Geopolityka dyktuje warunki na polskim rynku pracy

Główny Urząd Statystyczny opublikował we wtorek najnowsze dane o bezrobociu, które wysyłają niepokojące sygnały o kondycji polskiej gospodarki. Stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła w lutym 2026 roku do 6,1 proc. z 6 proc. w styczniu, co oznacza dziewiąty miesiąc z rzędu wzrostu tego wskaźnika. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wyniosła w lutym 954,9 tys. wobec 934,1 tys. miesiąc wcześniej, co oznacza przyrost o ponad 20 tys. osób w ciągu jednego miesiąca. W skali roku bezrobocie wzrosło o 0,6 pkt proc. – w lutym 2025 roku wynosiło 5,5 proc. Od początku czarnej serii, czyli od maja 2025 do lutego 2026 r., stopa bezrobocia wzrosła o 1,1 pkt proc., a bezrobotnych przybyło 173,4 tys.

  • Luty przyniósł wzrost liczby bezrobotnych o ponad 20 tys. osób – do 954,9 tys. – przy jednoczesnym lawinowym spadku nowych ofert pracy, których zgłoszono zaledwie 31,7 tys. wobec 53,5 tys. rok wcześniej. Jak wskazuje Mariusz Zielonka z Konfederacji Lewiatan, firmy nie przeprowadzają masowych zwolnień, lecz stosują strategię cichego hamowania: blokują budżety rekrutacyjne i wygaszają najmniej produktywne wakaty. Dla osób młodych i szukających zmiany pracy oznacza to fizyczny brak możliwości wejścia na rynek.
  • Za sytuacją na rynku pracy stoją czynniki strukturalne i geopolityczne. Przemysł – jak podkreśla Zielonka – został zderzony z wstrząsami logistycznymi i przedłużającą się zadyszką popytu na Zachodzie, co wymusiło przejście w tryb głębokiej stagnacji. Firmy tam, gdzie to możliwe, zaczynają automatyzować procesy produkcyjne, porzucając model oparty na dokładaniu rąk do pracy na rzecz wzrostu produktywności. To proces dojrzewania gospodarki, którego koszty w krótkim terminie ponoszą przede wszystkim osoby poszukujące zatrudnienia.
  • Kolejne dane potwierdzają zróżnicowaną kondycję poszczególnych sektorów. Produkcja budowlano-montażowa spadła w lutym o 13,7 proc. rok do roku, co jest kontynuacją styczniowego trendu spadku rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń. Z kolei handel detaliczny wzrósł o 5 proc., a sprzedaż paliw – o ponad 10 proc., co ekonomiści tłumaczą tankowaniem na zapas przed spodziewanymi podwyżkami. Jednak wybuch wojny w Iranie sprawia, że efekt tańszych paliw zaniknie w marcu, a wyższe ceny surowców przełożą się na presję inflacyjną i koszty transportu.

Jednak najbardziej alarmującym sygnałem jest lawinowy spadek ofert pracy. W lutym zgłoszono do urzędów tylko 31,7 tys. nowych ofert, podczas gdy rok temu było ich 53,5 tys. To spadek o ponad 40 proc. rok do roku. To nie są już wahania sezonowe ani korekta po pandemicznym boomie. To sygnał, że firmy przestały szukać pracowników – nie tylko nie tworzą nowych miejsc pracy, ale też nie uzupełniają tych, które się zwalniają.

Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan, nie pozostawia złudzeń co do interpretacji tych danych. Jego zdaniem to bezpośrednie odzwierciedlenie optymalizacji kosztów stałych, która przetacza się przez gospodarkę.

– Lutowe dane z rynku pracy wysyłają sygnały, których nie powinniśmy bagatelizować. Mimo że ankietowe dane Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności nie dają sygnałów aż takiego pogorszenia, to rynek pracy zaczyna odczuwać skutki geopolitycznych zawirowań i szybkiego procesu dostosowawczego polskiej gospodarki – podkreśla Zielonka.

Zapisz się do newslettera!

Ciche hamowanie. Firmy nie zwalniają masowo, ale nie zatrudniają

Firmy – jak wskazuje ekspert – nie przeprowadzają na razie masowych zwolnień grupowych, które byłyby głośne i łatwe do policzenia. Zamiast tego stosują strategię cichego hamowania: blokują budżety rekrutacyjne i wygaszają najmniej produktywne wakaty. To tłumaczy paradoksalną sytuację, w której bezrobocie rośnie stosunkowo wolno, ale ofert pracy jest dramatycznie mało. Dla osób młodych i szukających zmiany pracy to sytuacja groźniejsza niż sam wzrost bezrobocia – oznacza fizyczny brak możliwości wejścia na rynek.

Diagnoza Zielonki co do kondycji polskiego przemysłu jest jednoznaczna: przemysł zderzony z geopolitycznymi wstrząsami logistycznymi i przedłużającą się zadyszką popytu na Zachodzie przeszedł w tryb głębokiej stagnacji. Zarządy firm blokują budżety rekrutacyjne i wygaszają najmniej produktywne wakaty. Biznes tam, gdzie można, zaczyna automatyzować procesy produkcyjne i jednocześnie próbuje spełniać oczekiwania płacowe bez pokrycia w rosnącej rentowności.

Przemysł w stagnacji. Automatyzacja zamiast zatrudniania

To nie jest klasyczny kryzys w rozumieniu gwałtownego załamania. Zielonka podkreśla, że polska gospodarka dość nagle rozpoczęła marsz w stronę dojrzalszej architektury opartej na optymalizacji i wzroście produktywności. Problem w tym, że w krótkim terminie koszty tej zmiany poniosą przede wszystkim ci, którzy szukają pracy.

Ekonomista wskazuje również na pozytywny – z punktu widzenia walki z inflacją – aspekt tej sytuacji: przekroczenie przez bezrobocie poziomu 6 proc. łagodzi wewnętrzną presję dla inflacji usługowej. To oznacza, że Rada Polityki Pieniężnej może pozwolić sobie na dłuższe utrzymywanie stóp na niższym poziomie bez ryzyka przegrzania gospodarki.

Handel detaliczny trzyma się mocno. Wzrost o 5 procent w lutym

GUS podał w poniedziałek dane o sprzedaży detalicznej za luty, które mimo wszystko dają pewien promyk optymizmu. Sprzedaż detaliczna wzrosła w lutym o 5 proc. rok do roku, co jest wynikiem solidnym, choć nieco poniżej prognoz rynkowych zakładających 6,1 proc.

Najsilniej urosła sprzedaż paliw – o ponad 10 proc. rok do roku, co ekonomiści tłumaczą tankowaniem na zapas przed spodziewanymi podwyżkami. Wyraźny wzrost odnotowano także w kategorii mebli i sprzętu RTV oraz AGD – ponad 7 proc. rok do roku, a także w farmaceutykach i kosmetykach – 5,5 proc. Słabiej wypadła odzież i obuwie, gdzie wzrost wyniósł tylko 0,8 proc.

W cenach bieżących wzrost sprzedaży wyniósł tylko 4,3 proc. rok do roku, co oznacza, że średnio ceny w handlu spadły. Lutowy deflator około -0,7 proc. jest najniższy od pandemii – głównie dzięki niższym niż przed rokiem cenom paliw, które były tańsze o ponad 5 proc. rok do roku.

Prawdziwy test przyjdzie w marcu. Wojna w Iranie zmienia wszystko

Dlaczego to ważne? Jak podkreślają ekonomiści ING Banku Śląskiego, prawdziwy test kondycji konsumenta przyjdzie w marcu – w cieniu wojny w Iranie, niosącej niepewność i kolejny szok energetyczny. Bank Pekao ostrzega, że w tym roku konsumpcja wzrośnie tylko o 3,2 proc., z wyraźnym ryzykiem w dół.

Lutowe dane o sprzedaży detalicznej były ostatnim migawkowym zdjęciem polskiego konsumenta przed wybuchem konfliktu w Zatoce Perskiej. W lutym ceny paliw w handlu były jeszcze o ponad 5 proc. niższe niż przed rokiem – to już przeszłość.

Mariusz Zielonka z Lewiatana wcześniej już ostrzegał: lutowy wynik inflacji na poziomie 2,1 proc. to w głównej mierze zasługa sektora transportu – benzyna była w ubiegłym miesiącu o 8,2 proc. tańsza niż rok wcześniej, a olej napędowy o 6,1 proc. Ten statystyczny mechanizm sztucznie obniżał główny wskaźnik CPI, tworząc iluzję stabilności cen.

– Kiedy zdejmiemy tę deflacyjną kotwicę ze stacji benzynowych, a zostaniemy z wysoką dynamiką cen energii i rosnącymi kosztami usług, inflacyjny komfort na poziomie dwóch procent bardzo szybko ustąpi miejsca o wiele twardszym realiom – oceniał Zielonka .

Paliwa już drożeją. Koniec deflacji w handlu

Wzrost cen ropy i wyrobów ropopochodnych po wybuchu wojny w Iranie sprawia, że efekt tańszych paliw zaniknie w marcu. Ekonomiści Pekao szacują, że droższe paliwa i energia podbiją inflację w Polsce o 0,4 pkt proc. – do 2,3 proc. rok do roku w grudniu 2026. Z kolei analitycy Credit Agricole zakładają, że inflacja może wzrosnąć do 3,4 proc. na koniec roku w scenariuszu utrzymania się podwyższonych cen surowców.

Dla konsumentów oznacza to koniec kilkumiesięcznego okresu względnego spokoju cenowego. Dla handlu detalicznego – dodatkową presję na marże, bo podwyżki cen paliw szybko przełożą się na wyższe koszty transportu i dystrybucji, a te ostatecznie trafią do koszyków zakupowych.

Budownictwo w głębokim dołku. Spadek produkcji o 13,7 procent

Dane GUS za luty nie pozostawiają złudzeń – branża budowlana jest w głębokim kryzysie. Produkcja budowlano-montażowa spadła w lutym o 13,7 proc. rok do roku, co jest kontynuacją styczniowego trendu, gdy liczba rozpoczętych budów spadła o 28,6 proc., a wydanych pozwoleń o 12,3 proc.

Przyczyny są złożone: wysokie koszty materiałów, drogi kredyt hipoteczny mimo obniżek stóp procentowych, niepewność geopolityczna oraz zamrożenie programów mieszkaniowych sprawiają, że deweloperzy i inwestorzy indywidualni wstrzymują się z decyzjami.

Dla przemysłu materiałów budowlanych – cementu, stali, chemii budowlanej – to zwiastun trudnych miesięcy. Regiony o najwyższym bezrobociu w Polsce to w dużej mierze te, w których budownictwo ma istotny udział w strukturze gospodarki. Według danych GUS, najwyższą stopę bezrobocia w lutym 2026 r. odnotowano w województwie warmińsko-mazurskim – 10,1 proc., podkarpackim – 9,6 proc. i świętokrzyskim – 9,0 proc.

Konsumpcja jako stabilizator. Ale ryzyka rosną

Mimo chłodniejszych danych z rynku pracy, konsumpcja prywatna pozostaje głównym motorem polskiego wzrostu. Fundamenty stabilności są wciąż obecne: od trzech lat dochody rosną w ujęciu realnym, czyli szybciej niż inflacja, stopy procentowe zostały obniżone o 200 punktów bazowych, co obniżyło koszty kredytów, a nastroje konsumenckie pozostają relatywnie dobre.

Ale ryzyka są poważne. Bank Pekao prognozuje spowolnienie wzrostu konsumpcji do 3,2 proc. w 2026 r., z ryzykiem w dół. Ekonomiści ING Banku Śląskiego ostrzegają: ryzyka w dół dla konsumpcji i PKB w 2026 rosną.

Głównym czynnikiem ryzyka jest eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie. Eksperci Pekao SA przewidują, że w 2026 r. ropa naftowa będzie kosztować średniorocznie między 70 a 80 USD za baryłkę Brent, czyli o 25-30 proc. więcej niż pod koniec 2025 r. W Europie zdrożeje zaś w porównywalnym stopniu LNG, do 50 EUR za MWh z 30 EUR na koniec 2025.

RPP ma związane ręce. Koniec cyklu obniżek stóp

Dane za luty nie zmieniają perspektywy dla polityki pieniężnej, ale szansa na kolejne obniżki stóp procentowych zmalała do zera. NBP przeprowadził sześć obniżek stóp w 2025 r. i jedną w 2026 r., sprowadzając stopę referencyjną do 3,75 proc.

W obliczu szoku energetycznego wywołanego wojną w Zatoce, dalsze luzowanie polityki pieniężnej jest mało prawdopodobne. Bank Millennium wskazuje: w naszym odczuciu, słabsze od oczekiwań dane za luty zwiększają prawdopodobieństwo utrzymania stóp na niezmienionym poziomie.

Ekonomiści Credit Agricole przewidują, że kolejna i ostatnia w cyklu obniżka stóp procentowych mogłaby nastąpić dopiero wówczas, gdy zmaterializuje się scenariusz stabilizacji sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej – a więc w maju lub czerwcu. Analitycy mBanku zakładają, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na jedną dodatkową obniżkę o 25 punktów bazowych, najprawdopodobniej w lipcu, w wyniku czego stopa docelowa wyniesie 3,5 proc.

Do podwyżek stóp mogłoby dojść tylko w przypadku efektów drugiej rundy, czyli przyspieszenia wzrostu płac w odpowiedzi na wyższe ceny konsumenckie. Na razie jednak presja płacowa słabnie – bezrobocie rośnie, a firmy blokują rekrutacje.

Geopolityka zmienia reguły gry. Eksperci ostrzegają

Mariusz Zielonka wprost wskazuje, że za obecną sytuacją na rynku pracy i w przemyśle stoją czynniki geopolityczne. Przemysł został zderzony z geopolitycznymi wstrząsami logistycznymi, a przedłużająca się zadyszka popytu na Zachodzie dodatkowo osłabia perspektywy eksportowe.

– Zaburzenia i stagnacja na świecie wymuszają na firmach porzucenie modelu opartego na dokładaniu rąk do pracy na rzecz realnego wzrostu produktywności – tłumaczy Zielonka.

Polska gospodarka – według niego – zaczyna dojrzewać, ale koszty transformacji poniosą w krótkim terminie ci, którzy szukają pracy. Ta nowa narracja odbiega od prostego stwierdzenia jest kryzys. To raczej diagnoza strukturalnej zmiany, w której firmy, wobec niestabilnego otoczenia zewnętrznego, decydują się na optymalizację, automatyzację i wzrost wydajności kosztem zatrudnienia.

Perspektywy na 2026 rok. Wzrost PKB spowolni, konsumpcja wyhamuje

Ekonomiści banków komercyjnych już korygują prognozy na 2026 r. w świetle nowych danych i szoku geopolitycznego. Prognozy Banku Pekao zakładają, że wzrost konsumpcji spowolni do 3,2 proc. w 2026 r., co przełoży się na spowolnienie wzrostu PKB. Wcześniejsze prognozy zakładały 3,8 proc. wzrostu PKB – teraz to optymistyczny scenariusz.

Analitycy mBanku obniżyli swoją prognozę wzrostu PKB na 2026 rok z 4,2 proc. do 3,9 proc., uznając, że konflikt na Bliskim Wschodzie ograniczy apetyt na ryzyko i wygeneruje presję inflacyjną, ale nie zagraża scenariuszowi stopniowego ożywienia w strefie euro.

Na rynku długu widać już reakcję – rentowność polskich obligacji 10-letnich spadła od poniedziałkowego szczytu o około 50 punktów bazowych, co sugeruje, że inwestorzy również spodziewają się spowolnienia gospodarczego.

NBP w marcowej projekcji, przygotowanej jeszcze przed wybuchem wojny w Iranie, zakładał optymistyczny scenariusz: wzrost PKB na poziomie 3,9 proc. w 2026 r. i inflację 2,3 proc. na koniec roku. Te prognozy są już nieaktualne – rzeczywistość geopolityczna okazała się bardziej brutalna, a gospodarka będzie się musiała mierzyć z wyższymi cenami surowców i osłabionym popytem zewnętrznym.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu