1 stycznia 2026 roku wszedł w życie mechanizm CBAM – europejski podatek węglowy nakładany na import stali, aluminium, cementu, nawozów, wodoru i energii elektrycznej. Choć Bruksela przedstawia go jako narzędzie walki z ucieczką emisji, kraje Globalnego Południa oskarżają UE o protekcjonizm. Według analiz UNCTAD roczny koszt CBAM dla tych krajów może sięgnąć 25-30 mld dol., a najdotkliwiej ucierpią nie Chiny, lecz Mozambik (strata 1,5-2 proc. PKB), Zimbabwe i Zambia.
- CBAM uderza w kraje bez własnych systemów opłat węglowych. Opłata wynosi 60-100 euro za tonę CO₂, od której odejmuje się krajową opłatę węglową. Chiny mają własny ETS (cena 10-12 euro), więc odliczają część kosztów. Mozambik, Zimbabwe czy Tanzania nie mają takich systemów – zapłacą pełną stawkę, mimo że emitują znacznie mniej niż Chiny czy Indie. W przypadku Mozambiku 80 proc. eksportu do UE to aluminium produkowane z energii hydroelektrycznej, ale CBAM nie uwzględnia emisji pośrednich.
- Mechanizm faworyzuje Chiny kosztem najbiedniejszych krajów. Pekin subsydiuje transformację, inwestuje w kopalnie i rafinerie w Afryce, przenosząc emisyjne etapy produkcji poza swoje granice, oraz negocjuje z Brukselą uznanie chińskich systemów certyfikacji. Kraje Afryki Subsaharyjskiej i Azji Południowej nie mają zdolności negocjacyjnych, technologii ani kapitału na szybką dekarbonizację. Dla nich CBAM oznacza utratę udziału w rynku unijnym bez alternatywnych kierunków eksportu.
- Kraje Globalnego Południa zapowiadają skargi do WTO i własne podatki graniczne. Indie argumentują, że ich emisje per capita są 8 razy niższe niż w UE, a mimo to to one mają ponosić koszty dostosowania. Brazylia domaga się uwzględnienia emisji pośrednich – 89 proc. jej energii pochodzi z hydroelektrowni. RPA ostrzega przed deindustrializacją. Proponowane zmiany to uwzględnienie emisji pośrednich, zwolnienie dla najsłabiej rozwiniętych krajów na 10-15 lat oraz przeznaczenie 5-10 mld euro rocznie z CBAM na wsparcie transformacji w Globalnym Południu.
Od 1 stycznia 2026 roku każdy importer stali, aluminium, cementu, nawozów, wodoru i energii elektrycznej do Unii Europejskiej musi posiadać status autoryzowanego deklaranta CBAM. Bez tego statusu, przyznawanego przez krajowe organy po spełnieniu szeregu wymogów, import towarów powyżej 50 ton rocznie jest niemożliwy. System działa w czasie rzeczywistym – brak odpowiednich uprawnień skutkuje automatycznym zawieszeniem odprawy celnej. Kalkulacja opłaty CBAM opiera się na wzorze: opłata CBAM równa się iloczynowi emisji produktu i ceny uprawnień EU ETS, od którego odejmuje się iloczyn krajowej opłaty węglowej i współczynnika korekty.
Kluczowym punktem zapalnym jest sposób ustalania emisji produktu. CBAM opiera się na tak zwanych emisjach bezpośrednich, czyli emisjach z procesów produkcyjnych i spalania paliw na terenie zakładu. Dla krajów Globalnego Południa to podejście jest dyskryminujące z kilku powodów. Po pierwsze, nie uwzględnia emisji pośrednich, czyli emisji związanych z energią elektryczną zużywaną w produkcji. Dla krajów takich jak Brazylia, gdzie 89 proc. energii elektrycznej pochodzi ze źródeł odnawialnych, głównie hydroenergii, pominięcie tego wskaźnika jest ogromną stratą konkurencyjną. Po drugie, mechanizm nie uznaje alternatywnych ścieżek dekarbonizacji, takich jak wykorzystanie biopaliw, biomasy czy biowęgla, które w krajach rozwijających się są często tańsze i bardziej dostępne niż inwestycje w wychwytywanie i magazynowanie dwutlenku węgla. Po trzecie, wymaga skomplikowanego systemu certyfikacji, którego koszty wdrożenia dla małych i średnich producentów w krajach Globalnego Południa są często wyższe niż sama opłata CBAM.
Cena uprawnień EU ETS waha się obecnie między 60 a 100 euro za tonę CO₂. Dla porównania, większość krajów Globalnego Południa nie ma krajowych opłat węglowych w ogóle, a jeśli już, to ich stawki są wielokrotnie niższe – w RPA wynoszą 6-10 euro, w Indiach około 3-5 euro. Oznacza to, że dla większości producentów w Afryce, Azji Południowej czy Ameryce Łacińskiej CBAM będzie oznaczał obciążenie bliskie 100 euro za tonę emisji – bez żadnego odliczenia.
Kto naprawdę zapłaci? Nie Chiny, a najbiedniejsi
Wbrew powszechnej narracji, to nie Chiny – choć są największym eksporterem towarów objętych CBAM – zostaną uderzone najbardziej. Pekin ma bowiem narzędzia, których brakuje innym krajom Globalnego Południa: potężne subsydia państwowe, kontrolę nad cenami energii oraz zdolność do negocjowania politycznych wyjątków. Już dziś Chiny inwestują miliardy w technologie niskoemisyjne i mogą przejąć część kosztów CBAM we własnym łańcuchu wartości.
Prawdziwymi ofiarami CBAM będą kraje, które charakteryzują się niską dywersyfikacją eksportu. Mozambik, Zimbabwe, Botswana – te kraje eksportują głównie surowce, takie jak stal czy aluminium, do Unii Europejskiej i nie mają rynków zastępczych, na które mogłyby przenieść swoją sprzedaż. Kolejną grupą są państwa o słabych instytucjach i braku zdolności negocjacyjnych. Tanzania, Zambia, Uganda – nie są w stanie wynegocjować wyjątków ani uzyskać technicznego wsparcia przy certyfikacji swoich produktów. Kraje te nie mają własnych opłat węglowych, więc nie mają od czego odliczyć i zapłacą pełną stawkę 60-100 euro za tonę CO₂. Do tego dochodzi zależność od importu technologii – wszystkie kraje Globalnego Południa poza Chinami nie są w stanie szybko dekarbonizować produkcji bez transferu technologii, którego Unia Europejska nie zapewnia.
Dane z 2025 roku są wymowne. Według analiz Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju, całkowity koszt CBAM dla krajów Globalnego Południa może sięgnąć 25-30 miliardów dolarów rocznie. W relacji do PKB najbardziej ucierpią Mozambik, gdzie straty mogą wynieść 1,5-2 proc. PKB, Zimbabwe z 1,2-1,8 proc. i Zambia z 0,8-1,2 proc. Dla porównania, Chiny odczują spadek PKB na poziomie zaledwie 0,1-0,2 proc., a Indie – 0,2-0,3 proc.
Przykład Mozambiku jest szczególnie wymowny. 80 proc. eksportu tego kraju do Unii Europejskiej stanowi aluminium produkowane w dwóch wielkich hutach, które opierają się na energii hydroelektrycznej z zapory Cahora Bassa. Emisje bezpośrednie z procesów produkcyjnych są stosunkowo niskie, ale CBAM nie uwzględnia tego, że energia pochodzi z odnawialnych źródeł. W rezultacie mozambickie aluminium zostanie obciążone podatkiem tak samo jak aluminium z chińskich hut opalanych węglem. To uderzenie w gospodarkę, która i tak jest jedną z najbiedniejszych na świecie.
Jak Chiny chronią swój przemysł przed CBAM?
Chiny od lat przygotowują się na europejski podatek węglowy – i robią to w sposób, na który nie stać innych. Pekin nie tylko subsydiuje zieloną transformację, ale także tworzy własne systemy opłat węglowych, które pozwalają chińskim eksporterom odliczyć część kosztów od CBAM. Chiński system handlu uprawnieniami do emisji został uruchomiony i początkowo objął sektor energetyczny, a od 2024 roku stopniowo włączana jest stal i cement. Co prawda ceny uprawnień w Chinach są znacznie niższe, wynoszą około 10-12 euro za tonę CO₂, ale to i tak pozwala chińskim producentom na wykazanie w dokumentacji CBAM, że ponoszą krajowe opłaty węglowe i odliczyć je od należności.
Chiny inwestują w kopalnie i rafinerie na całym świecie – w Afryce, Azji, Ameryce Łacińskiej – przenosząc najbardziej emisyjne etapy produkcji poza swoje granice. Dzięki temu to kraje takie jak Demokratyczna Republika Konga czy Gwinea ponoszą koszty emisji związane z wydobyciem, podczas gdy Chiny przejmują gotowe produkty o wyższej wartości dodanej i niższej emisyjności jednostkowej. Pekin prowadzi z Brukselą zaawansowane rozmowy w sprawie uznania chińskich systemów certyfikacji emisji za równoważne z europejskimi. Gdyby to się udało, chińscy producenci staliby się w praktyce uprzywilejowani wobec konkurentów z krajów, które nie mają takich systemów.
Konsekwencja jest brutalna: CBAM nie zamyka luki konkurencyjnej między Chinami a Europą – wręcz przeciwnie, może ją pogłębić. To kraje bez systemów opłat węglowych, bez zdolności negocjacyjnych i bez zaplecza technologicznego poniosą ciężar dostosowania.
Jak UE buduje mur wokół swojego rynku?
CBAM nie jest odosobnionym instrumentem. To część szerszej strategii Brukseli, która coraz śmielej wykorzystuje regulacje środowiskowe do ochrony europejskiego przemysłu. W pakiecie z CBAM idą rozporządzenie w sprawie produktów niezwiązanych z wylesianiem, które wymaga od importerów udowodnienia, że towary, takie jak soja, olej palmowy, kakao, kawa czy drewno, nie pochodzą z terenów wylesionych po 2020 roku. Dla krajów Afryki i Azji Południowo-Wschodniej oznacza to ogromne koszty administracyjne i ryzyko utraty dostępu do rynku.
Nowe wymogi dotyczące śladu węglowego w bateriach wejdą w życie od 2027 roku – każda bateria wwożona do UE będzie musiała mieć deklarację śladu węglowego, a od 2030 roku obowiązywać będą limity emisji, których nie będą spełniać baterie z Chin oparte na węglu ani z krajów Globalnego Południa bez dostępu do czystej energii. Komisja Europejska zapowiedziała, że po 2026 roku CBAM obejmie kolejne produkty: papier, szkło, ceramikę, a docelowo także chemię organiczną, tworzywa sztuczne i tekstylia. To sektory, w których konkurencyjne są właśnie kraje Globalnego Południa – Indie w tekstyliach, Brazylia w celulozie, Egipt w nawozach.
Dlaczego to wojna regulacyjna? Ponieważ Unia Europejska wprowadza te przepisy jednostronnie, nie konsultując ich z partnerami handlowymi i nie oferując mechanizmów kompensacyjnych. Światowa Organizacja Handlu od lat ostrzega, że tego typu mechanizmy graniczne mogą być niezgodne z zasadą niedyskryminacji, czyli klauzulą największego uprzywilejowania. Kraje Globalnego Południa już zapowiadają skargi do WTO, a w dłuższej perspektywie – własne podatki graniczne od europejskich produktów. Rozpoczyna się wojna celna pod płaszczykiem ekologii.
Konsekwencje gospodarcze. Utrata konkurencyjności i nowa zależność
Krótkoterminowo kraje Globalnego Południa stracą udział w rynku unijnym. W przypadku stali i aluminium – dwóch głównych towarów objętych CBAM – eksporterzy z Afryki Południowej, Mozambiku, Egiptu i Ukrainy już odnotowują spadek zamówień. Europejscy importerzy przerzucają się na dostawców z krajów, które mają systemy opłat węglowych, takich jak Chiny czy Korea Południowa, lub mogą udokumentować niskie emisje, jak Brazylia w przypadku aluminium z hydroenergią, choć i tu problemem jest brak certyfikacji emisji pośrednich.
Średnioterminowo kraje Globalnego Południa będą zmuszone do inwestycji w dekarbonizację przemysłu, ale nie mają na to kapitału. Unia Europejska oferuje wprawdzie pomoc techniczną w ramach programów takich jak Global Gateway, ale to kropla w morzu potrzeb – całkowity budżet Global Gateway wynoszący 300 mld euro rozłożony na 5-10 lat to mniej niż 1 proc. rocznych inwestycji potrzebnych do transformacji przemysłu w krajach rozwijających się.
Długoterminowo może dojść do trwałej fragmentacji globalnego handlu. Kraje Globalnego Południa, które dziś eksportują surowce do UE, mogą przerzucić się na rynki azjatyckie, gdzie regulacje środowiskowe są luźniejsze, a popyt na surowce rośnie. W efekcie CBAM nie tyle zredukuje globalne emisje, co przesunie je do krajów o niższych standardach środowiskowych – dokładnie odwrotnie, niż zakładała Bruksela.
Rząd Indii zapowiedział, że zaskarży CBAM do Światowej Organizacji Handlu, argumentując, że narusza on zasadę wspólnej, ale zróżnicowanej odpowiedzialności zapisaną w Ramowej konwencji ONZ w sprawie zmian klimatu. Indie wskazują, że ich emisje per capita są 8 razy niższe niż w Unii Europejskiej, a mimo to to one mają ponosić koszty dostosowania. Prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva określił CBAM jako próbę eksportu europejskiego kryzysu energetycznego na Globalne Południe. Brazylia, której przemysł opiera się na hydroenergii, domaga się uznania emisji pośrednich w kalkulacji opłaty.
Rząd Republiki Południowej Afryki ostrzega, że CBAM uderzy w najbardziej wrażliwe gałęzie przemysłu, takie jak hutnictwo i chemia, które w RPA odpowiadają za setki tysięcy miejsc pracy. Bez wsparcia w transformacji kraje takie jak RPA mogą doświadczyć deindustrializacji. Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju w swoim raporcie podkreśla, że CBAM może pogłębić przepaść między krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się, jeśli nie towarzyszyć mu będą mechanizmy transferu technologii i finansowania. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ostrzega, że jednostronne mechanizmy graniczne mogą wywołać spiralę odwetu handlowego. W skrajnym scenariuszu mogłoby to kosztować globalną gospodarkę nawet 0,5-1 proc. PKB rocznie.
Czy istnieje sprawiedliwy CBAM?
CBAM nie musi być narzędziem pogłębiającym nierówności – jeśli zostanie odpowiednio zmodyfikowany. Organizacje międzynarodowe i kraje Globalnego Południa proponują konkretne zmiany, które mogłyby uczynić go narzędziem sprawiedliwej transformacji. Uwzględnienie emisji pośrednich to najważniejsza korekta, która pozwoliłaby krajom z czystą energią, takim jak Brazylia, Paragwaj, Etiopia czy Nepal, wykazać swoje przewagi komparatywne. Unia Europejska powinna zawierać umowy bilateralne uznające krajowe systemy handlu uprawnieniami, nawet jeśli ceny są niższe niż w UE. Część przychodów z CBAM, według szacunków 5-10 mld euro rocznie, powinna trafić do krajów Globalnego Południa na wsparcie transformacji przemysłu. Kraje najsłabiej rozwinięte powinny otrzymać pełne zwolnienie z CBAM na co najmniej 10-15 lat, z możliwością przedłużenia.
Czy Bruksela zdecyduje się na takie zmiany? Na razie Komisja Europejska pozostaje nieugięta, argumentując, że CBAM jest zgodny z regułami Światowej Organizacji Handlu i stanowi zielony standard dla reszty świata. Ale rosnąca presja ze strony krajów Globalnego Południa, połączona z groźbą skarg do WTO i wojny handlowej, może zmusić UE do ustępstw. Pierwsze testy nadejdą w 2026 roku, gdy zaczną napływać pierwsze płatności CBAM – i gdy okaże się, kto naprawdę poniesie ich ciężar.
Opracowano na podstawie: danych Komisji Europejskiej, raportów Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju, analiz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, stanowisk rządów Indii, Brazylii i Republiki Południowej Afryki oraz publikacji branżowych dotyczących mechanizmu CBAM.
Fot. Unsplash.

