Polska potrzebuje rocznie około 200 tys. ton zielonego wodoru, by utrzymać hutnictwo przy życiu w erze dekarbonizacji. Bez tego produkcja stali w kraju – która nie pokrywa zapotrzebowania, pozostawiając lukę 5 mln ton rocznie – może stać się reliktem przeszłości. Orlen deklaruje produkcję 130 tys. ton do 2030, a fińscy partnerzy mogą dostarczyć kolejne 100 tys. ton. Problemem pozostają inwestycje w hutach, infrastruktura i brak decyzji. CBAM już zaostrza warunki, a czasu coraz mniej.
- Polski przemysł stalowy odbija się po kryzysie: w 2024 produkcja wzrosła o 10,1 proc. do 7,1 mln ton, a w I połowie 2025 o kolejne 3,7 proc. Główne huty to ArcelorMittal Dąbrowa Górnicza (5 mln ton mocy), CMC Zawiercie (1,7 mln), Celsa Ostrowiec (900 tys.), Huta Częstochowa (840 tys.), ArcelorMittal Warszawa (750 tys.) i Ferrostal Labedy (500 tys.). Mimo wzrostu, Polska pozostaje importerem netto stali – luka między produkcją a zapotrzebowaniem sięga 5 mln ton rocznie, a 60 proc. wyrobów trafia na eksport.
- Tradycyjny proces wielkopiecowy emituje 1,8-2 tony CO₂ na tonę stali. Alternatywą jest technologia DRI (bezpośrednia redukcja wodorem) z piecem elektrycznym. By proces był zeroemisyjny, wodór musi być zielony (z elektrolizy zasilanej OZE). Szacunki mówią o potrzebie ok. 200 tys. ton zielonego wodoru rocznie dla polskiego hutnictwa. Dziś praktycznie cały wodór używany w przemyśle to szary wodór z gazu ziemnego.
- Orlen deklaruje, że do 2030 roku łączna moc elektrolizerów w Grupie wyniesie ok. 1 GW, co pozwoli na produkcję ponad 130 tys. ton odnawialnego wodoru rocznie. To więcej niż połowa potrzeb hutnictwa. Koncern rozwija też infrastrukturę – w lutym 2026 uruchomił piątą stację tankowania wodoru w Pile (480 kg/dzień). Planowane są kolejne, m.in. w Gdyni, Płocku, Bielsku-Białej i Gorzowie Wlkp.
- Orlen szuka też alternatywnych źródeł. W styczniu 2026 podpisał porozumienia z fińskimi firmami (ABO Energy Suomi, Nordic Ren-Gas, VolagHy Kuopio) w sprawie dostaw odnawialnego wodoru do Polski. Finlandia dysponuje nadwyżkami OZE i stabilnymi cenami energii. Łączna planowana zdolność fińskich partnerów sięga 100 tys. ton wodoru rocznie, a pierwsze dostawy mogłyby ruszyć w 2028. Kluczową rolę w magazynowaniu mają odegrać kawerny solne.
- Mimo dostępności wodoru, brakuje decyzji inwestycyjnych w samych hutach. Żadna polska huta nie ogłosiła ostatecznej decyzji o budowie instalacji DRI. Mechanizm CBAM (graniczny podatek węglowy) od 2026 w pełni wchodzi w życie, zamykając rynek dla emisyjnej stali. Polska, będąc importerem netto, teoretycznie zyskuje, ale jeśli sama nie przestawi się na zieloną stal, straci rynki eksportowe. Potrzebna jest mapa drogowa dla SMR, infrastruktura przesyłowa i stabilne regulacje – czasu zostało niewiele.
Zanim przejdziemy do pytań o przyszłość, trzeba zobaczyć, gdzie jesteśmy dziś. Polski przemysł stalowy, wbrew obiegowym opiniom, nie jest w zapaści. Wręcz przeciwnie, według danych za pierwszą połowę 2025 roku produkcja stali w Polsce wzrosła o 3,7 procent w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, osiągając poziom 3,12 miliona ton. W samym maju 2025 roku huty wyprodukowały 641 tysięcy ton stali, co było wynikiem o 3,1 procent lepszym niż rok wcześniej i o 1,3 procent lepszym niż w kwietniu. To zasługa między innymi ponownego uruchomienia Huty Częstochowa, która od lutego 2025 roku pracuje na pełnych mocach po ponad roku przestoju.
W całym 2024 roku polskie huty wyprodukowały 7,1 miliona ton stali, co oznaczało wzrost o 10,1 procent w stosunku do 2023 roku . Dla porównania, w szczytowym 2021 roku produkcja sięgnęła 8,45 miliona ton, by następnie spaść do 7,41 miliona w 2022 i 6,43 miliona w 2023. Widać więc wyraźne odbicie, które stawia Polskę w gronie 20 największych producentów stali na świecie. To ważne, bo pozycja w tym rankingu to nie tylko prestiż, ale przede wszystkim realna siła przemysłowa i setki tysięcy miejsc pracy w łańcuchu dostaw.
Jednocześnie dane pokazują, że nawet przy takiej produkcji nie jesteśmy w stanie zaspokoić krajowego popytu. Z wyprodukowanych w 2022 roku 8,6 miliona ton wyrobów gotowych, aż 60 procent trafiło na eksport. To pozornie dobra wiadomość, bo świadczy o konkurencyjności polskich produktów na rynkach zagranicznych, zwłaszcza w Niemczech, Czechach i na Słowacji. Ale z drugiej strony oznacza to, że Polska jest importerem netto stali, a luka między produkcją a krajowym zapotrzebowaniem sięga ponad 5 milionów ton rocznie. Innymi słowy, bez importu polski przemysł maszynowy, motoryzacyjny i budowlany stanąłby w miejscu.
Polski sektor stalowy to sześć głównych przedsiębiorstw: ArcelorMittal Warszawa o mocy 750 tysięcy ton rocznie, Celsa Huta Ostrowiec z mocą 900 tysięcy ton, Huta Częstochowa z 840 tysiącami ton, CMC Zawiercie produkujące 1,7 miliona ton, gigantyczne ArcelorMittal Dąbrowa Górnicza dysponujące mocą 5 milionów ton oraz Ferrostal Labedy Gliwice z 500 tysiącami ton. To te zakłady, zwłaszcza ten w Dąbrowie Górniczej, będą musiały przejść głęboką transformację, by sprostać wymogom dekarbonizacji.
Zielony wodór, czyli warunek przetrwania hutnictwa w Europie
Dlaczego wodór jest tak ważny dla hutnictwa? Odpowiedź kryje się w technologii produkcji stali. Tradycyjny proces wielkopiecowy, w którym do redukcji rudy żelaza używa się koksu, jest niezwykle emisyjny. Na każdą tonę wyprodukowanej stali przypada około 1,8-2 ton dwutlenku węgla. To stawia hutnictwo w gronie największych przemysłowych emitentów w Europie i czyni je głównym celem unijnej polityki klimatycznej.
Alternatywą jest technologia DRI, czyli bezpośredniej redukcji rudy żelaza za pomocą wodoru, połączona z elektrycznym piecem łukowym. W tym procesie wodór, reagując z tlenem zawartym w rudzie, tworzy parę wodną zamiast dwutlenku węgla. Jednak by ten proces był rzeczywiście zeroemisyjny, wodór musi być zielony, czyli produkowany w procesie elektrolizy zasilanej energią ze źródeł odnawialnych. Szacunki branżowe wskazują, że polskie hutnictwo potrzebowałoby rocznie około 200 tysięcy ton takiego wodoru, by móc kontynuować produkcję w erze dekarbonizacji. To ogromna ilość, jeśli uświadomić sobie, że dziś praktycznie cały wodór używany w przemyśle pochodzi z gazu ziemnego i jest tak zwanym szarym wodorem, którego produkcja wiąże się z emisją CO₂.
Dla polskich hut, które są częścią europejskich koncernów, transformacja w kierunku zielonej stali to nie kwestia wyboru, ale przetrwania. Unia Europejska wprowadza właśnie mechanizm CBAM, czyli graniczny podatek węglowy, który stopniowo wyeliminuje import produktów wyprodukowanych z wysoką emisją. Co więcej, w samych zamówieniach publicznych coraz częściej pojawiają się wymogi dotyczące śladu węglowego, a wielcy odbiorcy stali, jak producenci samochodów czy białego sprzętu, sami zobowiązują się do korzystania wyłącznie z zielonej stali w swoich łańcuchach dostaw. Jeśli polskie huty nie przejdą transformacji, ich produkcja straci nabywców, a import z krajów trzecich, które nie płacą za emisje, zostanie obłożony opłatami wyrównawczymi, które uczynią go nieopłacalnym.
3. Orlen w roli głównego gracza, czyli 130 tysięcy ton zielonego wodoru w 2030 roku
Na szczęście w Polsce działa podmiot, który transformację wodorową traktuje priorytetowo. Orlen, największy koncern paliwowy w Europie Środkowej, ma w swojej strategii ambitny cel: do 2030 roku łączna moc elektrolizerów w Grupie ma wynieść około 1 gigawata, co w połączeniu z projektami typu waste-to-hydrogen umożliwi produkcję ponad 130 tysięcy ton odnawialnego wodoru rocznie . To więcej niż połowa potrzeb hutnictwa i jednocześnie sygnał, że cel 200 tysięcy ton nie jest oderwany od rzeczywistości, pod warunkiem że uda się zmobilizować dodatkowe moce wytwórcze.
Orlen nie tylko deklaruje, ale także realizuje konkretne inwestycje. W lutym 2026 roku koncern uruchomił w Pile piątą ogólnodostępną stację tankowania wodoru w Polsce, z wydajnością 480 kilogramów dziennie, obsługującą zarówno autobusy miejskie, jak i klientów indywidualnych . To element większej sieci, która ma docelowo liczyć kilkadziesiąt stacji, w tym w Gdyni, Płocku, Bielsku-Białej i Gorzowie Wielkopolskim. Choć na razie infrastruktura nastawiona jest na transport, doświadczenia zdobywane przy jej budowie i eksploatacji będą bezcenne przy projektowaniu wielkoskalowych instalacji dla przemysłu.
Kluczowym wyzwaniem pozostaje jednak nie tyle sam wodór, ile energia potrzebna do jego produkcji. Elektroliza to proces energochłonny, a by wyprodukować 200 tysięcy ton zielonego wodoru, potrzeba ogromnych ilości czystej energii. Szacuje się, że samo hutnictwo potrzebowałoby dodatkowych mocy w OZE rzędu kilku gigawatów, a to oznacza konieczność budowy nowych farm wiatrowych, fotowoltaicznych i, co kluczowe, źródeł stabilnych, które mogłyby pracować niezależnie od pogody. Stąd pomysł na małe reaktory modułowe, które mogłyby dostarczać czystą energię do elektrolizerów przez całą dobę, niezależnie od warunków atmosferycznych. Rząd w duecie z prywatnymi inwestorami ma dopiero opracować mapę drogową dla SMR-ów, ale to proces, który potrwa lata, a czasu jest coraz mniej.
Fiński zastrzyk, czyli import jako koło ratunkowe na pierwszą fazę transformacji
Wobec opóźnień we własnych inwestycjach, Orlen szuka alternatywnych dróg zabezpieczenia dostaw zielonego wodoru dla polskiego przemysłu. W styczniu 2026 roku koncern podpisał porozumienia o współpracy z trzema fińskimi firmami: ABO Energy Suomi, Nordic Ren-Gas oraz VolagHy Kuopio SPV. Celem jest współpraca w zakresie produkcji i dostaw odnawialnego wodoru oraz jego pochodnych do Polski. Łączna planowana zdolność produkcyjna fińskich partnerów sięga nawet 100 tysięcy ton wodoru rocznie, a pierwsze dostawy mogłyby ruszyć już w 2028 roku.
Dlaczego akurat Finlandia? Powód jest prosty: kraj ten dysponuje ogromnymi nadwyżkami odnawialnej energii, zwłaszcza z elektrowni wiatrowych, a jej miks energetyczny oparty na energetyce jądrowej i wodnej zapewnia jedne z najbardziej stabilnych i przystępnych cen energii w Europie. To sprawia, że produkcja zielonego wodoru w Finlandii jest ekonomicznie atrakcyjna, a transport przez Bałtyk, przy odpowiedniej infrastrukturze logistycznej, staje się realną alternatywą dla budowy własnych mocy wytwórczych.
Wiesław Prugar, członek zarządu Orlenu ds. upstream, otwarcie przyznaje, że koncern sam nie będzie w stanie wyprodukować takiej ilości zielonego wodoru, jaka jest potrzebna do zazielenienia produkcji rafineryjnej oraz nawozów azotowych. Obecnie wodór ten wytwarzany jest głównie z gazu ziemnego, a przejście na zielony wymaga ogromnych nakładów inwestycyjnych i czasu. Import z Finlandii ma wypełnić tę lukę w pierwszej fazie transformacji, dając Polsce czas na rozwój własnych mocy wytwórczych i infrastruktury magazynowej.
Kluczową rolę w tym planie ma odegrać magazynowanie wodoru w kawernach solnych. Orlen, dysponujący doświadczeniem w budowie i zarządzaniu podziemnymi magazynami gazu, planuje wykorzystać polskie złoża soli do wielkoskalowego magazynowania wodoru. To rozwiązanie, które pozwoliłoby na bilansowanie dostaw i tworzenie zapasów strategicznych, uniezależniając Polskę od bieżących wahań na rynku i zapewniając stabilne dostawy dla przemysłu przez cały rok.
Mechanizmy unijne, czyli bat na spóźnialskich i szansa dla odważnych
W tle tych wszystkich działań pozostaje Unia Europejska, która od lat konsekwentnie buduje mechanizmy wymuszające dekarbonizację przemysłu. Najważniejszym z nich z perspektywy hutnictwa jest mechanizm CBAM, który od 2026 roku wchodzi w fazę pełnego wdrożenia. Importujący do UE stal, cement, aluminium, nawozy, energię elektryczną i wodór będą musieli kupować certyfikaty odpowiadające cenie emisji CO₂, jaka obowiązywałaby, gdyby towary te zostały wyprodukowane w UE. To sprawia, że opłacalność przywozu taniej, emisyjnej stali z Azji czy Turcji dramatycznie spada, otwierając przestrzeń rynkową dla droższej, ale czystszej produkcji europejskiej.
Dla Polski, która jest importerem netto stali, CBAM oznacza, że nasi odbiorcy będą musieli płacić więcej za stal z importu, co teoretycznie powinno zwiększyć konkurencyjność rodzimych hut na rynku wewnętrznym. Problem w tym, że polska stal, jeśli nie przejdzie transformacji, sama stanie się „brudna” w porównaniu z produkcją z Niemiec, Szwecji czy Francji, gdzie inwestycje w zieloną stal są już zaawansowane. Wtedy to my możemy zostać obciążeni CBAM-em przy eksporcie do innych krajów UE, co zamknie nam rynki zbytu i zepchnie na margines.
Dodatkowo Unia uruchamia programy wsparcia dla transformujących się hut. Europejski Bank Inwestycyjny, w ramach polityki spójności i Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, oferuje preferencyjne kredyty na inwestycje w technologie niskoemisyjne. Pieniądze są dostępne, ale by po nie sięgnąć, trzeba mieć gotowe projekty, pozwolenia i, co najważniejsze, decyzje inwestycyjne. Na razie w Polsce brakuje ich na miarę potrzeb.
Bariery i opóźnienia, czyli mapa drogowa dla SMR i nie tylko
Największym problemem polskiej transformacji hutniczej jest tempo. Rząd, w duecie z prywatnymi inwestorami, ma dopiero opracować mapę drogową dla małych reaktorów modułowych, które mogłyby dostarczyć czystej energii do elektrolizy. To brzmi jak plan na kolejną dekadę, a nie na najbliższe lata. Tymczasem pierwsze instalacje DRI w Europie powstaną już około 2027-2028 roku, a do 2030 roku rynek zielonej stali zacznie się kurczyć, bo pierwsi gracze zgarną kontrakty i klientów.
Do tego dochodzi kwestia cen energii. Polska ma jedne z najwyższych cen energii elektrycznej w UE, co czyni produkcję zielonego wodoru przez elektrolizę mniej opłacalną niż w krajach z tańszą energią. Bez znaczącego obniżenia kosztów energii, nawet przy unijnym wsparciu, polskie projekty wodorowe mogą okazać się niekonkurencyjne.
I wreszcie kwestia samych inwestycji w hutach. Technologia DRI z piecem elektrycznym to nie jest zwykła modernizacja, ale budowa praktycznie nowych zakładów, z nowymi instalacjami, nową logistyką i nowymi łańcuchami dostaw. Koszt takiej inwestycji dla huty wielkopiecowej to miliardy euro, a okres zwrotu liczony w dekadach. Bez jasnych deklaracji wsparcia ze strony państwa i Unii, bez gwarancji cen energii i bez długoterminowych kontraktów na zieloną stal, żaden prywatny inwestor nie podejmie takiego ryzyka.
Czy zdążymy, czyli rachunek prawdopodobieństwa na 2030 rok
Odpowiedź na tytułowe pytanie nie jest ani prosta, ani oczywista. Cel 200 tysięcy ton zielonego wodoru rocznie do 2030 roku jest niezwykle ambitny, ale nie niemożliwy. Orlen deklaruje produkcję na poziomie 130 tysięcy ton, co stanowi ponad połowę potrzeb. Fińscy partnerzy mogą dostarczyć kolejne 100 tysięcy ton, z czego część trafi do Polski. To daje w sumie około 230 tysięcy ton potencjalnych mocy, co teoretycznie przekracza potrzeby hutnictwa.
Problem leży gdzie indziej. Po pierwsze, te moce muszą być dostępne dla hut, a nie skierowane do innych odbiorców, jak transport, chemia czy rafinerie. Po drugie, sama dostępność wodoru to nie wszystko. Potrzebne są instalacje DRI w hutach, które mogłyby go wykorzystać. Na razie żadna polska huta nie ogłosiła ostatecznej decyzji inwestycyjnej w tej sprawie. ArcelorMittal, który jest największym graczem w Polsce, prowadzi analizy, ale inwestycje kieruje raczej do Hamburga, Gandawy czy innych lokalizacji w Europie Zachodniej, gdzie warunki ramowe są bardziej przewidywalne.
Po trzecie, potrzebna jest infrastruktura przesyłowa i magazynowa, która pozwoliłaby na dostarczenie wodoru do hut w sposób ciągły i niezawodny. Orlen ma plany wykorzystania kawern solnych, ale to perspektywa końca dekady, a może i późniejsza.
Wreszcie, potrzebna jest wola polityczna i stabilność regulacyjna. Zmiany rządów, spory o kształt mapy drogowej dla SMR, opóźnienia w wydawaniu pozwoleń na inwestycje w OZE – wszystko to sprawia, że inwestorzy odkładają decyzje, czekając na większą przewidywalność.
W tej sytuacji rok 2030 może być momentem, w którym okaże się, czy polskie hutnictwo ma przyszłość. Jeśli uda się uruchomić choć jeden projekt DRI na skalę przemysłową i zapewnić mu dostawy zielonego wodoru, reszta branży dostanie sygnał, że to ma sens i warto inwestować. Jeśli nie, a Unia zamknie rynek dla emisyjnej stali, polskie huty staną przed dramatycznym wyborem: zapłacić gigantyczne kary za emisje, zamknąć produkcję lub przenieść ją poza Europę. Żadna z tych opcji nie jest dobra ani dla przemysłu, ani dla pracowników, ani dla całej gospodarki. Zielona stal z polskim rodowodem to nie tylko kwestia ambicji, ale przede wszystkim walki o przetrwanie jednej z kluczowych gałęzi przemysłu w kraju. Czasu zostało niewiele.
Fot. Schneider Electric

