Czy stać nas na utrzymanie węgla? Rachunek, który zwala z nóg

Górnictwo stoi na skraju finansowej przepaści – według związków zawodowych już w połowie 2026 spółkom węglowym może zabraknąć pieniędzy na pensje. Budżet przewiduje 5,5 mld zł wsparcia, ale realne potrzeby sięgają 10,7 mld. Luka 5-6 mld zł grozi paraliżem sektora. Tymczasem analizy AGH pokazują, że lądowa energetyka wiatrowa ma dziś niższy koszt wytwarzania energii niż węgiel – nawet bez uwzględniania cen CO₂. Pytanie nie brzmi „czy stać nas na odejście od węgla”, ale „czy stać nas na jego utrzymanie”.

  • Związki zawodowe ostrzegają, że od lipca 2026 spółkom węglowym może zabraknąć pieniędzy na pensje i podstawową działalność. Budżet państwa przewiduje 5,5 mld zł wsparcia, ale realne potrzeby sięgają 10,7 mld zł. Po odjęciu kosztów zamykania kopalń i programów osłonowych (ok. 2 mld) efektywna pomoc spada do 3,5 mld, pozostawiając lukę finansową rzędu 5-6 mld zł. To nie prognoza, ale realny rachunek, który już dziś ciąży na budżecie.
  • Naukowcy z AGH opublikowali w marcu 2026 szczegółową analizę ekonomiczną, która jednoznacznie wskazuje, że lądowa energetyka wiatrowa ma najniższy poziomowany koszt energii (LCOE) i najkrótszy okres zwrotu spośród wszystkich technologii wytwórczych. Co kluczowe, wyprzedza węgiel nawet bez uwzględniania kosztów emisji CO₂. Fotowoltaika wypada nieco gorzej, ale wciąż jest konkurencyjna. To dowód, że OZE są dziś tańsze od węgla na czysto rynkowych zasadach, bez subsydiów.
  • Nowelizacja Prawa energetycznego z stycznia 2026 ma odblokować rozwój OZE poprzez skrócenie ważności warunków przyłączenia do 12 miesięcy i zwiększenie transparentności procesów. Równolegle aktualizowany Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu zakłada, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej ma osiągnąć 51,6-53,2 proc. W ciepłownictwie ma to być 32-36 proc., a system aukcyjny dla biometanowni (pierwsze aukcje w 2026) ma umożliwić powstanie 53 instalacji do 2030.

Gdy Bogusław Ziętek, szef związku zawodowego Sierpień 80, ostrzega, że od lipca 2026 roku spółkom węglowym może zabraknąć pieniędzy na pensje i podstawową działalność, nie mówi tego jako polityk, ale jako ktoś, kto widzi realne wyliczenia. Skala problemu jest prosta: budżet państwa na 2026 rok przewiduje wprawdzie 5,5 miliarda złotych wsparcia dla sektora, ale realne potrzeby sięgają blisko 10,7 miliarda. Do tego dochodzą dodatkowe 2 miliardy wymagane na zamykanie kopalń i programy dobrowolnych odejść. Jeśli te koszty odjąć od ogólnej puli, efektywna pomoc państwa spada do 3,5 miliarda, pozostawiając lukę finansową rzędu 5-6 miliardów.

To nie jest abstrakcyjna dyskusja o przyszłości – to realny rachunek, który już dziś ciąży na budżecie państwa. I co ważne, te pieniądze nie idą na inwestycje, rozwój czy modernizację. Idą na podtrzymywanie przy życiu nierentownych aktywów, na pensje dla górników, na dopłaty do wydobycia, które i tak nie jest w stanie konkurować z importem czy odnawialnymi źródłami. Z każdym rokiem ta kwota będzie rosła, bo kopalnie są coraz głębsze, coraz droższe w eksploatacji, a węgiel coraz trudniej sprzedać na rynku, który nie chce płacić za emisje.

W grudniu 2025 roku prezydent podpisał nowelizację ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego, która weszła w życie 1 stycznia 2026 roku. Ustawa organizuje proces wygaszania wydobycia, wzmacnia ochronę pracowników i wprowadza nowe zasady zamykania kopalń. Ale jednocześnie zwiększa limity wydatków budżetowych na lata 2026-2027 – w tym roku o prawie 10 milionów, a w przyszłym o blisko 39 milionów. To kropla w morzu potrzeb, ale symptomatyczna: państwo dokłada, bo musi, bo bez tego system by się zawalił.

Źródło: Industry Alarm

Ile kosztują nowe źródła?

Gdyby transformacja energetyczna była tylko kosztem, dyskusja mogłaby być krótka. Ale naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie opublikowali w marcu 2026 roku szczegółową analizę ekonomiczną, która pokazuje, że to także zysk – i to niemały. Zastosowali trzy metody wyceny: wartość bieżącą netto (NPV), wewnętrzną stopę zwrotu (IRR) oraz poziomowany koszt energii (LCOE). Wnioski są jednoznaczne.

Lądowa energetyka wiatrowa wypada w tych analizach najlepiej. Ma najniższy poziomowany koszt energii i najkrótszy okres zwrotu z inwestycji. To oznacza, że każda złotówka zainwestowana w wiatraki na lądzie zwraca się szybciej niż w jakąkolwiek inną technologię wytwórczą – i to bez subsydiów, bez specjalnych preferencji, po prostu na czysto rynkowych zasadach. Fotowoltaika, choć w ostatnich latach przeżyła w Polsce spektakularny rozwój, w analizach AGH wypada nieco gorzej – jej rentowność w analizowanych warunkach jest niższa.

Co ważne, badacze z AGH podkreślają, że energetyka jądrowa może pełnić rolę stabilnego, komplementarnego źródła wobec zmiennych OZE . To nie jest konkurencja, ale uzupełnienie – wiatr i słońce dostarczają taniej energii, gdy warunki są dobre, atom zapewnia stabilne podstawy, gdy ich brak.

Ale najważniejszy wniosek płynie z samej metodyki. Koszty transformacji trzeba liczyć nie w kategoriach wydatków, ale w kategoriach inwestycji. To nie jest pieniądz wyrzucony w błoto – to pieniądz ulokowany w aktywach, które przez lata będą produkować tanią energię, uniezależniając nas od importu paliw i chroniąc przed zmiennością cen na światowych rynkach.

Przyłącza, sieci i biurokracja, czyli gdzie wciąż tkwią bariery

Mimo ekonomicznych przesłanek, transformacja w Polsce wciąż idzie wolniej, niż powinna. Powód nie leży w kosztach technologii, ale w kosztach administracyjnych i sieciowych. W styczniu 2026 roku Rada Ministrów przyjęła długo wyczekiwaną nowelizację Prawa energetycznego, która ma odblokować proces przyłączania nowych źródeł do sieci. To kluczowa zmiana, bo dotąd to właśnie odmowy przyłączenia były największą barierą rozwoju OZE.

Nowe przepisy skracają ważność warunków przyłączenia z 24 do 12 miesięcy, wprowadzają opłaty za złożenie wniosku, ale przede wszystkim nakazują operatorom prowadzenie publicznych platform informacyjnych z danymi o dostępnych mocach i statusie wniosków. To ma zwiększyć transparentność i wyeliminować patologię, w której inwestorzy miesiącami czekali na odpowiedź, nie mogąc ruszyć z projektem.

Równolegle aktualizowany Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu zakłada, że do 2030 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej ma osiągnąć 51,6-53,2 procent. To ambitne cele, ale realne, jeśli tylko uda się usunąć bariery. W ciepłownictwie udział OZE ma być niższy, 32-36 procent, co pokazuje, że sektor ten wciąż czeka na swoją rewolucję.

Warto też wspomnieć o biogazie, który wreszcie doczekał się systemu wsparcia. Nowelizacja wprowadza system aukcyjny dla biometanowni powyżej 1 MW, dzieląc je na dwie kategorie mocy. Pierwsze aukcje mają się odbyć jeszcze w 2026 roku, a do 2030 roku wsparcie ma umożliwić powstanie 53 biometanowni. To uzupełnienie miksu, które ma sens szczególnie na terenach wiejskich, gdzie odpady rolnicze mogą stać się paliwem.

Czy nas stać?

Próba oszacowania całościowych kosztów transformacji polskiej energetyki to zadanie karkołomne, ale pewne punkty zaczepienia już mamy. Z jednej strony mamy koszty utrzymania górnictwa, które rosną z roku na rok i sięgają już kilkunastu miliardów złotych rocznie. Z drugiej strony mamy koszty inwestycji w nowe moce – według różnych szacunków idące w setki miliardów złotych w perspektywie najbliższych dwóch dekad.

Kluczowe jest jednak to, że te drugie są inwestycjami, które będą przynosić zwrot. Elektrownia węglowa po 40-50 latach eksploatacji jest w zasadzie bezwartościowa, a często wymaga jeszcze kosztownej likwidacji. Farma wiatrowa czy fotowoltaiczna po tym samym okresie może być zastąpiona nowszą, ale grunt, na którym stoi, przyłącze, które ma, infrastruktura – to wszystko pozostaje i może służyć przez kolejne dekady.

Do tego dochodzi kwestia cen uprawnień do emisji CO₂, które w 2026 roku utrzymują się na poziomie uniemożliwiającym ekonomicznie uzasadnioną pracę elektrowni węglowych. To nie jest kwestia polityki, ale rynku – koszty emisji są realnym wydatkiem, który obciąża każdą wyprodukowaną megawatogodzinę. Im dłużej zwlekamy z odejściem od węgla, tym więcej pieniędzy tracimy na opłacanie emisji, które mogłyby być zainwestowane w nowe, czyste źródła.

Czy Polskę stać na odejście od węgla? Odpowiedź brzmi: tak, ale pod pewnymi warunkami. Stać nas, bo alternatywą jest jeszcze wyższy rachunek – za utrzymanie nierentownych kopalń, za emisje CO₂, za import energii, gdy zabraknie własnych mocy. Stać nas, bo technologia OZE jest dziś tańsza od węgla i będzie tanieć, a nie drożeć. Stać nas, bo fundusze unijne, w tym te z KPO i nowej perspektywy, są dostępne właśnie na transformację, a nie na podtrzymywanie starego systemu.

Ale pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, potrzebujemy sprawnego systemu przyłączeń i rozwoju sieci – bez tego nawet najlepsze projekty pozostaną na papierze. Po drugie, potrzebujemy stabilności prawa – branża OZE ma za sobą traumatyczne doświadczenia zmiany zasad gry w trakcie meczu. Po trzecie, potrzebujemy mądrej polityki społecznej dla regionów górniczych – bez niej transformacja będzie rodzić opór, który spowolni cały proces.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska, aktualizując KPEiK, zakłada dwa scenariusze – zrównoważony (WEM) i przyspieszony (WAM) . Ten drugi, aktywny, zakłada wdrażanie nowych instrumentów polityki klimatyczno-energetycznej, wykraczających poza obecnie obowiązujące, by przyspieszyć rozwój, poprawić konkurencyjność gospodarki i stopniowo zmierzać w kierunku neutralności klimatycznej . To właśnie ten scenariusz daje odpowiedź na pytanie „czy nas stać”. Stać nas, pod warunkiem że będziemy działać aktywnie, a nie tylko reagować na bieżące kryzysy.

Fot. Unsplash

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu