We wtorek wieczorem stało się jasne, że kraj czeka polityczna przeprawa, jakiej nie widziano od pokoleń. Zwycięzcą wyborów została Partia Socjaldemokratyczna premier Mette Frederiksen, która uzyskała 21,9 proc. głosów. To jednak zwycięstwo, które w duńskiej polityce określa się mianem historycznej klęski – najmniejszego poparcia dla socjaldemokracji od 1901 roku, kiedy to partia osiągnęła 17,9 proc. W porównaniu z poprzednimi wyborami w 2022 roku, gdy ugrupowanie Frederiksen mogło pochwalić się wynikiem 27,5 proc., spadek o ponad 5,5 punktu procentowego jest druzgocący.
- Wyniki wyborów do Folketingu przyniosły głęboką rekonfigurację duńskiej sceny politycznej. Socjaldemokraci stracili 5,5 pkt proc. w porównaniu z 2022 rokiem, a ich dotychczasowi koalicjanci – centroprawicowa Venstre – odnotowali najgorszy wynik w swojej historii (10,1 proc.). Największym zaskoczeniem jest powrót Duńskiej Partii Ludowej, która po spadku do 2,6 proc. w 2022 roku dziś uzyskała 9,1 proc., oraz sukces Sojuszu Liberalnego Alexa Vanopslagha (9,4 proc.), który wyprzedził tradycyjną prawicę. Lewicowa Socjalistyczna Partia Ludowa osiągnęła natomiast najlepszy wynik w historii – 11,6 proc.
- Arytmetyka mandatowa nie daje większości ani blokowi czerwonemu (84 mandaty), ani niebieskiemu (77 mandatów). Kluczową rolę odgrywają Moderaterne Larsa Løkke Rasmussena, które z 14 mandatami stają się języczkiem u wagi. W duńskiej tradycji politycznej to monarcha desygnuje królewskiego badacza odpowiedzialnego za pierwsze rozmowy koalicyjne – w obecnej sytuacji naturalnym kandydatem jest Løkke Rasmussen, który jeszcze przed wyborami zgłaszał swoją kandydaturę do tej roli, argumentując, że jako lider partii centrowych jest naturalnym mediatorem między zwaśnionymi blokami.
- Duńscy politolodzy wskazują trzy główne scenariusze koalicyjne. Najbardziej prawdopodobny zakłada kontynuację współpracy Socjaldemokratów, Venstre i Moderaterne z dołączeniem Radykalnej Lewicy – układ gwarantujący stabilność i kontynuację dotychczasowego kursu w polityce zagranicznej. Alternatywą jest rząd czysto lewicowy z tolerancją Moderaterne, co oznaczałoby przesunięcie w lewo w polityce gospodarczej i klimatycznej, ale wymagałoby wykluczenia z realnego wpływu Czerwono-Zielonego Sojuszu. Trzeci, najmniej prawdopodobny scenariusz to powrót Løkke Rasmussena na stanowisko premiera na czele koalicji centrowych partii z obu bloków.
Socjaldemokraci od pokoleń byli dominującą siłą duńskiej polityki – partią, która przez większość XX wieku samodzielnie kształtowała losy kraju. Ich najgorszy wynik od ponad 120 lat to nie tylko cios wizerunkowy, ale przede wszystkim symptom głębokiego kryzysu tożsamości ugrupowania. Przez ostatnie cztery lata Frederiksen rządziła w koalicji wykraczającej poza tradycyjny podział na lewicę i prawicę – jej partnerami byli centroprawicowa Venstre oraz centrowa partia Moderaterne Larsa Løkke Rasmussena. Ta współpraca, choć przyniosła stabilność w czasie kryzysu, okazała się kosztowna dla socjaldemokratycznego elektoratu. Wielu wyborców, szczególnie z tradycyjnej bazy partyjnej, zarzucało Frederiksen zbytnie zbliżenie się do prawicy w kwestiach imigracyjnych oraz zbyt małą determinację w realizacji lewicowego programu społecznego.
Za Frederiksen uplasowała się Socjalistyczna Partia Ludowa z wynikiem 11,6 proc., co jest najlepszym wynikiem w historii tego ugrupowania. Liderka partii, Pia Olsen Dyhr, mówiła o historycznym sukcesie, który daje jej mandat do twardych negocjacji w sprawie przyszłego rządu. To przesunięcie w lewo – wzrost radykalnej lewicy przy jednoczesnym osłabieniu umiarkowanej – to jeden z kluczowych sygnałów tej elekcji.
Po stronie prawicowej scena uległa całkowitej rekonfiguracji. Sojusz Liberalny libertariańskiego lidera Alexa Vanopslagha osiągnął 10,5 proc., wyprzedzając tradycyjną Partię Liberalną Venstre, która uzyskała zaledwie 10,1 proc. – najgorszy wynik w swojej historii. To symboliczny moment: 34-letni Vanopslagh, który w trakcie kampanii przyznał się do zażywania kokainy w przeszłości, nie tylko przetrwał skandal, ale wyszedł z niego wzmocniony, stając się nowym liderem duńskiej prawicy. Duński elektorat okazał się zmęczony polityczną poprawnością i docenił polityka, który nie boi się przyznać do błędów, pod warunkiem że robi to w sposób autentyczny i bez uników.

Powrót skrajnej prawicy. Duńska Partia Ludowa rośnie czterokrotnie
Największym jednak zaskoczeniem wyborów jest powrót Duńskiej Partii Ludowej – skrajnie prawicowego, antyimigranckiego ugrupowania, które w 2022 roku balansowało na granicy progu wyborczego z wynikiem 2,6 proc., a dziś uzyskało 9,1 proc., niemal czterokrotnie poprawiając swój rezultat. Lider partii, Morten Messerschmidt, mówił o niezwykłym wyrazie poparcia Duńczyków. W 2015 roku DF była drugą siłą w kraju z wynikiem 21,1 proc.; jej upadek po 2019 roku był jednym z najdramatyczniejszych w europejskiej polityce, a dzisiejszy powrót – choć w skromniejszej formule – potwierdza, że tematyka tożsamościowa i imigracyjna wciąż głęboko rezonuje w duńskim społeczeństwie.
Również Duńscy Demokraci Inger Støjberg, ugrupowanie o profilu nacjonalistycznym, utrzymali się w parlamencie z wynikiem około 6 proc. Łącznie obie partie skrajnie prawicowe dysponują około 25 mandatami, co stanowi znaczący blok, który – choć wykluczony z koalicji – może wpływać na politykę imigracyjną i unijną. Frekwencja wyborcza wyniosła 84 proc. – to najniższy poziom od 1990 roku, co może świadczyć o pewnym zmęczeniu polityką lub braku przekonujących alternatyw.

Umiarkowani jako języczek u wagi
Przeliczając wyniki na mandaty w 179-osobowym Folketingu, blok czerwony – socjaldemokraci, SF, Radykalna Lewica, Czerwono-Zielony Sojusz i Alternatywa – dysponuje 84 mandatami. Blok niebieski – Venstre, Sojusz Liberalny, Konserwatyści, Duńscy Demokraci i Duńska Partia Ludowa – uzyskuje 77 mandatów. Do większości potrzebnych jest 90 mandatów, co oznacza, że ani lewica, ani prawica nie mogą rządzić samodzielnie.
I właśnie w tym momencie na scenę wkraczają Moderaterne – partia centrowa Larsa Løkke Rasmussena, która z wynikiem 7,7 proc. i 14 mandatami staje się języczkiem u wagi. To ugrupowanie, które jeszcze w grudniu 2025 roku według sondaży balansowało na granicy progu wyborczego z wynikiem 2,2 proc., dziś trzyma w swoich rękach klucz do zamku Christiansborg. Nadchodzące tygodnie przyniosą serię żmudnych negocjacji. Wszystkie przesłanki wskazują na to, że królewskim badaczem – osobą odpowiedzialną za pierwsze rozmowy koalicyjne – zostanie Lars Løkke Rasmussen. W duńskiej tradycji to monarcha desygnuje badacza po konsultacjach z przewodniczącymi partii; w obecnej sytuacji naturalnym kandydatem jest lider partii centrowych, która ma realną zdolność łączenia zwaśnionych bloków.
3 scenariusze koalicyjne. Jeden jest najbardziej prawdopodobny
Scenariusz pierwszy, najbardziej prawdopodobny, zakłada kontynuację modelu, który obowiązywał przez ostatnie cztery lata – koalicję Socjaldemokratów, Venstre oraz Moderaterne. Problem w tym, że te trzy partie nie mają razem większości – łącznie dysponowałyby około 71 mandatami. Konieczne byłoby więc zaproszenie do koalicji lub ścisłej współpracy przynajmniej jednego dodatkowego partnera. Najbardziej naturalnym kandydatem jest Radykalna Lewica, która od dekad pełni rolę wahadła duńskiej polityki, potrafiąc współpracować zarówno z lewicą, jak i prawicą. W efekcie powstałaby koalicja czterech partii, obejmująca spektrum od umiarkowanej lewicy po umiarkowaną prawicę.
Taki układ gwarantowałby stabilność i przewidywalność. Polityka gospodarcza pozostałaby umiarkowana, bez radykalnych podwyżek podatków ani gwałtownych cięć. W kwestiach imigracji kurs pozostałby restrykcyjny – to jedna z nielicznych dziedzin, w której duńska lewica i prawica są zgodne. Wyzwaniem byłoby natomiast wypracowanie wspólnego stanowiska w sprawie zielonej transformacji, gdzie SF, gdyby znalazła się w koalicji, naciskałoby na bardziej ambitne cele, podczas gdy Venstre i Moderaterne reprezentują bardziej pragmatyczne podejście.

Dania pozostałaby wierna swojemu dotychczasowemu kursowi – konsekwentnemu wsparciu dla Ukrainy, wzmacnianiu wschodniej flanki NATO i ścisłej współpracy z Polską w ramach sojuszy regionalnych. Mette Frederiksen jako premier oraz Lars Løkke Rasmussen jako minister spraw zagranicznych, jeśli utrzyma stanowisko, stanowiliby gwarantów ciągłości. Dla Polski to scenariusz najbardziej korzystny – obaj politycy są sprawdzonymi partnerami, a Dania pod ich przywództwem pozostaje jednym z najbliższych sojuszników Warszawy w regionie.
Scenariusz drugi zakłada rząd czysto lewicowy z tolerancją Moderaterne. W tym wariancie Mette Frederiksen zostałaby premierem rządu składającego się z Socjaldemokratów, SF oraz Radykalnej Lewicy i liczyłaby na to, że 14 mandatów Moderaterne zapewni jej większość w kluczowych głosowaniach. Model rządu mniejszościowego z parlamentarnym gwarantem nie jest w Danii nowością – funkcjonował w latach 90. i na początku XXI wieku. Warunkiem koniecznym jest jednak zgoda Løkke Rasmussena na takie rozwiązanie, a ten postawił wyraźne veto wobec współpracy z najbardziej lewicową partią – Czerwono-Zielonym Sojuszem. Frederiksen musiałaby więc wykluczyć tę partię z realnego wpływu na rząd, co dla lewicowej bazy socjaldemokracji byłoby trudne do przełknięcia.
Ten scenariusz oznaczałby przesunięcie w lewo w polityce gospodarczej i społecznej. Prawdopodobne byłoby przywrócenie podatku od majątku dla najbogatszych, zwiększenie wydatków na opiekę społeczną i edukację oraz bardziej ambitne cele klimatyczne. Dla rynku pracy oznaczałoby to wyższe obciążenia podatkowe dla firm, ale też większe inwestycje w aktywne polityki rynku pracy. Wzmocnienie SF w koalicji mogłoby oznaczać przesunięcie duńskiej polityki zagranicznej w kierunku bardziej miękkiego podejścia wobec Rosji. SF, choć dziś zdecydowanie proukraińska, ma w swojej historii pacyfistyczne skrzydło, które w obliczu przedłużającej się wojny mogłoby naciskać na ograniczenie pomocy wojskowej dla Kijowa. Ten scenariusz prawdopodobnie oznaczałby dymisję Løkke Rasmussena ze stanowiska ministra spraw zagranicznych, co w kontekście kryzysu grenlandzkiego byłoby zmianą o znaczeniu strategicznym.
Scenariusz trzeci, najbardziej intrygujący i najmniej prawdopodobny, to powrót Larsa Løkke Rasmussena na stanowisko premiera po raz trzeci. Byłaby to sytuacja analogiczna do 1968 roku, gdy Hilmar Baunsgaard został premierem, mimo że kierował najmniejszą partią w koalicji. Aby to osiągnąć, Løkke musiałby zbudować koalicję obejmującą zarówno część czerwonego, jak i niebieskiego bloku – na przykład Moderaterne, Venstre, Konserwatystów i Radykalną Lewicę.
Rząd Løkke Rasmussena byłby rządem pragmatycznego centrum, skoncentrowanym na stabilności, przewidywalności i reformach strukturalnych. Jego polityka gospodarcza byłaby umiarkowanie liberalna, z naciskiem na wzrost konkurencyjności i innowacyjność. W kwestiach społecznych – bardziej konserwatywna niż lewicowa, szczególnie w obszarze imigracji i integracji. Lars Løkke Rasmussen jako premier oznaczałby powrót do modelu, w którym Dania stawia na silną pozycję międzynarodową i aktywne uczestnictwo w kształtowaniu polityki bezpieczeństwa regionu. Jego doświadczenie na arenie międzynarodowej, nabyte podczas dwóch kadencji na stanowisku premiera oraz w roli ministra spraw zagranicznych, czyniłoby Danię bardziej widocznym graczem w NATO i UE.
Dla Polski byłby to partner cenny – Løkke rozumie wagę bezpieczeństwa energetycznego, to za jego pierwszej kadencji Dania zaczęła inwestować w infrastrukturę, która później umożliwiła Baltic Pipe, i jest zwolennikiem ścisłej współpracy w ramach Trójmorza. Jednocześnie jego pragmatyzm w relacjach z Unią Europejską – Løkke wielokrotnie opowiadał się za reformą unijnych wydatków w kierunku większego nacisku na konkurencyjność – mógłby oznaczać presję na ograniczenie funduszy spójności kosztem zwiększenia nakładów na obronność i innowacje, co dla Polski jako głównego beneficjenta funduszy UE ma znaczenie.
Kim jest Lars Løkke Rasmussen?
Nie sposób zrozumieć fenomenu Larsa Løkke Rasmussena bez odwołania się do jego niecodziennego wizerunku publicznego, który w duńskiej polityce – znanej z raczej poważnego i technokratycznego tonu – stanowi ewenement. Løkke to polityk, który gdy zabraknie pasty do zębów, sięga po mydło w kostce. Ta anegdotyczna praktyka, która mogłaby wydawać się błahostką, dla wielu Duńczyków stała się metaforą jego stylu: pragmatycznego, nieprzeintelektualizowanego, skłonnego do improwizacji, ale jednocześnie uparcie trzymającego się własnego kursu. W trakcie kampanii Løkke wielokrotnie wykorzystywał swoje poczucie humoru i autoironię jako narzędzia komunikacji, które odróżniały go od bardziej formalnych wypowiedzi jego głównych konkurentów.
Jego styl jest często porównywany do polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Choć dzieli ich kilka lat i różne tradycje polityczne, obaj prezentują styl, który w dyplomacji jest rzadkością: swobodę, cięty język i umiejętność rozładowania napięcia dobrze skonstruowanym żartem. Najbardziej znany przykład pochodzi z kolacji w Białym Domu za czasów Baracka Obamy. Zwracając się do amerykańskiego prezydenta, Rasmussen powiedział z powagą, że musi się do czegoś przyznać: Ja też bardzo polubiłem tego Donalda. Popieram go jako prezydenta. Jest całkiem sprytny, ma ogromne zdolności przywódcze i jest prawdziwym wizjonerem. Po chwili ciszy dodał: Oczywiście, mówię o Donaldzie Tusku, który jest przewodniczącym Rady Europejskiej. Ten żart, który w amerykańskich mediach obiegł cały świat, doskonale oddaje jego dystans do siebie i umiejętność poruszania się w międzynarodowej dyplomacji z lekkim przymrużeniem oka.
W styczniu 2026 roku, w szczycie kryzysu grenlandzkiego, Løkke został sfotografowany palącego papierosa przed Białym Domem po spotkaniu z wiceprezydentem JD Vancem i sekretarzem stanu Marco Rubio. To zdjęcie, które obiegło światowe media, stało się dla Duńczyków symbolem jego opanowania i determinacji – człowiek, który po trudnych negocjacjach z najpotężniejszym mocarstwem świata potrafi zachować spokój i dystans.
Løkke rozpoczął swoją polityczną karierę w Partii Liberalnej, którą kierował przez dekadę. Po raz pierwszy został premierem w 2009 roku, przejmując stery po Andersie Fogh Rasmussenie – mimo tego samego nazwiska nie są spokrewnieni. Stracił władzę po wyborach w 2011 roku na rzecz socjaldemokratki Helle Thorning-Schmidt, by powrócić na stanowisko premiera w 2015 roku, tworząc rząd mniejszościowy. Po wyborach w 2019 roku, gdy Venstre przegrała z socjaldemokratami, Løkke ogłosił, że odchodzi z partii, którą przez lata kierował, i zakłada własne ugrupowanie – Moderaterne.
Przez lata wielu politycznych komentatorów uważało go za politycznego zombie – człowieka, który ma już za sobą najlepsze lata, a jego nowa partia to tylko efemeryda, która szybko zniknie ze sceny. Tymczasem to właśnie on, w momencie największego kryzysu duńskiej polityki zagranicznej od czasów zimnej wojny, okazał się niezastąpiony. To on, jako minister spraw zagranicznych, był twarzą duńskiej odpowiedzi na żądania Trumpa dotyczące Grenlandii – odpowiedzi twardej, profesjonalnej, ale spokojnej.
Jak zauważył duński korespondent polityczny, Løkke wykorzystał moment, w którym jego rywale mieli na sobie światła reflektorów, by w ironiczny sposób przypomnieć wyborcom o własnej pozycji. Gdy w jednym z kluczowych momentów kampanii Mette Frederiksen i Troels Lund Poulsen ścierali się w telewizyjnej debacie, Løkke wrzucił na Instagrama zdjęcie z kozą, podpisując je: Powodzenia dla liderów dwóch największych partii. Internauci natychmiast zasypali komentarz emotkami kóz i okrzykami GOAT – skrótem od Greatest Of All Time. W ten sposób, jednym postem, przypomniał wyborcom, że to on – a nie jego rywale – jest politykiem z prawdziwym międzynarodowym doświadczeniem.
Jego profil polityczny jest trudny do jednoznacznego zaszufladkowania. Jako premier w latach 2009-2011 prowadził politykę gospodarczą, którą niektórzy określali jako liberalną, ale jednocześnie był zwolennikiem silnego państwa opiekuńczego. Dziś, jako lider Umiarkowanych, pozycjonuje się jako polityk centrowy, który potrafi łączyć to, co najlepsze z obu stron duńskiej sceny politycznej. Sam mówi o sobie: Nie jestem ani czerwony, ani niebieski. Jestem umiarkowany.

Procedura po wyborach. Jak powstaje rząd w Danii?
Zanim jakikolwiek scenariusz koalicyjny zacznie się materializować, Dania przejdzie przez precyzyjnie określoną w tradycji konstytucyjnej procedurę. Proces rozpoczyna się od serii spotkań, jakie król Fryderyk X przeprowadzi z przewodniczącymi wszystkich partii parlamentarnych. Na podstawie tych rozmów monarcha desygnuje pierwszego królewskiego badacza – zazwyczaj polityka, który w świetle pierwszych konsultacji ma największe szanse na sformowanie stabilnego rządu.
W obecnej sytuacji najprawdopodobniej będzie to Lars Løkke Rasmussen, który sam zgłosił swoją kandydaturę do tej roli jeszcze przed wyborami, argumentując, że jako lider partii centrowych jest naturalnym mediatorem między zwaśnionymi blokami. Jego zadaniem będzie przeprowadzenie negocjacji między partiami i sprawdzenie, czy istnieje większość dla konkretnego kandydata na premiera i konkretnego programu rządowego. Badacz ma czas nieograniczony formalnie, ale tradycja nakazuje działać sprawnie – przeciętne duńskie negocjacje koalicyjne trwają od dwóch do czterech tygodni, choć zdarzały się przypadki wydłużone do kilku miesięcy. Jeśli pierwszemu badaczowi nie uda się sformować rządu, monarcha desygnuje kolejnego – procedura powtarza się aż do znalezienia większości.
Kluczową cechą duńskiego systemu jest jego pragmatyzm i brak sztywnych terminów. Nie ma konstytucyjnego obowiązku przedstawienia rządu w określonym czasie, a parlament funkcjonuje w tym okresie normalnie, z tym że rząd dotychczasowy pozostaje w charakterze tymczasowym, z ograniczonymi kompetencjami. Dla obserwatorów zewnętrznych może to wydawać się przedłużającym się chaosem, dla Duńczyków jest to natomiast naturalna część procesu demokratycznego – czas na wypracowanie kompromisów, które następnie zapewnią stabilność na całą czteroletnią kadencję.
Jak podsumowują duńscy politolodzy: W Danii nie wybiera się rządu w dniu wyborów – wybiera się mandaty, a rząd powstaje w negocjacjach, które są równie ważne jak samo głosowanie.
Opracowano na podstawie: oficjalnych wyników wyborów do Folketingu z 24 marca 2026 roku, danych statystycznych duńskiej komisji wyborczej, analiz politologicznych duńskich mediów, wypowiedzi liderów partii oraz materiałów prasowych dotyczących duńskiej sceny politycznej.
Fot. Dagbladet

