Polska zbrojeniówka na fali. Kto kupuje nasze uzbrojenie?

Według raportu SIPRI, import broni do Polski w latach 2021–2025 wzrósł o 852 proc., ale w cieniu tych zakupów dokonuje się transformacja polskiej zbrojeniówki. W 2026 przychody PGZ po raz pierwszy przekroczą 20 mld zł, a eksport sięgnie 1,9 mld zł. Sukcesy: Piorun (już w USA, Norwegii, Szwecji), Krab, Borsuk, Baobab. Zainteresowanie wyraziły Niemcy, Francja, państwa bałtyckie i Skandynawia. Przed nami wyzwania: moce produkcyjne, łańcuchy dostaw i konkurencja z gigantami. Program SAFE (43,7 mld euro dla Polski) otwiera nowe możliwości, ale wymaga spełnienia kryterium 65 proc. komponentów z UE.

  • Polska Grupa Zbrojeniowa, skupiająca około 70 spółek, w 2026 roku osiągnie przychody przekraczające 20 mld zł i zysk netto ok. 2,5 mld zł. Holding awansował na 51. miejsce w globalnym rankingu SIPRI największych producentów uzbrojenia, realizując programy o łącznej wartości ok. 160 mld zł, z czego 57 mld zł przypada na sam 2026 rok. Inwestycje w fabryki amunicji 155 mm, modernizację stoczni i linie produkcyjne zmieniają oblicze polskiego przemysłu obronnego.
  • Największym sukcesem eksportowym jest zestaw przeciwlotniczy Piorun produkowany przez Mesko, który trafił już do USA, Norwegii, Belgii i Szwecji, a zainteresowanie wyrażają Niemcy, Francja i państwa Europy Południowej. Produkcja wzrosła czterokrotnie od 2020 roku do 1200–1300 rakiet rocznie, a do 2029 roku ma osiągnąć 2000 sztuk. W lutym 2026 wyprodukowano trzytysięczny egzemplarz, a trwają prace nad wersją Piorun 2.
  • Oprócz Pioruna polskie firmy oferują Kraby, Borsuki, Baobaby, systemy antydronowe San, radary, karabiny wyborowe i ciężarówki Jelcz. Zainteresowanie zgłosiły m.in. Estonia, Litwa, Norwegia, Grecja (ok. 1000 Jelczy) oraz kraje bałkańskie. Głównym wyzwaniem pozostają ograniczone moce produkcyjne i uzależnienie od importu komponentów, ale program SAFE (43,7 mld euro) może otworzyć nowe rynki i przynieść eksport rzędu kilkunastu miliardów złotych do końca dekady.

Polska Grupa Zbrojeniowa to dziś konglomerat około 70 spółek, zatrudniający dziesiątki tysięcy pracowników i realizujący programy o łącznej wartości około 160 miliardów złotych, z czego 57 miliardów przypada na sam 2026 rok. To liczby, które jeszcze dekadę temu wydawały się kompletnie nierealne. Gdy w 2013 roku powoływano do życia holding, miał on przede wszystkim porządkować rozdrobniony, często balansujący na krawędzi upadłości polski przemysł obronny. Dziś pełni rolę integratora, koordynatora i największego beneficjenta zbrojeniowego boomu.

Środki na rozwój płyną szerokim strumieniem. Z Funduszu Inwestycji Kapitałowych przeznaczono 2,4 miliarda złotych na budowę trzech fabryk nowoczesnej amunicji artyleryjskiej, przede wszystkim kalibru 155 mm. To inwestycje, które mają uniezależnić Polskę od zewnętrznych dostawców w momencie, gdy amunicja stała się towarem najwyższej strategicznej wagi. W grudniu 2025 roku bydgoskie Zakłady Elektromechaniczne Belma otrzymały 311 milionów złotych dofinansowania na zwiększenie zdolności produkcyjnych. To ta sama Belma, która będzie odpowiadać za produkcję min przeciwpiechotnych po tym, jak Polska wypowiedziała Konwencję Ottawską.

Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz pod koniec 2025 roku podpisał Program Rozwoju Sił Zbrojnych na lata 2025–2039, który na najbliższe lata wyznacza kierunki modernizacji technicznej armii. Ale sukces finansowy PGZ to nie tylko efekt zwiększonych zamówień państwowych. To także efekt głębokich zmian organizacyjnych, centralizacji relacji bankowych w ramach tak zwanej grupy B5, która pozwoliła uzyskać najlepsze dostępne warunki finansowania. To wreszcie konsekwentna realizacja strategii integracji spółek, aktywów i procesów finansowych.

Efekt jest widoczny w rankingach. PGZ awansowała na 51. miejsce w globalnym zestawieniu SIPRI największych producentów uzbrojenia na świecie. To awans o kilkadziesiąt pozycji w ciągu zaledwie kilku lat, który pokazuje, że polski przemysł obronny dogania największych europejskich graczy. Wiceminister aktywów państwowych Konrad Gołota podkreśla, że dziś inwestujemy we wszystkie spółki naszego przemysłu obronnego, rozwijamy kompetencje i suwerenność przemysłową, czyli to, co powinno być podstawą polityki gospodarczej rządu.

Opracowanie na podstawie danych Industry Alarm.

Piorun, czyli polski produkt, który podbił Europę

Gdyby szukać jednego symbolu sukcesu polskiej zbrojeniówki ostatnich lat, bez wątpienia byłby nim Piorun. Przenośny zestaw przeciwlotniczy produkowany przez Mesko ze Skarżyska-Kamiennej stał się produktem, o którym piszą światowe media, a o którego zakup zabiegają kolejne państwa. Jego skuteczność potwierdzona na ukraińskim froncie, połączona z ciągłym rozwojem konstrukcji, sprawiła, że Pioruny trafiły już do Stanów Zjednoczonych, Norwegii, Belgii i Szwecji. A lista chętnych wciąż rośnie.

Wiceprezes PGZ Arkadiusz Bąk mówi wprost o strategicznym celu: naszym założeniem jest umiejscowienie polskiej rakiety najkrótszego zasięgu w systemach obrony przeciwlotniczej jak największej liczby krajów europejskich oraz NATO. To nie jest tylko pobożne życzenie. Zainteresowanie Piorunami wyraziły już Niemcy, Francja, państwa nordyckie, bałtyckie, bałkańskie, a nawet Hiszpania . Prezes PGZ Adam Leszkiewicz potwierdza, że kolejne państwa pytają o nasze uzbrojenie, a zamówienia w najbliższym czasie mogą złożyć m.in. państwa nordyckie, bałtyckie i część krajów z Europy Południowej.

Skala produkcji idzie w górę. Od 2020 roku Mesko zwiększyło swoje możliwości czterokrotnie, do poziomu około 1200–1300 rakiet rocznie. A to nie koniec. Do 2029 roku produkcja ma wzrosnąć do 2000 sztuk rocznie. W lutym 2026 roku linię produkcyjną opuścił trzytysięczny egzemplarz systemu. Firma zakończyła niedawno badania nad nową generacją pocisku o nazwie Piorun 2, który ma charakteryzować się lepszą manewrowością i odpornością na zakłócenia.

Sukces Pioruna to nie tylko kwestia parametrów technicznych. To także efekt mądrej polityki promocyjnej i wykorzystania doświadczeń z Ukrainy. Gdy ukraińscy żołnierze chwalili skuteczność polskich zestawów w zwalczaniu rosyjskich dronów i śmigłowców, ich głos docierał do sztabowców i decydentów w całej Europie skuteczniej niż niejedna prezentacja katalogowa.

Opracowanie własne. Źródło: Industry Alarm.

Kraby, Borsuki i Baobaby, czyli czego jeszcze chcą zagraniczni klienci

Piorun jest najjaśniejszą gwiazdą, ale nie jedyną na polskim zbrojeniowym firmamencie. Na saudyjskich targach World Defense Show 2026 Polska Grupa Zbrojeniowa zaprezentowała szeroką ofertę produktów, która spotkała się z żywym zainteresowaniem zwiedzających. Wśród eksponatów znalazły się modele ciężkiego bojowego wozu piechoty Ratel, który wzbudzał spore nadzieje eksportowe, a także system minowania narzutowego Baobab-K, którym zainteresowanie wyraziło już kilka państw europejskich.

W segmencie amunicji małokalibrowej ofertę przedstawiło Mesko, a spółka Belma pokazała kilka typów głowic bojowych możliwych do zastosowania w dronach. Zwiedzający mogli zapoznać się także z karabinami wyborowymi Alex-338 oraz WKW-30 z Tarnowskich Zakładów Mechanicznych. To ta sama spółka, która wiosną 2024 roku podpisała umowę z nieokreślonym państwem afrykańskim na dostawę samopowtarzalnych karabinów wyborowych MWS-25.

W segmencie systemów przeciwlotniczych na stoisku znalazły się modele radaru Tuga, zestawu Bystra, systemu Pilica, a także zestawów SA-35 i Poprad . Zainteresowanie tymi rozwiązaniami wyraziły m.in. Estonia, Litwa i Norwegia, szczególnie w kontekście systemu antydronowego San, który Polska zakupiła za 15 miliardów złotych .

Grecja zgłosiła zapotrzebowanie na około tysiąc ciężarówek Jelcz, co pokazuje, że polska motoryzacja wojskowa również ma swoją markę. Niestety, w tym przypadku pojawia się bariera produkcyjna – obecne moce nie pozwalają na realizację tak dużego zamówienia w krótkim czasie. Podobnie jest z bojowymi wozami piechoty Borsuk i armatohaubicami Krab, których eksport przed 2030 rokiem jest mało prawdopodobny ze względu na niewystarczające zdolności produkcyjne.

Kto kupuje polską broń, czyli mapa sukcesu eksportowego

Gdy spojrzeć na mapę odbiorców polskiego uzbrojenia, rysuje się obraz systematycznej ekspansji. Naturalnym kierunkiem są państwa bałtyckie i Skandynawia, które z uwagą śledzą nasze doświadczenia i chętnie sięgają po sprawdzone rozwiązania. Litwa, Łotwa, Estonia, Norwegia, Szwecja – to wszystko kraje, które albo już kupiły polski sprzęt, albo prowadzą zaawansowane rozmowy.

Zaskoczeniem może być zainteresowanie ze strony państw Europy Południowej – Hiszpanii, Portugalii, Włoch, a także Bałkanów. To pokazuje, że polska zbrojeniówka przestała być postrzegana jako regionalny dostawca dla najbliższych sąsiadów, a stała się graczem liczącym się w całej Unii Europejskiej.

Największym wyzwaniem i jednocześnie największą szansą są jednak Niemcy. Przez lata to polskie wojsko kupowało sprzęt za Odrą, dziś sytuacja zaczyna się odwracać. Wiceszef MON Cezary Tomczyk potwierdził w lutym, że Niemcy są zainteresowane dostawami zestawów przeciwlotniczych polskiej produkcji. Choć sprawa wymaga jeszcze finalizacji, sam fakt, że Berlin rozważa zakup uzbrojenia w Polsce, jest wydarzeniem bez precedensu.

Nie można też zapominać o Stanach Zjednoczonych, które już kupują Pioruny. To rynek nie tylko prestiżowy, ale przede wszystkim ogromny – jeśli amerykańskie siły zbrojne uznają polski produkt za wart uwagi, otwierają się drzwi do kontraktów na niespotykaną w Europie skalę.

Opracowanie własne. Industry Alarm.

Inwestycje, które zmieniają oblicze przemysłu

Za sukcesem eksportowym musi iść odpowiedni potencjał produkcyjny. Polska zbrojeniówka przez lata zmagała się z problemem przestarzałych fabryk i niewystarczających mocy. Dziś to się zmienia. Inwestycje idą w setkach milionów, a nawet miliardów złotych.

PGZ Stocznia Wojenna w Gdyni, która jeszcze trzy lata temu była w rękach syndyka i miała zostać zamknięta, dziś buduje trzy fregaty wielozadaniowe, okręt Ratownik, zatrudnia tysiąc osób, a docelowo będzie to 1300. To symboliczna przemiana, która pokazuje, że polski przemysł stoczniowy może nie tylko remontować, ale i budować nowoczesne jednostki.

W fabryce broni w Radomiu oddano nową halę produkcyjną. To tam powstaje Grot, karabinek, z którego korzystają polskie siły zbrojne. Huta Stalowa Wola rozwija produkcję, pozyskując podwozia z Czech do swoich transporterów. Rozwijane są linie produkcyjne amunicji, systemów rakietowych, pojazdów specjalnych.

Wiceminister Konrad Gołota wymienia kolejne obszary: budujemy dodatkowe linie produkcyjne, pozyskaliśmy zdolności i budujemy trzy fabryki amunicji 155 mm. Dostarczamy bojowy wóz piechoty Borsuk, na którego dostawy kontrakt podpisano w ubiegłym roku. Budujemy partnerstwa międzynarodowe, pozyskaliśmy możliwość wieloletniej produkcji naszego hitu, czyli Rosomaka. To nie jest pojedynczy wysiłek, ale systemowe działanie na wielu frontach jednocześnie.

Kontrowersyjny powrót do przeszłości

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych, ale z punktu widzenia przemysłu kluczowych, wydarzeń ostatnich miesięcy jest wznowienie przez Polskę produkcji min przeciwpiechotnych. 20 lutego 2026 roku minął okres wypowiedzenia Konwencji Ottawskiej, którą Polska, wraz z państwami bałtyckimi i Finlandią, wypowiedziała wiosną ubiegłego roku. Powód był oczywisty – rosnące zagrożenie ze strony Rosji i potrzeba wzmocnienia wschodniej granicy.

Ministerstwo Obrony Narodowej informuje, że ma już producentów zainteresowanych dostawami dla wojska. Jednym z nich będą najprawdopodobniej Bydgoskie Zakłady Elektromechaniczne Belma, które w grudniu 2025 roku otrzymały 311 milionów złotych dofinansowania na zwiększenie zdolności produkcyjnych. Wojsko Polskie planuje stworzenie pól minowych na wschodniej granicy w ramach programu Tarcza Wschód.

To decyzja, która budzi emocje, ale z perspektywy przemysłu otwiera nowy, znaczący segment produkcji. Miny przeciwpiechotne mogą być także przedmiotem eksportu, choć tu pojawiają się ograniczenia wynikające z międzynarodowych zobowiązań poszczególnych państw.

SAFE jako szansa i wyzwanie

W tle wszystkich tych wydarzeń czai się unijny program SAFE – instrument pożyczkowy o wartości 43,7 miliarda euro dla Polski, który ma wesprzeć wydatki obronne państw członkowskich. Dla polskiego przemysłu to ogromna szansa, ale i wyzwanie.

Warunkiem finansowania jest pochodzenie nabywanego sprzętu – przynajmniej w 65 procentach musi on powstawać w europejskich fabrykach. To zaś oznacza, że Polska może stać się nie tylko beneficjentem, ale i eksporterem w ramach wspólnych europejskich programów. Wiceminister Konrad Gołota zapowiada, że Polska z klienta zamierza stać się również eksporterem. Rząd planuje aktywne promowanie polskiego przemysłu w innych stolicach europejskich.

Jak wyjaśnia generał Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego, przyjęcie ustawy o SAFE nie tylko nie spowoduje, że polska armia odwróci się od Waszyngtonu, ale pozwoli też sfinansować kolejne zakupy u naszego największego sojusznika. To ważne zastrzeżenie, bo w publicznej debacie pojawiały się obawy, że unijne finansowanie odetnie nas od amerykańskiego sprzętu. Tymczasem gen. Kukuła wyjaśnia, że SAFE rozwiązuje jedno z naszych strategicznych wyzwań, umożliwiając spłatę kredytów finansujących rozwój Sił Zbrojnych spoza budżetu MON, co wytwarza przestrzeń finansową na dodatkowe zakupy w USA – na przykład śmigłowców Chinook czy kolejnych F-35.

Według szacunków, eksport polskiego sprzętu wojskowego w ramach SAFE może przynieść krajowi przychody rzędu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu miliardów złotych do końca obecnej dekady. Największe korzyści mają jednak przynieść zakupy realizowane przez Ministerstwo Obrony Narodowej, finansowane z tego programu. Do 2030 roku ich wartość może przekroczyć 100 miliardów złotych.

Wyzwania, które stoją przed nami

Ten obraz sukcesu ma jednak swoje ciemniejsze strony. Po pierwsze, moce produkcyjne. W wielu obszarach, jak w przypadku Borsuka, Kraba czy Jelczy, popyt zarówno krajowy, jak i zagraniczny przerasta możliwości wytwórcze. To oznacza konieczność dalszych, ogromnych inwestycji.

Po drugie, łańcuchy dostaw. Polska zbrojeniówka wciąż jest uzależniona od importu wielu komponentów, w tym podwozi, silników, elementów elektroniki. Przerwanie tych łańcuchów w sytuacji kryzysowej mogłoby sparaliżować produkcję. Stąd nacisk na budowanie partnerstw, jak w przypadku Huty Stalowa Wola, która pozyskuje podwozia z Czech, ale nadwozia i integrację wykonuje u siebie.

Po trzecie, konkurencja ze strony gigantów. Nawet największe sukcesy eksportowe polskiej zbrojeniówki to wciąż kropla w morzu w porównaniu z potęgą amerykańskich, francuskich czy niemieckich koncernów. Aby utrzymać tempo wzrostu, potrzebne będą nie tylko dobre produkty, ale także agresywna promocja i wsparcie dyplomatyczne.

Po czwarte, wykwalifikowane kadry. Przemysł zbrojeniowy potrzebuje inżynierów, techników, spawaczy, specjalistów od zaawansowanych technologii. W starzejącym się społeczeństwie i przy konkurencji ze strony innych sektorów gospodarki, pozyskanie odpowiedniej liczby pracowników będzie coraz trudniejsze.

Co z tego wynika dla Polski?

Rok 2026 jest dla polskiej zbrojeniówki rokiem przełomowym. Po latach zaniedbań i marginalizacji, po dekadzie, w której wydawało się, że przemysł obronny to relikt przeszłości, polskie zakłady wracają do gry. Wracają z produktami, które budzą zainteresowanie w Europie i na świecie, z inwestycjami, które zmieniają ich oblicze, z perspektywą eksportu, o jakiej jeszcze kilka lat temu nikt nie śmiał marzyć.

Przed nami jednak ogromne wyzwania. Aby utrzymać imponujące tempo wzrostu, potrzeba będzie nie tylko pieniędzy, ale także mądrej polityki przemysłowej, konsekwencji w działaniu i zdolności do budowania międzynarodowych partnerstw. SAFE otwiera drzwi, ale to od nas zależy, czy przez nie wejdziemy. Piorun, Krab, Borsuk, Baobab – te nazwy przestają być tylko hasłami w katalogach, a stają się realnymi produktami, które mogą zmienić pozycję Polski na zbrojeniowej mapie Europy. Czy to się uda, zależy od trafności decyzji podejmowanych dziś przez rząd, przemysł i samorządy.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu