Połowa Polaków za atomem. Kto ma go dziś na świecie?

W ostatnich tygodniach połowa Polaków opowiedziała się za pozyskaniem przez nasz kraj broni jądrowej, co wywołało burzliwą debatę. Zanim jednak przejdziemy do analizy sondaży, trzeba odpowiedzieć na pytania fundamentalne: czym jest broń jądrowa, jak działa, kto na świecie ją ma i na jakich zasadach? W 2026 roku, po wygaśnięciu traktatu New START i w cieniu rosnącego napięcia międzynarodowego, temat ten powraca z niespotykaną od czasów zimnej wojny siłą.

  • Broń jądrowa to ładunek wybuchowy, w którym energia uwalniana jest w wyniku rozszczepienia jąder atomowych (uran, pluton) lub syntezy lekkich pierwiastków (izotopy wodoru). Różni się od konwencjonalnych materiałów wybuchowych skalą – nawet niewielkie ładunki mogą zniszczyć całe miasta, a promieniowanie pozostaje zabójcze przez długi czas. Dzieli się na strategiczną (setki kiloton, megatony) i taktyczną (kilotony), przeznaczoną na pole walki.
  • Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT) z 1970 roku dzieli świat na pięć oficjalnych mocarstw jądrowych (USA, Rosja, Chiny, Francja, Wielka Brytania), które zdetonowały ładunek przed 1967 rokiem. Pozostałe państwa zobowiązały się nie pozyskiwać broni w zamian za dostęp do technologii jądrowych do celów pokojowych. Poza systemem są Indie, Pakistan, Izrael i Korea Północna. Łącznie dziewięć państw posiada ok. 12 300 głowic, z czego 86 proc. należy do USA i Rosji.
  • 5 lutego 2026 wygasł traktat New START, ostatnie porozumienie ograniczające liczbę strategicznych głowic między USA a Rosją. Po raz pierwszy od 1972 roku dwie największe potęgi nuklearne nie mają żadnych wiążących limitów. Chiny w ciągu dekady podwoiły swój arsenał do ok. 600 głowic. Eksperci ostrzegają przed wznowieniem testów jądrowych i nieograniczonym wyścigiem zbrojeń.
  • Malejące zaufanie do amerykańskiego parasola nuklearnego wywołuje debaty w całej Europie. Prezydent Trump kwestionuje sens użycia broni w obronie sojuszników. W Niemczech mówi się o francuskim parasolu, w Szwecji o nordyckim arsenale, a Korea Południowa ma techniczną zdolność do zbudowania bomby w kilka miesięcy. To w tym kontekście lokuje się polska debata.
  • Sondaż IBRiS dla Radia ZET z 27-28 lutego 2026 pokazuje, że 50,9 proc. Polaków popiera pozyskanie przez Polskę broni jądrowej (20,9 proc. „zdecydowanie tak”, 30 proc. „raczej tak”). Przeciw jest 38,6 proc., a 10,5 proc. nie ma zdania. Najwyższe poparcie wśród wyborców Konfederacji (79 proc.), PiS (65 proc.) i Nowej Lewicy (54 proc.), najniższe u wyborców KO (35 proc.). Eksperci studzą emocje, wskazując na dekady prac, gigantyczne koszty i konieczność wycofania się z NPT.

Broń jądrowa, potocznie nazywana atomową, to rodzaj ładunku wybuchowego, w którym energia uwalniana jest w wyniku reakcji rozszczepienia jąder atomowych ciężkich pierwiastków, takich jak uran czy pluton, lub w wyniku syntezy jąder lekkich pierwiastków, jak izotopy wodoru. W uproszczeniu, w odróżnieniu od konwencjonalnych materiałów wybuchowych, które czerpią energię z przemian chemicznych, broń jądrowa sięga do samego jądra atomu, uwalniając energię miliony razy większą. To właśnie ta różnica skali sprawia, że nawet niewielkie ładunki mogą zniszczyć całe miasta i zabić setki tysięcy ludzi nie tylko za sprawą fali uderzeniowej, ale także promieniowania cieplnego i jonizującego, które pozostaje zabójcze przez długi czas po wybuchu.

Ze względu na konstrukcję i przeznaczenie, broń jądrową dzieli się na dwa główne typy. Strategiczna broń jądrowa to ta o największej mocy, mierzona zwykle w setkach kiloton, a nawet megatonach, przeznaczona do rażenia celów na terytorium przeciwnika, takich jak miasta, bazy wojskowe czy centra dowodzenia. Jest to broń, która stanowi trzon arsenałów mocarstw i o której myślimy, mówiąc o wzajemnym gwarantowanym zniszczeniu. Z kolei taktyczna broń jądrowa ma mniejszą moc, liczona jest w kilotonach, i przeznaczona jest do użycia na polu walki, przeciwko zgrupowaniom wojsk, składom amunicji czy lotniskom. Granica między tymi kategoriami bywa płynna, ale kluczowa różnica leży w przeznaczeniu i zasięgu.

Niezwykle istotnym pojęciem jest tak zwany parasol nuklearny. Polega on na tym, że państwo posiadające broń jądrową rozciąga gwarancje jej użycia w obronie swoich sojuszników, którzy sami tej broni nie mają. Dla krajów takich jak Polska, będących członkami NATO, amerykański parasol nuklearny przez dekady stanowił podstawę bezpieczeństwa i główny argument przeciwko budowaniu własnego arsenału. Wiarygodność tego parasola opiera się na przekonaniu, że w razie ataku na sojusznika Stany Zjednoczone zaryzykują własne miasta, by go obronić.

Zapisz się do newslettera!

System nieproliferacji i jego fundamenty

Aby zrozumieć, kto dziś ma broń jądrową i dlaczego nie ma jej więcej państw, trzeba poznać Traktat o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej, czyli NPT. To dokument, który od 1970 roku stanowi kamień węgielny globalnego ładu w tej dziedzinie. Traktat dzieli świat na dwie kategorie państw: te, które zdetonowały ładunek jądrowy przed 1967 rokiem, uznawane są za oficjalne mocarstwa jądrowe, a wszystkie pozostałe zobowiązują się do niepodejmowania prób pozyskania tej broni w zamian za dostęp do technologii jądrowych do celów pokojowych oraz obietnicę rozbrojenia ze strony mocarstw.

Oficjalnymi, uznanymi przez NPT państwami posiadającymi broń jądrową jest pięć krajów: Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Francja i Wielka Brytania. To one zasiadają w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i to one przez dekady negocjowały kolejne traktaty ograniczające zbrojenia, z których najważniejszym był w ostatnich latach Nowy START między USA a Rosją.

Poza tym systemem, ale z bronią jądrową, funkcjonują cztery inne państwa. Indie, Pakistan i Izrael nigdy nie podpisały NPT i rozwinęły własne programy jądrowe poza międzynarodowym nadzorem. Korea Północna podpisała traktat, ale wycofała się z niego w 2003 roku i przeprowadziła serie prób jądrowych, stając się pierwszym i jak dotąd jedynym państwem, które złamało zobowiązania NPT i otwarcie zbudowało arsenał. Łącznie, według szacunków z początku 2026 roku, dziewięć państw posiada około 12 300 głowic jądrowych, z czego zdecydowana większość, bo około 86 procent, należy do USA i Rosji. Około 3900 głowic jest rozlokowanych na rakietach, bombowcach i okrętach podwodnych, gotowych do użycia, a ponad 2100 pozostaje w stanie najwyższej gotowości, co oznacza, że mogą być wystrzelone w ciągu kilkunastu minut.

visualization

3. Koniec kontroli zbrojeń i powrót do wyścigu

Początek 2026 roku przyniósł wydarzenie, które z perspektywy czasu może okazać się przełomowe dla globalnego bezpieczeństwa. 5 lutego wygasł traktat New START, ostatnie obowiązujące porozumienie ograniczające liczbę strategicznych głowic i ich nosicieli między USA a Rosją. Po raz pierwszy od 1972 roku, czyli od czasów zimnej wojny, dwie największe potęgi nuklearne nie mają żadnych wiążących limitów na swoje arsenały.

Konsekwencje tego faktu są daleko idące. Co prawda, jak zauważają eksperci, Rosja wycofała się z aktywnego uczestnictwa w traktacie już w 2023 roku, ale jego formalne wygaśnięcie zamyka pewną epokę i otwiera drzwi do nieograniczonego wyścigu zbrojeń. Zarówno USA, jak i Rosja, a także Chiny, od lat przygotowywały się na taki scenariusz. Amerykański budżet na rok fiskalny 2026 znacząco zwiększa nakłady na projektowanie i produkcję nowych głowic. Rosja kontynuuje testy nowych systemów, takich jak pocisk manewrujący Burevestnik o napędzie atomowym czy torpeda Posejdon.

Chiny, trzeci gracz w tej rozgrywce, w ciągu ostatniej dekady ponad podwoiły swój arsenał, z około 260 głowic w 2015 roku do około 600 w 2025 . Choć to wciąż znacznie mniej niż amerykańskie 5177 czy rosyjskie 5459, tempo wzrostu i brak przejrzystości budzą niepokój. Eksperci ostrzegają, że jeśli obecne trendy się utrzymają, w ciągu najbliższych lat możemy być świadkami nie tylko rozbudowy arsenałów, ale także wznowienia testów jądrowych, co byłoby złamaniem trwającego od blisko 30 lat moratorium i ostatecznym pogrzebaniem systemu kontroli zbrojeń.

Kryzys zaufania i dyskusje w państwach sojuszniczych

W tym napiętym kontekście geopolitycznym, dochodzi jeszcze jeden czynnik, który bezpośrednio wpływa na debatę w Polsce. Chodzi o malejące zaufanie do wiarygodności amerykańskiego parasola nuklearnego. Administracja Donalda Trumpa, która rozpoczęła drugą kadencję w 2025 roku, wielokrotnie dawała do zrozumienia, że Europa musi wziąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Prezydent Trump otwarcie nazywał sojuszników pasożytami i kwestionował sens użycia amerykańskiej broni jądrowej w ich obronie.

Te sygnały nie pozostały bez echa. W Niemczech, gdzie od 1983 roku stacjonuje około 20 amerykańskich bomb B61 w bazie Büchel, przyszły kanclerz Friedrich Merz zainicjował publiczną debatę na temat tego, czy bezpieczeństwo kraju nie powinno oprzeć się na francuskim lub brytyjskim parasolu, a nawet czy Niemcy nie powinny rozważyć własnej broni jądrowej. We Francji prezydent Emmanuel Macron zadeklarował gotowość do dyskusji o rozszerzeniu ochrony francuskiego arsenału na europejskich sojuszników.

W Szwecji, która dopiero co wstąpiła do NATO, główne gazety apelują o poważną dyskusję na temat wspólnego nordyckiego arsenału jądrowego, argumentując, że nikt nie chce rozmawiać o szwedzkiej bombie, ale musimy to zrobić. W Azji Południowa Korea i Japonia, tradycyjnie polegające na amerykańskiej osłonie, również prowadzą zakulisowe debaty na ten temat, a Korea Południowa, dysponująca jedną z najgęstszych sieci reaktorów cywilnych na świecie, ma techniczną zdolność do zbudowania broni w ciągu kilku miesięcy, jeśli zapadnie taka decyzja.

Polska debata na tle światowych trendów

W tym właśnie punkcie, na przecięciu wygasającego systemu kontroli zbrojeń, rosnącego napięcia międzynarodowego i malejącego zaufania do amerykańskich gwarancji, lokuje się polska debata o broni jądrowej. W lutym 2026 roku premier Donald Tusk zasugerował, że Polska powinna rozważyć pozyskanie własnej broni jądrowej lub przynajmniej przyjęcie na swoim terytorium francuskich głowic.

Eksperci i byli ministrowie obrony studzą jednak te polityczne zapędy. Jak zauważa Janusz Onyszkiewicz, były szef MON, propozycje te są „zdecydowanie czysto hipotetyczne i nieodpowiednie do obecnej sytuacji”. Samo zbudowanie własnej bomby zajęłoby Polsce dekady, wymagałoby gigantycznych nakładów finansowych, a przede wszystkim oznaczałoby wycofanie się z NPT i postawienie się poza międzynarodowym systemem, co pociągnęłoby za sobą sankcje i izolację.

Mimo to, jak pokazuje najnowszy sondaż IBRiS dla Radia ZET, przeprowadzony w dniach 27-28 lutego 2026 roku na reprezentatywnej próbie 1073 osób, polskie społeczeństwo zaczyna myśleć o tej kwestii w sposób dotąd niespotykany. Po raz pierwszy w historii badań opinii publicznej w Polsce większość obywateli opowiedziała się za pozyskaniem przez nasz kraj broni jądrowej. Dokładnie 50,9 procent respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie o to, czy Polska powinna pozyskać broń jądrową. W tej grupie 20,9 procent wybrało odpowiedź „zdecydowanie tak”, a 30 procent „raczej tak”. Przeciwnego zdania było 38,6 procent badanych, z czego 23,5 procent odpowiedziało „raczej nie”, a 15,1 procent „zdecydowanie nie”. 10,5 procent Polaków nie miało wyrobionego zdania w tej sprawie.

Analiza wyników z podziałem na płeć pokazuje, że odsetek kobiet i mężczyzn popierających broń jądrową jest identyczny i wynosi dokładnie 51 procent w obu grupach. Różnice pojawiają się natomiast w grupie przeciwników, gdzie mężczyźni są częściej zdecydowanie przeciwni niż kobiety. Największe różnice widać jednak przy analizie preferencji partyjnych. Najwyższe poparcie odnotowano wśród wyborców Konfederacji, gdzie 79 procent opowiedziało się za bronią jądrową. Na drugim miejscu plasują się wyborcy PiS z 65 procentami poparcia. Zaskakująco wysoki wynik, bo 54 procent, odnotowano wśród wyborców Nowej Lewicy. Niższe poparcie, na poziomie 40 procent, wykazali zwolennicy Trzeciej Drogi, a najniższe, bo zaledwie 35 procent, wyborcy Koalicji Obywatelskiej.

Te wyniki pokazują, że choć politycy i eksperci studzą emocje i wskazują na techniczne i prawne przeszkody, społeczeństwo w swojej masie zaczyna postrzegać broń jądrową jako realną odpowiedź na rosnące zagrożenie i malejące zaufanie do sojuszników. To zjawisko, które jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, dziś staje się faktem społecznym, który politycy, niezależnie od własnych poglądów, będą musieli wziąć pod uwagę. Czy przełoży się to na realne decyzje w sprawie włączenia Polski do programów nuklearnego odstraszania, czy pozostanie jedynie wyrazem frustracji i lęku w obliczu coraz bardziej niepewnego świata? Odpowiedź na to pytanie nie jest dziś znana, ale jedno jest pewne: debata, która rozgorzała w Polsce na początku 2026 roku, nie jest chwilową modą, lecz odbiciem głębokich procesów zachodzących w globalnym systemie bezpieczeństwa.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu