, Austrii i Luksemburgu, wspierana przez silne ruchy ekologiczne i partie zielone, uniemożliwia rozwój tej technologii nie tylko w tych krajach, ale także w całej Unii Europejskiej, poprzez blokowanie funduszy na inwestycje jądrowe i utrudnianie transgranicznego handlu energią z atomu. Francja, zniechęcona brakiem wsparcia, rezygnuje z budowy nowych reaktorów, a Polska nie kończy swojej elektrowni, napotykając na opóźnienia i problemy finansowe. W 2050 roku w Unii Europejskiej działają tylko stare francuskie reaktory, które są stopniowo wyłączane z powodu wieku. Resztę energii dostarczają odnawialne źródła i gaz ziemny bez CCS, bo technologia ta okazuje się zbyt droga, by wdrożyć ją na szeroką skalę. Cele klimatyczne nie zostają osiągnięte, a Europa pozostaje uzależniona od importu paliw kopalnych, tym razem z Bliskiego Wschodu i Afryki, zamiast z Rosji.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu