Roczne pozyskanie drewna w Lasach Państwowych to około 40 milionów metrów sześciennych. Sprzedaż surowca przynosi co roku ponad 11 miliardów złotych przychodu, a przemysł drzewny wytwarza dobra o wartości przekraczającej 200 miliardów złotych, zatrudniając przy tym 350 tysięcy osób. Gdyby nagle wstrzymać wycinkę na 12 miesięcy, lawina skutków byłaby nie do zatrzymania. Tartaki stanęłyby w ciągu kilku dni, fabryki mebli po kilku tygodniach, a eksport runąłby w przepaść. Tymczasem przyroda, w imię której miano by przeprowadzić to moratorium, nie odczułaby żadnej realnej poprawy. Rok to w życiu lasu mgnienie oka, a prawdziwe problemy polskiej przyrody leżą gdzie indziej.
- Wstrzymanie wycinki na rok oznaczałoby natychmiastowe załamanie finansowe Lasów Państwowych, które nie dostają dotacji z budżetu i pokrywają wszystkie swoje koszty – ochronę przeciwpożarową, walkę z kornikami, odnawianie upraw – wyłącznie ze sprzedaży drewna. Dla 173 tysięcy firm z branży drzewnej, od gigantów meblarskich po małe tartaki, brak surowca przez kilka tygodni oznaczałby bankructwo i utratę 350 tysięcy miejsc pracy.
- Już dziś, przy ograniczeniu sprzedaży drewna o zaledwie 5 procent, eksport polskich mebli do Chin spadł o 40 procent, a ceny surowca poszły w górę. Przy całkowitym wstrzymaniu wycinki ceny drewna wystrzeliłyby, co przełożyłoby się na drastyczne podwyżki mebli, okien, podłóg i materiałów budowlanych dla milionów Polaków.
- Nawet organizacje ekologiczne przyznają, że roczne moratorium nie przyniosłoby realnych korzyści przyrodniczych. Lasy żyją w skali lat i dekad, a wyłączenie z wycinki 20 procent najcenniejszych obszarów, co jest postulowane przez część koalicji rządzącej, przełożyłoby się w praktyce na zaledwie 5 procent realnego spadku pozyskania drewna.
Wstrzymanie wycinki na rok w Lasach Państwowych, które zarządzają blisko 80 procentami powierzchni polskich lasów, z dnia na dzień wywołałoby lawinę skutków ekonomicznych, społecznych i środowiskowych. To nie jest hipotetyczna rozgrywka intelektualna. To realny scenariusz, który od lat przewija się w postulatach niektórych organizacji ekologicznych, a także w zapisach umowy koalicyjnej rządu, gdzie mowa o wyłączeniu 20 procent najcenniejszych lasów z gospodarki leśnej. Eksperci i analizy nie pozostawiają wątpliwości. Koszty gospodarcze takiej decyzji byłyby ogromne, mierzone w dziesiątkach miliardów złotych strat i dziesiątkach tysięcy utraconych miejsc pracy. Zyski przyrodnicze byłyby iluzoryczne. Przyroda nie odczułaby znaczącej poprawy, bo roczna przerwa w wycince to w skali życia lasu mgnienie oka, a problemy, z którymi borykają się polskie lasy, są strukturalne i wymagają rozwiązań na dekady, nie na rok.
Roczne pozyskanie drewna w Lasach Państwowych oscyluje w granicach 38 do 40 milionów metrów sześciennych. W 2024 roku sama sprzedaż surowca przyniosła przychody na poziomie 11,2 miliarda złotych, a zysk netto Lasów Państwowych wyniósł około 764 do 870 milionów złotych. Jakiekolwiek wstrzymanie wycinki na taką skalę oznaczałoby natychmiastowe załamanie finansowe całej struktury. Lasy Państwowe nie dostają dotacji z budżetu państwa. Działają na zasadzie samodzielności finansowej, a ich koszty funkcjonowania, w tym ochrona przeciwpożarowa, monitoring zdrowotności lasów, odnawianie upraw, utrzymanie infrastruktury drogowej, są pokrywane wyłącznie z przychodów ze sprzedaży drewna. Bez tych pieniędzy Lasy Państwowe nie miałyby z czego zapłacić swoim pracownikom, z których wielu pracuje w terenie, chroniąc lasy przed kornikami i pożarami.
Według analiz już ograniczenie pozyskania drewna o 20 procent pociągnęłoby za sobą koszty rzędu 500 milionów złotych rocznie dla samych Lasów Państwowych. W skali całej gospodarki straty sięgają jednak znacznie wyższych kwot. Przedstawiciele branży drzewnej ostrzegają przed konsekwencjami na miarę 28 miliardów złotych utraconych przychodów rocznie. To kwota, która mogłaby sfinansować budowę kilku nowych elektrowni jądrowych albo całkowicie odmienić system ochrony zdrowia w Polsce. Te pieniądze nie znikną w abstrakcyjnym budżecie. Znikną z kieszeni przedsiębiorców, którzy nie będą mieli co sprzedawać, i z kieszeni pracowników, którzy stracą pracę.
Przemysł drzewny, czyli tartaki, zakłady płyt wiórowych, meblarnie, producenci okien i podłóg, generuje wartość produkcji przekraczającą rocznie 200 miliardów złotych. To 9,3 procent całej wartości produkcji przemysłu przetwórczego w Polsce. Dla porównania, cały przemysł motoryzacyjny w Polsce generuje około 170 miliardów złotych. Polska jest niekwestionowanym liderem w produkcji mebli w Europie, wyprzedzając Niemcy i Włochy. Wstrzymanie wycinki na rok mogłoby definitywnie zepchnąć Polskę z tej pozycji, a rynki przejęłyby inne kraje, które nie wprowadziłyby u siebie podobnych ograniczeń. Rynki nie czekają. Klienci, którzy dziś kupują polskie meble, za rok kupią je gdzie indziej, jeśli dostawy zostaną przerwane.
Kaskadowy upadek
Polski przemysł drzewny to nie tylko Lasy Państwowe. To około 173 tysiące firm, od gigantów meblarskich zatrudniających tysiące osób po jednoosobowe działalności gospodarcze, które kupują drewno, przetwarzają je i sprzedają. Łącznie sektor zatrudnia około 330 do 350 tysięcy osób, co stanowi 2,5 procent całego zatrudnienia w polskiej gospodarce. Wartość dodana brutto wytwarzana przez ten sektor to około 6,8 miliarda euro rocznie, czyli blisko 30 miliardów złotych.
Jakakolwiek przerwa w dostawach surowca ma charakter natychmiastowy i kaskadowy. Tartak, który nie ma drewna, staje w ciągu kilku dni. Pracownicy tartaku trafiają na postój. Zakład płyt wiórowych, który kupuje trociny i wióry z tartaku, zostaje bez surowca. Fabryka mebli, która kupuje płyty wiórowe, musi wstrzymać produkcję. Sklep meblowy, który czeka na zamówione szafy, wysyła klientów z pustymi rękami. To nie są teoretyczne scenariusze. To realne mechanizmy, które zadziałałyby w ciągu kilku tygodni od momentu wstrzymania wycinki.
Mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, które stanowią kręgosłup sektora, są szczególnie wrażliwe na nagłe zmiany dostępności surowca. W przeciwieństwie do międzynarodowych korporacji, które mogą sobie pozwolić na magazynowanie drewna na miesięcy kilka, mały tartak często pracuje z tygodniowymi zapasami. Brak dostaw przez rok oznacza dla niego bankructwo. Według danych już obecne, wprowadzone w 2025 roku ograniczenia w dostawach drewna, gdy Lasy Państwowe zmniejszyły sprzedaż o 5 procent, przyczyniły się do spadku zatrudnienia w branży. Łączna liczba utraconych etatów w wyniku tych ograniczeń może wynieść 47 tysięcy. To się dzieje dziś, przy zaledwie 5 procentowej redukcji. Przy całkowitym wstrzymaniu wycinki skala byłaby niewyobrażalna.
Sytuację pogłębia dramatyczny wzrost kosztów, z którym branża zmaga się od kilku lat. Ceny energii poszybowały w górę. Minimalne wynagrodzenie i koszty pracy rosną gwałtownie. Do tego dochodzi silna konkurencja z Europy Zachodniej, gdzie firmy drzewne często mają łatwiejszy dostęp do surowca, oraz z Azji, gdzie koszty pracy są znacznie niższe. W takich warunkach wstrzymanie wycinki na rok nie jest problemem, z którym branża mogłaby sobie poradzić. To wyrok śmierci dla tysięcy przedsiębiorstw.
Luki podażowe i lawina cenowa
Krajowy rynek drewna jest skrajnie wrażliwy na wahania podaży. Lasy Państwowe ograniczyły już sprzedaż drewna w 2025 roku o 5 procent w stosunku do 2024 roku, czyli do około 39 milionów metrów sześciennych. Jakiekolwiek dalsze wstrzymanie, a tym bardziej całkowite, spowodowałoby natychmiastowy wzrost cen. W gospodarce rynkowej, gdy podaż spada, a popyt pozostaje na stałym poziomie albo rośnie, ceny idą w górę. To działa w przypadku drewna tak samo jak w przypadku każdego innego towaru. Różnica polega na tym, że drewno nie jest łatwo zastąpić. Płyty wiórowej nie zrobisz z plastiku. Okna drewniane mają parametry, których nie osiągniesz z aluminium. Papier z makulatury ma ograniczenia.
Wzrost cen drewna uderzy więc bezpośrednio w ceny mebli, materiałów budowlanych, podłóg, okien, drzwi. To nie są produkty, które można kupić raz na jakiś czas. To są podstawowe elementy wyposażenia mieszkań i domów, które ludzie kupują niezależnie od koniunktury. Wzrost ich cen o kilkadziesiąt procent w ciągu roku, co przy całkowitym wstrzymaniu wycinki jest scenariuszem bardzo prawdopodobnym, uderzyłby w miliony polskich rodzin. To nie jest tylko problem producentów mebli. To jest problem każdego, kto kiedykolwiek chce kupić meble, zrobić remont czy zbudować dom.
Co gorsza, zawirowania na rynku drewna odbiją się nie tylko na cenach krajowych, ale również na eksporcie. Polska jest jednym z największych eksporterów mebli i wyrobów z drewna na świecie. W samym pierwszym kwartale 2025 roku, kiedy tylko wprowadzono ograniczenia w dostępie do surowca, eksport do Chin spadł aż o 40 procent. To nie jest przypadek. Chińscy importerzy, nie mogąc liczyć na regularne dostawy z Polski, zwrócili się do innych dostawców. Wystarczy kilka miesięcy przerwy, by przejęli ich konkurenci z Wietnamu, Malezji czy Brazylii. Odzyskanie tych rynków po roku przerwy byłoby niezwykle trudne, jeśli w ogóle możliwe.
Krótkoterminowe moratorium nie ma sensu, a postulat wyłączenia 20 procent lasów to mniej niż 5 procent realnego pozyskania
Wbrew emocjonalnym apelom, które pojawiają się w debacie publicznej po każdym głośnym proteście ekologów, specjaliści są zgodni. Wstrzymanie wycinki na 12 miesięcy nie przyniosłoby realnych korzyści przyrodniczych. Lasy to nie farmy pomidorów. To ekosystemy, które żyją własnym rytmem, w skali lat i dekad. Roczne moratorium na wycinkę w skali całego kraju nie spowodowałoby nagłego odrodzenia bioróżnorodności, nie zatrzymałoby wymierania gatunków, nie odtworzyłoby naturalnych siedlisk. To zbyt krótki czas, by przyroda mogła zareagować. Jednocześnie straty gospodarcze byłyby natychmiastowe i katastrofalne.
Dowodem na to jest wprowadzone już w przeszłości moratorium na wycinkę w niektórych lokalizacjach. Początkowo obejmowało ono selektywnie jedynie 0,2 procent powierzchni lasów w skali kraju. Efekt? Spadek pozyskania drewna na poziomie 0,2 procent. Przyroda nie odczuła żadnej różnicy. Mówimy o ułamkach procenta, które nie mają żadnego przełożenia na stan ochrony przyrody. Gdyby wyłączyć z wycinki 20 procent najcenniejszych lasów, co jest zapisem umowy koalicyjnej rządu, realne zmniejszenie pozyskania drewna wyniosłoby nie 20 procent, a zaledwie około 5 procent. Dlaczego? Bo w tych najcenniejszych lasach, takich jak rezerwaty, parki narodowe, obszary Natura 2000, wycinka i tak jest już dziś ograniczona lub całkowicie zakazana. Dodatkowe wyłączenie kolejnych 20 procent obszarów, które są mniej cenne przyrodniczo, nie przełoży się na proporcjonalny spadek pozyskania drewna.
Spadek pozyskania o 5 procent, a nie 20 procent, nie uratuje polskich lasów. Bioróżnorodność nie wzrośnie. Zagrożone gatunki nie wrócą. Jednocześnie taki spadek, rzędu 5 procent, jest już dziś testowany. Lasy Państwowe w 2025 roku ograniczyły sprzedaż drewna właśnie o około 5 procent. Efekty już widzimy. Eksport do Chin spadł o 40 procent. Ceny drewna poszły w górę. Branża drzewna zaczyna odczuwać pierwsze problemy. A mówimy tylko o 5 procentach. Wstrzymanie wycinki na rok, które oznaczałoby spadek pozyskania o 100 procent na tym obszarze, jest w tym świetle absolutnie nieuzasadnione.
Lasy Państwowe nie stoją w miejscu, ale nie mogą się zatrzymać
Lasy Państwowe działają na zasadzie samodzielności finansowej. Nie dostają pieniędzy z budżetu. Pokrywają koszty swojej działalności z własnych przychodów. Ochrona przeciwpożarowa, monitoring zdrowotności lasów, walka z kornikami, odnawianie upraw, utrzymanie 45 tysięcy kilometrów dróg leśnych, edukacja przyrodnicza. To wszystko kosztuje miliardy złotych rocznie. Bez sprzedaży drewna tych pieniędzy nie ma. Wstrzymanie wycinki na rok oznaczałoby nie tylko katastrofę budżetową dla samej instytucji, ale także dla tysięcy przedsiębiorstw, które są od niej zależne.
Wbrew deklaracjom niektórych środowisk, nawet organizacje ekologiczne przyznają, że całkowite wstrzymanie wycinek na 12 miesięcy nie miałoby uzasadnienia i nie rozwiązałoby problemów ochrony przyrody. Polska potrzebuje długofalowych rozwiązań, stabilnych dostaw i odpowiedzialnej gospodarki leśnej, nie krótkoterminowych, radykalnych moratoriów. Potrzebuje zwiększenia areału lasów chronionych, ale w sposób przemyślany, uwzględniający potrzeby gospodarki i społeczności lokalnych. Potrzebuje lepszej ochrony najcenniejszych fragmentów przyrody, ale bez uderzania w całe gałęzie przemysłu, które są od lasów zależne. Potrzebuje dialogu, a nie rocznych, politycznych zakazów, które zatrzymają tartaki, pozbawią pracy dziesiątki tysięcy ludzi i zrujnują jedną z nielicznych polskich branż, która jest światowym liderem.
Opracowano na podstawie: danych Lasów Państwowych, analiz branży drzewnej, wypowiedzi przedstawicieli sektora, raportów Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego oraz artykułów publicystycznych poświęconych konsekwencjom ograniczeń w wycince.

