Po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran i śmierci przywódców, nowe władze w Teheranie od 1 marca rozpoczęły uderzenia na instalacje energetyczne i terminale w Zatoce Perskiej. Cieśnina Ormuz została zamknięta, a eksport ropy z Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Iraku i ZEA stanął pod znakiem zapytania. Łącznie blokada obejmuje 14-15 mln baryłek dziennie. Kto zyska, a kto straci na geopolitycznym trzęsieniu ziemi? Analiza bilansu dla światowej gospodarki.
- Irak traci około 196 mln dolarów dziennie przychodów z ropy i kondensatów (3,3 mln baryłek dziennie). Część tej kwoty to jednak strata koncernów eksploatujących złoża, a nie samego państwa. Irak importuje też 10-15 proc. energii elektrycznej z Iranu, co w obliczu kryzysu może być dodatkowym problemem.
- Kuwejt eksportuje 1,5 mln baryłek dziennie wyłącznie przez cieśninę Ormuz, a jednocześnie potrzebuje importu LNG (poza zimą) do produkcji prądu. Bez dostaw gazu i zablokowany eksport to podwójny cios.
- Arabia Saudyjska eksportuje 7 mln baryłek dziennie, ale tylko 11 proc. idzie przez porty nad Morzem Czerwonym (Yanbu/Jeddah). Reszta (5,7 mln) płynie przez Ormuz. Uszkodzenie terminalu Ras Tanura i ograniczenia przepustowości rurociągu transarabskiego sprawiają, że zastąpienie tych wolumenów jest praktycznie niemożliwe bez ogromnych inwestycji. Dodatkowo spadek wydobycia ropy oznacza mniej gazu towarzyszącego, a więc i mniej prądu – w regionie, gdzie większość wody pitnej pochodzi z odsalania.
- ZEA eksportują przez Ormuz 2,1 mln baryłek dziennie, a tylko 1,1 mln płynie rurociągiem przez Oman. Blokada oznacza utratę większości eksportu. Katar traci 0,8 mln baryłek ropy dziennie i LNG z terminali Ras Laffan i Mesaieed. Bahrajn – 0,14 mln baryłek.
- Kto zarobi? Przede wszystkim producenci ropy w USA (12 mln baryłek dziennie) – przy wzroście ceny z 61 do 79 USD zyskują dodatkowe 210 mln USD dziennie. Wzrost cen gazu w Europie (powyżej 50 euro za MWh) to szansa dla amerykańskich terminali LNG. Przegranymi będą europejskie gałęzie energochłonne – nawozy (Grupa Azoty wstrzymała nowe zamówienia), stal, benzyny. Długoterminowo, jeśli cieśnina pozostanie zamknięta, ceny ropy mogą sięgnąć 120-130 USD, co oznacza ostre hamowanie światowej gospodarki.
Gdy w poniedziałek 2 marca firma Platts, światowy lider w dostarczaniu informacji o rynkach surowcowych, podjęła decyzję o zaprzestaniu publikacji ofert na jakąkolwiek ropę z Zatoki Perskiej, a także na gaz LNG z Kataru i z nowej instalacji LNG w Abu Dhabi, stało się jasne, że mamy do czynienia z kryzysem na niespotykaną od dziesięcioleci skalę. Rynek oszalał, ceny poszybowały w górę, a armatorzy i ubezpieczyciele wstrzymali ruch tankowców przez 50-kilometrowy przesmyk, który jest jednym z najważniejszych punktów zapalnych światowej gospodarki.
Iran nie musiał nawet fizycznie blokować cieśniny swoją marynarką wojenną. Wystarczyły ataki na instalacje w krajach sąsiednich, by stawki ubezpieczeniowe poszybowały w kosmos, a kapitanowie tankowców odmówili wypłynięcia w rejs. Do tego doszły bezpośrednie trafienia w infrastrukturę Kataru, który ogłosił siłę wyższą i wstrzymał produkcję LNG w swoich największych zakładach. Efekt? Świat stanął w obliczu nagłego zniknięcia z rynku milionów baryłek ropy i dziesiątek milionów ton skroplonego gazu, a to dopiero początek, bo skutki wtórne dopiero zaczynają być odczuwalne.
Kto straci najbardziej, czyli Bliski Wschód pod wodą i bez prądu
Analitycy arabscy zwrócili uwagę na jeden kluczowy problem, który w pierwszych dniach kryzysu umknął uwadze komentatorów. Większość wody pitnej w regionie Zatoki Perskiej pochodzi z odsalania, a to wymaga ogromnych ilości energii elektrycznej. Największa instalacja odsalania w Jubailah nad Zatoką Perską dostarcza 90 procent wody dla Rijadu, stolicy Arabii Saudyjskiej. Bez prądu nie ma wody, bez wody nie ma życia w mieście liczącym kilka milionów mieszkańców. To nie jest abstrakcyjne ryzyko, ale realne zagrożenie, które może doprowadzić do eksplozji społecznej w ciągu kilku tygodni.
Do tego dochodzi kwestia żywności. Wszystkie kraje Zatoki Perskiej są mocno uzależnione od importu towarów powszechnego użytku oraz produktów żywnościowych. Tylko Irak jest częściowo samowystarczalny, dysponując własnymi uprawami pomidorów, daktyli i hodowlą, a także możliwością sprowadzania towarów od północy, na przykład z Turcji. Arabia Saudyjska może utrzymać import przez zachodnie wybrzeże, ale to zaspokaja zaledwie 50 procent jej potrzeb. Dłuższe zamknięcie cieśniny Ormuz oznaczałoby poważne napięcia społeczne w całym regionie, bo brak wody i żywności to iskra, która może wzniecić pożar na niespotykaną skalę.
Przyjrzyjmy się poszczególnym krajom. Irak, który w styczniu 2026 roku eksportował 107,6 miliona baryłek ropy i kondensatów, z czego tylko 6,2 miliona płynęło przez granicę z Turcją do portu Ceyhan, resztę wysyłał przez Zatokę. Wstrzymanie eksportu przez Ormuz to dla Iraku dzienna utrata około 196 milionów dolarów przychodów z 3,3 miliona baryłek. Oczywiście część tej kwoty to koszty inwestycji ponoszone przez koncerny naftowe, ale dla budżetu państwa to dramatyczny cios.
Kuwejt produkuje 2,58 miliona baryłek dziennie, z czego nowoczesna rafineria Al-Zour i inne zakłady zużywają 1,08 miliona, a pozostałe 1,5 miliona trafia na eksport wyłącznie przez cieśninę. Kuwejt potrzebuje jednocześnie gazu LNG, zwłaszcza poza okresem zimy, bo jako jedyny w regionie nie ma go dość z ropy, by pokryć zapotrzebowanie na prąd. Bez dostaw gazu i bez wpływów z ropy kraj ten stanie w obliczu podwójnego kryzysu.
Arabia Saudyjska, największy producent w regionie, eksportuje 7 milionów baryłek dziennie, ale tylko 11 procent idzie przez porty na Morzu Czerwonym w Yanbu i Jeddah. Reszta, czyli około 6,2 miliona baryłek, płynie przez Ormuz. Do tego dochodzi 3 miliony baryłek dziennie zużywanych na własne potrzeby, w tym do produkcji paliw, chemikaliów i polimerów, oraz około 90 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie na produkcję prądu i odsalanie wody. Problem w tym, że około 35-45 procent gazu w Arabii Saudyjskiej jest produktem ubocznym wydobycia ropy. Jeśli wydobycie ropy spadnie, spadnie też produkcja gazu, a wraz z nią produkcja prądu. Iranowi udało się przy tym uszkodzić terminal Ras Tanura, który teoretycznie może eksportować 6 milionów baryłek dziennie, ale realnie wykorzystanie było na poziomie 5,8 miliona. Port Yanbu od strony Morza Czerwonego jest zależny od pompowania rurociągiem przez cały kraj, a jego maksymalny eksport to obecnie 0,8 miliona baryłek dziennie. Teoretycznie przepustowość rurociągu sięga 5 milionów baryłek, ale po drodze 1,8 miliona zużywają rafinerie wewnątrz kraju, a podniesienie eksportu wymagałoby dodatkowych inwestycji w pompownie i urządzenia załadunkowe.
Zjednoczone Emiraty Arabskie eksportują przez Ormuz około 2,1 miliona baryłek dziennie, a pozostałe 1,1 miliona pompują rurociągiem przez Oman na drugą stronę cieśniny. Ten rurociąg ma dodatkową przepustowość około 1 miliona baryłek, ale nie była ona wykorzystywana, więc Emiraty stracą na razie 2,1 miliona baryłek dziennie, a potem być może uda im się odzyskać część tego wolumenu. Katar, poza gazem, eksportuje jeszcze 0,8 miliona baryłek ropy dziennie przez cieśninę, a Bahrajn kolejne 0,14 miliona. Łącznie eksport państw Zatoki, nie licząc samego Iranu, to 14-15 milionów baryłek dziennie, które zniknęły z rynku w ciągu kilku dni.
Kto na tym zarobi, czyli amerykański sen o energetycznej dominacji
W tym czarnym scenariuszu dla Bliskiego Wschodu są też tacy, którzy zacierają ręce. Przede wszystkim amerykańscy producenci ropy i gazu. Eksport ropy z USA to około 12 milionów baryłek dziennie, a wzrost ceny z poziomu 61-62 dolarów za baryłkę sprzed kryzysu do około 79 dolarów w pierwszych dniach marca oznacza dodatkowe 210 milionów dolarów dziennie dla producentów w Luizjanie, Teksasie i innych stanach. To zastrzyk gotówki, który może napędzić kolejne inwestycje w łupkach i infrastrukturze eksportowej.
Analitycy przewidują jednak, że 79-80 dolarów za baryłkę to tylko cena przejściowa. Graczem, który w ostatnich latach zbijał ceny ropy, był Irak, którego 3,3 miliona baryłek dziennie zastąpiło na rynkach zachodnich rosyjską ropę po inwazji na Ukrainę. Do tego nowe inwestycje offshore w Afryce zbiły cenę do około 58-60 dolarów. Jeśli cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta na dłużej, brak irackiej i saudyjskiej ropy na rynku winduje ceny spokojnie do 120-130 dolarów za baryłkę. To oznaczałoby ostre hamowanie gospodarki światowej, ale dla amerykańskich koncernów naftowych to czysty zysk.
Jeszcze większe zyski czekają amerykańskich eksporterów LNG. Wstrzymanie eksportu przez Katar to doskonała wiadomość dla oczekujących na finansowanie nowych terminali eksportowych na południu USA. Ceny gazu w Europie po raz pierwszy od dwóch lat przebiły 50 euro za megawatogodzinę, a dalszy wzrost to wspaniała informacja dla konkurentów Unii Europejskiej na rynkach światowych. Europa będzie musiała zwiększyć zakupy ropy i gazu w USA, o co od samego początku zabiega obecna administracja amerykańska, która od dawna naciska na europejskich sojuszników, by uniezależnili się od dostaw z Bliskiego Wschodu i Rosji na rzecz amerykańskich surowców.
Europa w potrzasku, czyli droga energia i wygaszanie przemysłu
Dla Europy skutki kryzysu są jednoznacznie negatywne. Wzrost cen gazu do poziomu ponad 50 euro za megawatogodzinę oznacza natychmiastowe pogorszenie konkurencyjności europejskiego przemysłu. Szczególnie boleśnie odczują to branże energochłonne, takie jak produkcja nawozów, stali czy chemikaliów. Już w pierwszych dniach marca Grupa Azoty, jeden z największych producentów nawozów w Europie, wstrzymała przyjmowanie nowych zamówień, nie będąc w stanie oszacować, po jakich cenach będzie mogła oferować swoje produkty w nadchodzących tygodniach. To zwiastun tego, co czeka całą europejską gospodarkę, jeśli kryzys będzie się przedłużał.
Do tego dochodzi kwestia dostaw samej ropy. Warto zadać pytanie, czy Arabia Saudyjska przy dłuższej przerwie w eksporcie przez Ormuz będzie w ogóle w stanie dostarczyć swój udział ropy do rafinerii w Gdańsku. Nawet jeśli teoretycznie istnieje możliwość przekierowania części dostaw przez porty na Morzu Czerwonym, to infrastruktura po stronie saudyjskiej jest niewystarczająca, by zastąpić utracony wolumen, a dodatkowe inwestycje wymagają czasu, którego Europa nie ma.
Polska, podobnie jak inne kraje Unii, jest w tej chwili zakładnikiem sytuacji, na którą nie ma żadnego wpływu. Nie dysponujemy wystarczającymi magazynami gazu, co wreszcie z wieloletnim opóźnieniem przyznał operator tych magazynów. To, co dzieje się w Zatoce Perskiej, wymaga przemyślenia, czy nadal nasz operator chce zamawiać kolejne, coraz droższe obiekty gazowe dla energetyki, czy może należy powiedzieć stop i skierować środki na inne, bardziej niezawodne źródła energii.
Iran, czyli przeciwnik, który nie odpuszcza i ma plan
Administracja USA najwyraźniej nie wzięła pod uwagę jednego kluczowego czynnika: Iran wbrew pozorom ma bardzo rozproszony system władzy. W teorii najwyższą władzę miał zabity przywódca religijny Ali Chamenei, ale realna władza była i jest w rękach kilkunastu ajatollahów i 12 sędziów islamskich. To oni decydują o wszystkich aspektach życia w tym kraju i nominują najwyższych dowódców armii. Zabicie wierchuszki reżimu w tego typu kraju nie jest skuteczne, czego przykładem może być Irak, gdzie po obaleniu Saddama Husajna walki trwały latami, a amerykańska administracja ugrzęzła w bagnie na ponad dekadę.
Nowi irańscy przywódcy wcale nie zamierzają się poddać. Widać wyraźnie, że będą walczyć tak długo, aż zmuszą USA do wycofania się i ogłoszą zwycięstwo. Jeśli Iran posiada wystarczającą ilość dronów, a wszystko na to wskazuje, to za kilka tygodni, gdy USA i Izraelowi zabraknie rakiet, będzie mógł o wiele łatwiej atakować cele energetyczne i terminale dookoła. Armia irańska szybko otrząśnie się po pierwszych porażkach, a gwardia rewolucyjna dopilnuje, by walczyli. Czynnik religijny w tym kraju jest o wiele silniejszy niż w krajach arabskich, co dodatkowo komplikuje sytuację.
Ten konflikt może zakończyć się tym, że po 3-7 tygodniach bombardowań USA po prostu zabraknie bomb i rakiet przeciwlotniczych, a Iran wciąż będzie atakował. To scenariusz, którego nikt w Waszyngtonie nie brał pod uwagę, a który staje się coraz bardziej realny z każdym dniem przedłużającego się kryzysu.
Lekcja dla Polski, czyli magazyny, kontrakty i własne złoża
Wiele zależy też od struktury kontraktów na ropę i od tego, jakie są w nich kary umowne. Dobre kontrakty mamy tylko wtedy, gdy dysponujemy magazynami na wypadek wielomiesięcznych przerw w dostawach i mamy sami wybór negocjacji z różnymi dostawcami. Co najważniejsze, znaczna część kontraktów powinna opierać się także na prawie własności złóż lub bycia ich operatorem. To daje realną kontrolę nad łańcuchem dostaw, a nie tylko uzależnienie od pośredników i spekulantów.
Polska nie ma wystarczających magazynów gazu, co wreszcie zostało przyznane z wieloletnim opóźnieniem przez operatora systemu przesyłowego. To, co dzieje się w Zatoce Perskiej, wymaga fundamentalnego przemyślenia polityki energetycznej państwa. Czy nadal chcemy inwestować miliardy złotych w kolejne terminale i rurociągi uzależniające nas od dostaw z niestabilnych regionów, czy może należy powiedzieć stop i skierować środki na rozwój własnych, odnawialnych źródeł energii, magazynów i oszczędność?
Kryzys w Iranie pokazuje bezlitośnie, że bezpieczeństwo energetyczne to nie tylko kwestia dywersyfikacji kierunków dostaw, ale przede wszystkim posiadania rezerw i własnych mocy wytwórczych. W momencie gdy z rynku znika 15 milionów baryłek dziennie, nawet najbardziej zdywersyfikowany portfel kontraktów nie ochroni nas przed wzrostem cen i koniecznością szukania alternatyw na globalnym rynku, na którym popyt nagle przewyższa podaż. To gorzka lekcja, której cena dopiero zaczyna być naliczana.
Fot. Belga News Agency

