Polski dług publiczny na koniec 2025 roku wyniósł 2 335,2 mld zł, czyli 59,97 proc. PKB – zaledwie 0,03 pkt proc. poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. W ciągu roku dług wzrósł o 322,5 mld zł (16 proc.), a każdy Polak jest nim obciążony kwotą ponad 60 tys. zł. Komisja Europejska ostrzega, że bez reform dług może sięgnąć 107 proc. PKB w 2036 roku.
- Dług publiczny rośnie najszybciej w Unii Europejskiej, choć jego poziom wciąż jest poniżej średniej. Przy 59,97 proc. PKB Polska wypada lepiej niż Grecja (150 proc.), Włochy (138 proc.) czy Francja (114 proc.), ale tempo wzrostu nie ma odpowiednika w żadnym innym państwie członkowskim. KE prognozuje, że przy braku reform dług wzrośnie do 107 proc. PKB w 2036 roku.
- Konstytucyjny próg 60 proc. został ominięty dzięki zadłużeniu pozabudżetowemu. Formalnie państwowy dług publiczny wyniósł 49,1 proc. PKB, ponieważ ustawodawca wyłączył z limitu gigantyczne długi zgromadzone w funduszach celowych – PFR, BGK czy Krajowym Funduszu Drogowym. Analitycy nazywają to długami wolnymi od konsekwencji, które ukrywają prawdziwą skalę problemu.
- Obsługa długu kosztuje 112,5 mld zł w 2026 roku – ponad dwukrotność budżetu ochrony zdrowia. To co czwarta złotówka z podatku PIT idzie na odsetki od wcześniejszych długów. Fitch Ratings potwierdził rating Polski na poziomie A-, ale z perspektywą negatywną, wskazując na wysokie deficyty fiskalne, szybki wzrost długu i brak wiarygodnego planu konsolidacji.
Ministerstwo Finansów 31 marca 2026 roku opublikowało dane, które powinny być sygnałem alarmowym dla całego rządu. Na koniec 2025 roku relacja długu publicznego do PKB osiągnęła 59,97 proc. Oznacza to, że w ciągu zaledwie jednego roku, czyli w 2025, dług przyrósł o 322,5 mld zł, co stanowiło wzrost o 16 proc. rok do roku. To tempo przyrostu zadłużenia nie ma precedensu w historii III RP. Aby zobrazować dynamikę tego wzrostu: zbudowanie pierwszego biliona złotych zadłużenia zajęło polskim rządom ponad 26 lat, licząc od początku transformacji ustrojowej. Podwojenie tej kwoty do 2 bilionów złotych dokonało się w zaledwie kilka lat. W praktyce oznacza to, że każdy kolejny rok przynosi wzrost długu o kwotę porównywalną z całym budżetem państwa sprzed dekady.
Jeszcze bardziej wymowne są dane za styczeń i luty 2026 roku. Zadłużenie Skarbu Państwa na koniec lutego 2026 roku wyniosło już około 2 037,5 mld zł, co oznaczało wzrost o 2 proc. w porównaniu ze styczniem. Dług krajowy wyniósł około 1 627,4 mld zł, a dług zagraniczny około 410,1 mld zł, czyli 20,1 proc. całego długu. To oznacza, że Polska nie tylko zadłuża się we własnej walucie, ale także w walutach obcych, co niesie ze sobą ryzyko kursowe. Gdyby złoty osłabił się wobec dolara czy euro, dług zagraniczny wyrażony w złotych wzrósłby automatycznie, pogłębiając problem.
Konstytucyjny próg 60 proc. Mit czy rzeczywista bariera?
Polska Konstytucja z 1997 roku, a konkretnie artykuł 216 ustęp 5, oraz ustawa o finansach publicznych przewidują twardy limit zadłużenia na poziomie 60 proc. PKB. Przekroczenie tego progu uruchamia drastyczne procedury sanacyjne, w tym konieczność przedstawienia przez rząd projektu budżetu państwa pozbawionego deficytu w następnym roku. Osiągnięcie poziomu 59,97 proc. PKB oznacza, że Polska praktycznie dotknęła tej bariery. Gdyby nie precyzyjne zarządzanie długiem i korzystne przeliczenia statystyczne, próg zostałby przekroczony już w 2025 roku.
Problem w tym, że – jak słusznie zauważają analitycy – konstytucyjny zakaz dotyczy wyłącznie tak zwanego państwowego długu publicznego, który na koniec 2025 roku wynosił jedynie 49,1 proc. PKB. Dzieje się tak, ponieważ ustawodawca wyłączył z tego limitu zadłużenie pozabudżetowe, czyli gigantyczne długi zgromadzone w funduszach celowych, takich jak Polski Fundusz Rozwoju, Bank Gospodarstwa Krajowego czy Krajowy Fundusz Drogowy. W praktyce oznacza to, że choć realnie dług sektora finansów publicznych według metodologii unijnej przekroczył już 60 proc., to formalnie konstytucja nie została naruszona. Analitycy określają to jako długi wolne od konsekwencji, które jedynie odsuwają w czasie konieczność podjęcia bolesnych decyzji fiskalnych. To rozwiązanie, choć prawnie dopuszczalne, jest wysoce ryzykowne, bo ukrywa prawdziwą skalę problemu przed opinią publiczną i rynkami finansowymi.
4 przyczyny lawinowego zadłużenia
Lawinowe tempo zadłużenia nie jest dziełem przypadku. Eksperci wskazują na cztery główne przyczyny tego stanu rzeczy, które nakładały się na siebie w ostatnich latach, tworząc idealną burzę fiskalną. Po pierwsze, pandemia COVID-19. Aby ratować gospodarkę przed zapaścią, rząd uruchomił ogromne tarcze antykryzysowe, finansowane w dużej mierze z długu. Tarcze te, choć niezbędne, kosztowały setki miliardów złotych, a część z tych wydatków ma charakter trwały, na przykład w postaci wzrostu zatrudnienia w administracji.
Po drugie, wojna w Ukrainie. Konflikt za wschodnią granicą wymusił gigantyczne wydatki na bezpieczeństwo, w tym na zbrojenia, oraz kosztowne tarcze energetyczne, mające osłonić Polaków przed galopującymi cenami prądu i gazu. Tarcze antyinflacyjne, choć złagodziły skutki kryzysu dla gospodarstw domowych, kosztowały dziesiątki miliardów złotych rocznie, a ich finansowanie w dużej mierze opierało się na długu.
Po trzecie, programy socjalne. Mimo że toczy się debata na temat faktycznego wpływu poszczególnych wydatków, nie ulega wątpliwości, że programy takie jak 800 plus, 13. i 14. emerytura czy wakacje kredytowe są stałym, sztywnym i kosztownym elementem budżetu. Według analiz Forum Obywatelskiego Rozwoju, to właśnie wydatki socjalne, które wzrosły o 2,8 proc. PKB, a nie obronność, która wzrosła o 1,8 proc. PKB, odpowiadają za większość przyrostu wydatków od 2022 roku. Oznacza to, że nawet gdyby wojna nagle się zakończyła, a ceny energii spadły, strukturalny deficyt pozostałby na wysokim poziomie.
Po czwarte, zbrojenia. Polska, w odpowiedzi na agresję Rosji na Ukrainę, zdecydowała się na bezprecedensowy wzrost wydatków na obronność. W 2025 roku wydatki te sięgnęły około 4 proc. PKB, a w kolejnych latach mają wzrosnąć do 5 proc. PKB. Zakupy czołgów, samolotów, artylerii i systemów rakietowych są finansowane zarówno z budżetu, jak i z kredytów i pożyczek, co dodatkowo winduje dług publiczny.
Dług kosztuje. 112,5 mld zł na odsetki w 2026 roku
Rosnące zadłużenie ma swoją cenę – i to cenę, która z roku na rok pochłania coraz większą część budżetu państwa. W 2026 roku limit wydatków na obsługę długu publicznego Skarbu Państwa ustalono na rekordowym poziomie. Według danych FOR, w 2026 roku na odsetki od całego długu publicznego polskie państwo wyda około 112,5 mld zł, czyli 2,7 proc. PKB. Dla porównania, jest to ponad dwukrotność tego, co budżet przeznacza na ochronę zdrowia, która w 2026 roku ma wynieść 54,2 mld zł. Oznacza to, że co czwarta złotówka z podatku PIT, którego roczne wpływy planowane są na około 200 mld zł, idzie na spłatę odsetek od wcześniejszych długów, zamiast na inwestycje, szkoły czy szpitale.
Co gorsza, te wydatki są w dużej mierze sztywne. Państwo nie może jednostronnie obniżyć oprocentowania swoich obligacji, bo rynek natychmiast by to wycenił, żądając jeszcze wyższej premii za ryzyko. Im wyższy dług, tym wyższe koszty jego obsługi, a im wyższe koszty obsługi, tym większy deficyt, który znowu zwiększa dług. To jest mechanizm spirali zadłużenia, który Polska może wkrótce odczuć w pełni.
Polska na tle Europy. Niski poziom, ale najwyższa dynamika wzrostu
Patrząc na bezwzględną wysokość długu, która wynosi 2,3 biliona złotych, i jego relację do PKB na poziomie 60 proc., można odnieść wrażenie, że Polska znajduje się w grupie najbardziej zadłużonych krajów. Nic bardziej mylnego. W Unii Europejskiej wciąż jesteśmy w ścisłej czołówce krajów o najniższym zadłużeniu względem PKB. Grecja ma dług na poziomie około 150 proc. PKB, Włochy około 138 proc., Francja około 114 proc., Hiszpania około 103 proc., a Niemcy około 62 proc. Średnia unijna wynosi około 82 proc. PKB. Polska z wynikiem 60 proc. PKB wypada więc korzystnie na tle Europy Zachodniej.
Problem w tym, że to nie poziom, a dynamika wzrostu jest najbardziej niepokojąca. Polska jest krajem, w którym dług rośnie najszybciej w Unii Europejskiej, a Komisja Europejska ostrzega, że jeśli nic się nie zmieni, w perspektywie 10 lat dogonimy najbardziej zadłużone gospodarki. W ciągu zaledwie kilku lat przeszliśmy od jednego z najniższych poziomów zadłużenia w UE do poziomu zbliżonego do średniej unijnej. Tempo tego wzrostu nie ma odpowiednika w żadnym innym państwie członkowskim.
Wszystkie dostępne prognozy – zarówno Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jak i agencji ratingowych – rysują ponury obraz. Według Debt Sustainability Monitor 2025, przygotowanego przez Komisję Europejską, przy braku reform dług Polski może wzrosnąć do 107 proc. PKB w 2036 roku. Potrzeby pożyczkowe brutto mogą sięgnąć 20 proc. PKB, co oznaczałoby, że co piąta złotówka wydawana przez państwo musiałaby pochodzić z nowego długu. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że na koniec 2027 roku dług publiczny Polski wyniesie 69,1 proc. PKB, co jest poziomem porównywalnym z Izraelem. Rząd w swoich prognozach budżetowych zakłada, że deficyt na 2026 rok wyniesie 6,5 proc. PKB, a dług publiczny wzrośnie do 66,8 proc. PKB.
Kluczowe jest to, że Polska od lat ma deficyt strukturalny, czyli różnicę między dochodami a wydatkami, z wyłączeniem kosztów odsetek i wahań cyklicznych. Deficyt strukturalny na poziomie kilku procent PKB oznacza, że nawet gdy gospodarka rośnie, państwo i tak musi się zadłużać, aby pokryć bieżące wydatki. To jest najgorszy możliwy scenariusz – państwo nie oszczędza w czasach dobrej koniunktury, a w czasach spowolnienia deficyt jeszcze bardziej eksploduje.
Fitch daje żółtą kartkę. Perspektywa negatywna dla ratingu Polski
Agencja ratingowa Fitch Ratings potwierdziła w lutym 2026 roku długoterminowy rating Polski na poziomie A-, ale z perspektywą negatywną. W żargonie finansowym perspektywa negatywna to żółta kartka – sygnał, że agencja może obniżyć rating w ciągu najbliższych 12-24 miesięcy. Fitch wskazuje na trzy główne powody: utrzymujące się wysokie deficyty fiskalne, szybki wzrost długu publicznego oraz brak wiarygodnego planu konsolidacji fiskalnej. Agencja wyraźnie mówi, że obecna polityka fiskalna jest nie do utrzymania w długim okresie.
Obniżenie ratingu pociągnęłoby za sobą wzrost rentowności polskich obligacji, czyli wyższe koszty obsługi długu – co z kolei pogłębiłoby deficyt. To jest właśnie spirala zadłużenia, której Polska chce uniknąć. Niższy rating oznacza też wyższe koszty pożyczek dla polskich firm i banków, co może spowolnić wzrost gospodarczy. To nie jest tylko problem budżetu państwa – to problem całej gospodarki.
2 drogi. Cięcia wydatków lub podwyżki podatków
Eksperci są zgodni: Polska stoi na rozdrożu. Droga więcej tego samego, czyli kontynuacja wysokich wydatków socjalnych i brak reform, wiedzie prosto w przepaść – do długu rzędu 100 proc. PKB w ciągu dekady. Aby ustabilizować finanse publiczne, Polska będzie musiała podjąć trudne decyzje, które politycy odkładają od lat. Nie ma już miejsca na nowe obietnice bez pokrycia. Przed rządem stoją dwa główne wyjścia.
Droga pierwsza to cięcia wydatków. Oznaczałoby to realne oszczędności w administracji, która w Polsce jest jedną z największych w Europie pod względem zatrudnienia. Oznaczałoby to zamrożenie lub waloryzację świadczeń socjalnych poniżej inflacji, co politycznie jest bardzo trudne, ale ekonomicznie konieczne. Oznaczałoby to również ograniczenie wydatków inwestycyjnych, co może spowolnić rozwój infrastruktury, ale jest nieuniknione, jeśli państwo chce zbić deficyt.
Druga droga to podwyżki podatków. Choć politycy unikają tego tematu, ekonomiści wskazują, że bez dodatkowych dochodów trudno będzie zbić deficyt. W grę wchodzi podniesienie stawek VAT, CIT lub PIT, wprowadzenie nowych danin, na przykład od nieruchomości czy cyfrowych, lub uszczelnienie systemu podatkowego, które przyniosłoby dodatkowe miliardy. Prawdopodobnie konieczne będzie połączenie obu tych dróg – cięcia wydatków i podwyżki podatków – bo żadne z tych rozwiązań osobno nie wystarczy.
Czy Polsce grozi grecki scenariusz?
Czy Polsce grozi grecki scenariusz? Na razie nie, ale ostrzeżenia Komisji Europejskiej nie są bezpodstawne. Grecja przez lata ignorowała ostrzeżenia rynków i instytucji, co zakończyło się drastycznym cięciem wydatków, interwencją międzynarodowych instytucji i wieloletnią recesją. Bezrobocie w Grecji sięgnęło wtedy 25 proc., a PKB skurczyło się o jedną czwartą. Polska nie jest Grecją – mamy silniejszą i bardziej zróżnicowaną gospodarkę, własną walutę i niższy dług początkowy. Jednak jeśli nic się nie zmieni, ryzyko spirali zadłużenia będzie rosnąć z każdym rokiem.
Polska ma wciąż silne fundamenty: niskie bezrobocie, całkiem sprawny eksport, członkostwo w Unii Europejskiej, które daje dostęp do funduszy. Jeśli w najbliższych miesiącach rząd przedstawi wiarygodny plan konsolidacji fiskalnej – łączący cięcia wydatków z podniesieniem efektywności państwa – istnieje szansa na odwrócenie trendu. Jeśli jednak politycy będą dalej udawać, że problem nie istnieje, przyspieszamy w kierunku fiskalnej ściany, za którą nie ma już odwrotu. Odpowiedzialność za ten stan i jego rozwiązanie spoczywa na rządzących – i to oni będą rozliczeni z tego, co stanie się dalej.
Opracowano na podstawie: danych Ministerstwa Finansów z 31 marca 2026 roku, raportu Debt Sustainability Monitor 2025 Komisji Europejskiej, prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, analiz Forum Obywatelskiego Rozwoju, komunikatu agencji Fitch Ratings oraz wypowiedzi ekspertów ekonomicznych.
Fot. Unsplash.

