W 1973 roku, po ataku Egiptu i Syrii na Izrael i wsparciu USA dla Tel Awiwu, kraje arabskie nałożyły embargo na ropę. Ceny skoczyły o 300 proc. w dwa miesiące. Odpowiedzią był zwrot ku niezależności energetycznej: Francja postawiła na atom (plan Messmera, 56 reaktorów w 15 lat), USA na „Projekt Niezależność” i efektywność, Japonia na małe samochody i elektronikę. Polska? Dyskutujemy od lat, a jedyna elektrownia jądrowa ma ruszyć w 2036. Lekcja z 1973 roku pozostaje nieodrobiona.
- Wojna Jom Kippur (1973) i embargo naftowe krajów arabskich spowodowały wzrost cen ropy o 300 proc. w dwa miesiące. Zachód zrozumiał, że surowce energetyczne to nie towar, ale broń. Pojęcie „bezpieczeństwa energetycznego” na stałe weszło do polityki.
- Francja odpowiedziała planem Messmera (marzec 1974). W 15 lat uruchomiono 56 reaktorów. Do dziś atom odpowiada za 80 proc. miksu energetycznego kraju. Decyzje zapadały szybko, bez szerokiej debaty – tłumaczono, że sprawa wymaga fachowej wiedzy.
- USA ogłosiły „Projekt Niezależność” – cel: uniezależnienie się od importu w 10 lat. Nie udało się, ale inwestowano w atom, węgiel, OZE i efektywność. Wprowadzono limity prędkości, racjonowanie paliwa, wsparcie termomodernizacji i normy paliwożerności. Koniec epoki „krążowników szos”.
- Japonia i Niemcy postawiły na małe, oszczędne samochody (Golf, Corolla). Japonia przebudowała gospodarkę, rezygnując z branż paliwożernych i stawiając na elektronikę. Dziś japońskie marki podbijają świat.
- Polska? Mimo że od lat wiadomo o kurczących się zasobach węgla i rosnących kosztach, polityka energetyczna to chaos. Wiatraki na lądzie zablokowano w 2016, fotowoltaikę „zaorano”, a program jądrowy od 15 lat tli się bez efektów. Spółkę założono w 2010, wydano 770 mln zł, a pierwszy reaktor ma ruszyć w 2036. Francuzi w tym czasie zbudowali 56.
6 października 1973 roku, w dniu żydowskiego święta Jom Kippur, wojska Egiptu i Syrii zaatakowały pozycje izraelskie na Półwyspie Synaj i Wzgórzach Golan. Był to początek konfliktu, który w ciągu kilku tygodni doprowadził do największego kryzysu energetycznego w nowożytnej historii. Gdy Stany Zjednoczone zdecydowały się na wsparcie swojego sojusznika i dostarczyły Izraelowi broń, kraje arabskie zrzeszone w Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową odpowiedziały w sposób, który na zawsze zmienił sposób myślenia o surowcach energetycznych. Ogłosiły embargo na dostawy ropy do państw wspierających Izrael, przede wszystkim do USA i Holandii, a także zaczęły stopniowo ograniczać produkcję.
Efekty były natychmiastowe i druzgocące. Cena ropy na światowych rynkach, która przed wybuchem wojny oscylowała w okolicach 3 dolarów za baryłkę, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy wystrzeliła do ponad 12 dolarów . Był to wzrost o blisko 300 procent, który zachwiał podstawami gospodarek krajów rozwiniętych, uzależnionych od taniego importu surowca z Bliskiego Wschodu.
Przed stacjami benzynowymi w Europie i Stanach Zjednoczonych ustawiały się kilometrowe kolejki. Braki w zaopatrzeniu w ropę były tak duże, że niektóre kraje sięgnęły po drastyczne środki. Wprowadzono zakazy jazdy samochodem w niedziele, racjonowano paliwo, ograniczano prędkość na autostradach, by zmniejszyć zużycie benzyny. W Wielkiej Brytanii zachęcano obywateli, by ogrzewali tylko jeden pokój w domu. W Stanach Zjednoczonych apelowano o rezygnację z lampek na choinkach. Odwołano nawet słynny wyścig Daytona, a dystanse rajdów NASCAR zostały skrócone.
Plan Messmera, czyli francuski skok w atom
Spośród wszystkich krajów dotkniętych kryzysem, Francja wyciągnęła wnioski najszybciej i najradykalniej. Premier Pierre Messmer, widząc, jak wielkim ciosem dla gospodarki jest uzależnienie od importowanej ropy, podjął decyzję, która zdefiniowała francuską energetykę na kolejne pół wieku. Jego rozumowanie było proste: nie mamy ropy, nie mamy gazu, nie mamy węgla, nie mamy wyboru.
W marcu 1974 roku, zaledwie pięć miesięcy po wybuchu wojny, rząd ogłosił tak zwany plan Messmera, który zakładał, że energia jądrowa powinna stać się podstawą zaopatrzenia kraju w prąd tak szybko, jak to tylko możliwe. Plan był niezwykle ambitny. Do 1985 roku Francja miała zbudować około 80 elektrowni jądrowych, a do 2000 roku aż 175.
Co charakterystyczne, francuskie władze działały błyskawicznie i bez oglądania się na opinię publiczną. Pominięto nie tylko debatę publiczną, ale nawet parlamentarną, argumentując, że sprawa wymaga fachowej wiedzy, a ani opinia publiczna, ani parlamentarzyści nie byliby w stanie podjąć w tej sprawie sensownej decyzji . Dzięki temu pierwsze trzy budowy ruszyły jeszcze w 1974 roku. W ciągu 15 lat od ogłoszenia planu uruchomiono 56 reaktorów, a na początku lat 80. energia jądrowa odpowiadała za 80 procent francuskiego miksu energetycznego.
Francja stała się tym samym wzorem do naśladowania dla innych krajów, ale jednocześnie modelem, który z różnych powodów – politycznych, społecznych i ekonomicznych – okazał się trudny do powielenia. Do dziś atom jest podstawą francuskiej energetyki, a choć pojawia się presja na wyłączanie starszych reaktorów, to kalkulacje ekonomiczne i polityczne każą odsuwać te decyzje jak najdalej w przyszłość.
Projekt Niezależność, czyli amerykańska odpowiedź na kryzys
W Stanach Zjednoczonych reakcja na kryzys była równie szybka, ale przybrała nieco inną formę. Już w listopadzie 1973 roku, miesiąc po ogłoszeniu embarga przez kraje OPEC, prezydent Richard Nixon ogłosił „Projekt Niezależność”. Nazwa celowo nawiązywała do projektów Manhattan i Apollo, podkreślając wagę przedsięwzięcia, którego celem było osiągnięcie niezależności energetycznej w ciągu 10 lat.
Choć tego ambitnego celu nie udało się zrealizować w tak krótkim czasie, efekty podjętych wtedy decyzji są widoczne do dziś. Amerykanie zainwestowali ogromne środki w rozwój energetyki jądrowej – w latach 70. i 80. oddano do użytku kilkadziesiąt nowych reaktorów. Postawili też na węgiel, którego udział w produkcji energii znacząco wzrósł. Przeznaczono duże pieniądze na badania nad nowymi źródłami energii, ze szczególnym uwzględnieniem słońca i wiatru, choć wówczas technologie te były w powijakach i potrzebowały dekad, by stać się konkurencyjne.
Amerykanie dostrzegli jednak, że bezpieczeństwo energetyczne to nie tylko kwestia podaży, ale także popytu. Dlatego obok inwestycji w nowe źródła, podjęto kroki mające na celu ograniczenie zużycia energii. Wprowadzono obowiązkowe limity paliwożerności dla samochodów, które zakończyły epokę „krążowników szos” i rozpoczęły wyścig producentów o to, czyje auta mniej palą. Wspierano termomodernizację budynków, szczególnie dla osób, których nie było stać na samodzielne przeprowadzenie takich inwestycji. Wszystko po to, by zmniejszyć zapotrzebowanie na importowaną ropę i uniezależnić się od kaprysów producentów z Bliskiego Wschodu.
Geopolityczne konsekwencje, czyli kto zyskał, kto stracił
Kryzys naftowy miał także głębokie konsekwencje geopolityczne. Daniel Yergin w swojej książce „The New Map” pisał, że kryzys był szokiem nie tylko ze względu na wpływ na ekonomię i ceny. Oznaczał także, mówiło wielu, że Stany Zjednoczone są słabsze, zależne od OPEC, a ich polityka zagraniczna i gospodarcza zależy od decyzji eksporterów ropy lub zakłóceń w dostawach. Dla wiodącego światowego mocarstwa była to trudna lekcja, która na dekady zdeterminowała amerykańskie myślenie o bezpieczeństwie energetycznym.
Paradoksalnie, głównym beneficjentem kryzysu okazał się Związek Radziecki. Dramatyczny wzrost ceny ropy zapewnił ogromny wzrost przychodów, uratował pogrążoną w stagnacji gospodarkę i pomógł sfinansować sowieckie zbrojenia. Dzięki petrodolarom Moskwa mogła w latach 70. przeznaczyć na armię i uzbrojenie wyjątkowo dużo pieniędzy, rozdymając budżet militarny do niewspółmiernych do możliwości rozmiarów. Gdy w drugiej połowie lat 80. ceny ropy zaskakująco spadły, w kasie zabrakło pieniędzy, a radzieckie imperium rozpadło się. Moskwa wyciągnęła jednak z tej lekcji odpowiednie wnioski i do dziś traktuje surowce energetyczne jako narzędzie polityki, umiejętnie wykorzystując je do wywierania nacisku na Europę.
Z kolei Japonia, która nie miała własnych surowców, zareagowała na kryzys przebudową całej gospodarki. Zrezygnowano z branż paliwożernych i postawiono na rozwój elektroniki, co w kolejnych dekadach przyniosło spektakularne efekty w postaci dominacji japońskich marek na światowych rynkach. Zainwestowano też dużo w rozwój energetyki jądrowej, choć większość reaktorów zamknięto po awarii w Fukushimie, zastępując je głównie źródłami odnawialnymi, gazem i węglem.
Co zrobiła Europa, czyli jak kontynent nie wyciągnął wniosków
Na tym tle polityka europejska, szczególnie niemiecka, wygląda co najmniej niekonsekwentnie. Zamiast uczyć się na lekcji z 1973 roku i dążyć do uniezależnienia od importu surowców, Europa poszła w odwrotnym kierunku. Presja na wyłączanie działających elektrowni jądrowych, które w wielu krajach uruchomiono właśnie w odpowiedzi na kryzys naftowy, doprowadziła do zwiększenia importu gazu, w tym z Rosji. Docelowo braki po atomie miały zostać zastąpione przez odnawialne źródła energii i wodór, ale w okresie przejściowym uzupełniono je właśnie gazem, dając Moskwie ogromną możliwość wywierania nacisku na europejską politykę.
Jak dużą? Wystarczy zadać sobie jedno pytanie. Jesteśmy obecnie w sytuacji, w której największym wyzwaniem dla rządzących jest wysoka inflacja, a za tę odpowiadają między innymi szalejące ceny energii, w tym rosyjskiego gazu. Załóżmy, że Rosja zdecyduje się zaatakować Ukrainę. Jak duże mogą być dla Europy gospodarcze koszty nałożenia sankcji na Moskwę? Gigantyczne. Tak duże, że samo branie pod uwagę tych kosztów jest w stanie spętać europejską politykę zagraniczną. Rosjanie doskonale o tym wiedzą i nie przez przypadek wybrali taki moment na zaognienie konfliktu z Ukrainą. Sami im wręczyliśmy narzędzia do tej gry.
Polska lekcja, której nie odrobiliśmy
Niestety, Polska też nie postawiła się w pozycji do pouczania Unii Europejskiej. Nie dorośliśmy jeszcze do świadomości, że polityka gospodarcza ma kluczowe znaczenie dla polityki zagranicznej, a najważniejsza w niej jest polityka energetyczna. Zamiast realizować długofalowy plan, który zapewniłby nam niezależność i bezpieczeństwo, szarpiemy się od decyzji do decyzji, nie potrafiąc konsekwentnie zrealizować żadnej.
Od wielu lat wiadomo, że zmniejszają się nasze zasoby węgla i że ten stanie się paliwem nieopłacalnym. Wiadomo też, że jeżeli chcemy cieszyć się energetycznym bezpieczeństwem, musimy rozwijać alternatywne źródła energii. Realnie można było wybierać spośród dowolnego miksu trzech: słońca, wiatru i atomu. I co zrobiliśmy? W 2016 roku zadbano, by nie rozwinęły się wiatraki na lądzie. Później na chwilę udało się rozwinąć prosumencką fotowoltaikę, ale kiedy tej zaczęło być „zbyt dużo”, zdecydowano się zaorać także i ją, odcinając wielu ludzi od możliwości kupowania sobie taniego prądu w czasach galopujących cen energii. Niby coś dzieje się w kwestii wiatraków na Bałtyku, ale do większych efektów jest jeszcze daleko.
Najbardziej dramatycznie wygląda jednak historia atomu. Francuzi potrzebowali 15 lat od ogłoszenia planu Messmera, by zakończyć transformację energetyczną kraju. W Polsce od momentu, w którym III Rzeczpospolita zdecydowała, że potrzebujemy elektrowni jądrowej, minęło już ponad 15 lat. Ile reaktorów oddano w tym czasie? To pytanie retoryczne. Żadnego. Założono spółkę, na czele której stanął polityk. Wydano ponad 770 milionów złotych na rozwój programu energetyki jądrowej. Elektrowni nie zbudowano. Do dziś nie wiadomo, jaka będzie, gdzie stanie i kto ją zbuduje. Trochę mało jak na tak wiele lat.
Wnioski na dziś, czyli lekcja, którą wciąż musimy odrobić
Kryzys naftowy z 1973 roku to nie tylko historia. To żywa lekcja, która pokazuje, jak ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa państwa ma niezależność energetyczna. Surowce energetyczne nie są normalnym towarem, który podlega wyłącznie prawom rynku. W sytuacji zbyt dużego uzależnienia od importu mogą stać się niebezpieczną bronią, zdolną sparaliżować gospodarkę, wywołać inflację i zdeterminować politykę zagraniczną.
Dlatego po kryzysie 1973 roku kraje rozwinięte zaczęły szukać źródeł energii, które nie są zależne od zagranicznych dostaw. We Francji postawiono na atom. W Stanach Zjednoczonych na mieszankę atomu, węgla i odnawialnych źródeł, a później na gaz z łupków. W Japonii na atom i elektronikę. Wszystkie te kraje wyciągnęły wnioski z lekcji, którą zafundował im OPEC.
Fot. Unsplash.

