Zatrudnienie w Europie pod presją kryzysu

Najnowsze raporty pokazują, że firmy w Europie w odpowiedzi na spowolnienie gospodarcze ograniczają zatrudnienie. To sygnał dla strategicznych sektorów o potrzebie reform i wsparcia inwestycji.

  • Firmy w Europie reagują na słaby wzrost, wysokie koszty energii i niepewność geopolityczną ograniczaniem zatrudnienia oraz wstrzymywaniem inwestycji.
  • Najmocniej cierpi przemysł ciężki i energochłonny, motoryzacja oraz budownictwo. Część zakładów przenosi produkcję poza UE, gdzie koszty są niższe.
  • Sektor technologiczny także koryguje nadmiar zatrudnienia po latach szybkiego wzrostu, co uderza w europejskie centra badawczo-rozwojowe.
  • Są jednak branże odporne na spowolnienie: ochrona zdrowia, zielona energetyka i wybrane usługi cyfrowe nadal zgłaszają niedobór pracowników.
  • Rosnąca niepewność zatrudnienia ogranicza konsumpcję, zwiększa skłonność do oszczędzania i może pogłębiać napięcia społeczne oraz presję polityczną.

Europejski rynek pracy, który jeszcze dwa lata temu rozpaczliwie poszukiwał rąk do pracy i mierzył się z bezprecedensowym deficytem pracowników w kluczowych sektorach gospodarki, wchodzi dziś w fazę głębokiej, wielowymiarowej i pod wieloma względami niepokojącej korekty. Po latach odbudowy po pandemicznym załamaniu, względnie silnego popytu na pracowników oraz nominalnych, acz często iluzorycznych ze względu na galopującą inflację, podwyżek wynagrodzeń, przedsiębiorstwa działające na Starym Kontynencie zaczynają reagować na kumulację negatywnych zjawisk makroekonomicznych i strukturalnych w sposób, który dla milionów pracowników oznacza jedno: utratę poczucia stabilizacji i realną groźbę znalezienia się na bruku.

Wzrost gospodarczy strefy euro, choć formalnie odbił od dena z lat 2023 i 2024, pozostaje anemiczny, daleki nie tylko od amerykańskiego tempa, ale także od własnych, przedpandemicznych standardów, a Komisja Europejska w swoich jesiennych prognozach z trudem doszukuje się argumentów przemawiających za trwałym, samonapędzającym się ożywieniem. Inflacja, która przez wiele miesięcy była wyłącznie wymówką dla pracodawców niechętnych podwyżkom płac, faktycznie wyhamowała, ale zrobiła to kosztem realnej siły nabywczej konsumentów, której odbudowa, jak wynika z analiz Banku Pekao, będzie procesem rozłożonym na lata, a nie kwartały. Konsumpcja prywatna, tradycyjnie stanowiąca motor europejskiej gospodarki, kręci się na coraz niższych obrotach, a przedsiębiorcy, którzy jeszcze niedawno z optymizmem patrzyli w przyszłość, dziś z przerażeniem odkrywają, że ich magazyny wypełnione są towarem, na który nie ma już chętnych.

Równolegle do tych procesów cyklicznych, na europejski przemysł spada ciężar, który wielu ekspertów określa mianem toksycznej mieszanki polityk publicznych i geopolitycznych zawirowań. Koszty energii, które po szoku wywołanym odcięciem dostaw rosyjskiego gazu ziemnego nigdy nie wróciły do poziomów uznawanych za konkurencyjne, pozostają na pułapie od dwóch do trzech razy wyższym niż w Stanach Zjednoczonych i w krajach Zatoki Perskiej, systematycznie pozbawiając europejskie hutnictwo, chemię i produkcję materiałów budowlanych jakiejkolwiek przewagi kosztowej. Nic więc dziwnego, że niemiecki BASF wygasza linie produkcyjne, ArcelorMittal zamyka zakłady we Francji, a ThyssenKrupp, ikona powojennego cudu gospodarczego Republiki Federalnej, likwiduje hutę w Kreuztal-Eichen, przenosząc produkcję tam, gdzie rachunki za prąd nie pochłaniają połowy marży operacyjnej.

Dopełnieniem tego katastroficznego obrazu są stopy procentowe, które wprawdzie zgodnie z przewidywaniami analityków Banku Pekao i NBP znajdują się w cyklu stopniowego luzowania, ale pozostają na poziomach skutecznie zniechęcających przedsiębiorców do podejmowania jakichkolwiek ryzykownych decyzji inwestycyjnych. Gdy do tego dodać chroniczną niepewność geopolityczną związaną z przedłużającą się wojną na Ukrainie, nieprzewidywalnością amerykańskiej administracji i narastającymi napięciami na linii Bruksela–Pekin, otrzymujemy obraz kontynentu, który w ciągu zaledwie kilku lat przestał być motorem światowego handlu i innowacji, a zaczął przypominać, jak trafnie ujął to Jamie Dimon z JPMorgan, muzeum pod gołym niebem, odwiedzane przez turystów z Azji i Ameryki, ale niezdolne do samodzielnego tworzenia miejsc pracy w perspektywicznych sektorach.

Automatyzacja i cyfryzacja, które jeszcze niedawno były przedstawiane jako dźwignie wzrostu produktywności, w obliczu dekoniunktury okazały się być mieczem obosiecznym – z jednej strony pozwalają firmom ciąć koszty pracy szybciej i głębiej niż w jakimkolwiek poprzednim cyklu recesyjnym, z drugiej jednak bezlitośnie obnażają strukturalne niedostosowanie europejskich systemów edukacji i rynków pracy do realiów gospodarki czwartej rewolucji przemysłowej. Międzynarodowa Organizacja Pracy w swoich najnowszych prognozach na 2026 rok expressis verbis wskazuje sztuczną inteligencję i zakłócenia na rynku pracy wywołane jej upowszechnianiem jako jedno z trzech, obok zadłużenia i niepewności w handlu, najpoważniejszych zagrożeń dla globalnego zatrudnienia.

Stal, cement, kod. Które branże płacą najwyższą cenę za kryzys?

Analiza sektorowa fali redukcji zatrudnienia, jesienią i zimą 2025 roku przetaczającej się przez Europę, ujawnia obraz niezwykle zróżnicowany, ale jednocześnie wskazujący wyraźne punkty zapalne, wokół których koncentrują się najboleśniejsze procesy dostosowawcze. Przemysł ciężki i energochłonny, niegdyś fundament europejskiej potęgi gospodarczej, dziś przeżywa agonię, której towarzyszy systematyczna, wydaje się nieodwracalna deindustrializacja całych regionów Francji, Niemiec, Belgii i Holandii. Pełne wdrożenie mechanizmu CBAM od 1 stycznia 2026 roku, zamiast ochronić europejskich producentów przed nieuczciwą konkurencją z państw nieobjętych restrykcyjnymi normami klimatycznymi, paradoksalnie przyspieszyło exodus hut, cementowni i zakładów chemicznych poza granice Unii, ponieważ koszty zakupu uprawnień do emisji CO₂, sięgające 70–100 euro za tonę, w połączeniu z horrendalnymi cenami energii elektrycznej i gazu, definitywnie pogrzebały konkurencyjność produkcji realizowanej na Starym Kontynencie.

Sektor motoryzacyjny, przez dekady będący wizytówką niemieckiej i francuskiej inżynierii, przechodzi obecnie transformację, którą eufemistycznie nazywa się restrukturyzacją, a która w praktyce oznacza zamykanie fabryk, przenoszenie produkcji do Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Azji Południowo-Wschodniej oraz zwalnianie dziesiątek tysięcy wykwalifikowanych pracowników, których unikalne kompetencje, kształtowane przez pokolenia, nagle okazują się zbędne w świecie zdominowanym przez napędy elektryczne i oprogramowanie. Volkswagen, Audi, BMW – te nazwy, niegdyś synonim stabilności zatrudnienia i gwarantowanych, układanych w ramach taryfowych podwyżek, dziś pojawiają się w kontekście masowych zwolnień, programów wcześniejszych emerytur i gorączkowych poszukiwań nabywców na zbędne aktywa produkcyjne.

Równie dramatycznie, choć z zupełnie innych powodów, wygląda sytuacja w sektorze technologicznym, który po latach huraoptymizmu, szalonego wyścigu o talenty i niemal nieograniczonego dostępu do taniego kapitału venture capital, wchodzi w fazę brutalnej, bezwzględnej korekty. Amerykańskie Doliny Krzemowe i ich europejskie, znacznie skromniejsze odpowiedniki, odkrywają, że modele biznesowe oparte na ciągłym, wykładniczym wzroście za wszelką cenę są nie do utrzymania w otoczeniu wysokich stóp procentowych i ostrożności inwestorów instytucjonalnych. Redukcje zatrudnienia w Google, Amazonie, Microsoftzie, Meta czy Spotify, choć dotyczą przede wszystkim rynku amerykańskiego, uderzają również w europejskie centra badawczo-rozwojowe, których agresywna rozbudowa w latach 2020–2024 okazuje się dziś być balastem, którego firmy technologiczne pozbywają się z chirurgiczną precyzją i bez sentymentów.

Budownictwo i rynek nieruchomości, niezwykle wrażliwe na koszt pieniądza, odczuwają skutki wieloletniego, bezprecedensowego zacieśnienia polityki pieniężnej, które choć formalnie od kilku miesięcy jest łagodzone, zdążyło już wywrócić do góry nogami rachunek ekonomiczny większości projektów deweloperskich. W Niemczech, Holandii, Szwecji i Finlandii liczba bankructw firm budowlanych sięgnęła poziomów nienotowanych od kryzysu finansowego z lat 2008–2009, a place budowy, które jeszcze dwa lata temu tętniły życiem, dziś straszą pustką i niedokończonymi konstrukcjami. Podobny los spotkał handel detaliczny, który zmaga się nie tylko ze spadkiem realnych dochodów konsumentów, ale także ze strukturalną zmianą preferencji zakupowych, przyspieszoną przez pandemię, a polegającą na masowym, nieodwracalnym przesuwaniu się wydatków z kanałów stacjonarnych do internetu. Sieci handlowe, od dyskontów po domy towarowe, optymalizują koszty, zamykając nierentowne lokalizacje i zastępując ludzi automatyzacja procesów magazynowych i kasowych.

Paradoksalnie, istnieją również sektory, które wobec ogólnej dekoniunktury wykazują zadziwiającą odporność, a nawet rozwijają się, tworząc nowe miejsca pracy. Opieka zdrowotna, napędzana starzejącymi się społeczeństwami Europy Zachodniej i Środkowej, poszukuje pielęgniarek, opiekunów i lekarzy, których chroniczny deficyt sięga już setek tysięcy etatów. Zielona energia, będąca beneficjentką zarówno europejskiej polityki klimatycznej, jak i geopolitycznego imperatywu uniezależnienia się od rosyjskich surowców, generuje popyt na inżynierów, monterów instalacji fotowoltaicznych i wiatrowych oraz specjalistów od magazynowania energii. Wreszcie sektor usług cyfrowych, choć sam przechodzący korektę, w dalszym ciągu potrzebuje programistów, analityków danych i ekspertów od cyberbezpieczeństwa, których absolwenci europejskich politechnik, paradoksalnie, często wolą szukać szczęścia za oceanem, niż wiązać swoją przyszłość z pogrążoną w stagnacji Unią.

Zróżnicowanie regionalne europejskiego rynku pracy jest kolejnym elementem tej skomplikowanej układanki. Podczas gdy Niemcy, Francja i Włochy zmagają się z exodusem przemysłu i trwałym bezrobociem strukturalnym w regionach poprzemysłowych, Polska, Litwa i Malta utrzymują jedną z najniższych stóp bezrobocia w całej Unii, a ich gospodarki, jak wynika z najnowszych prognoz Komisji Europejskiej i Banku Pekao, pozostaną w 2026 roku w ścisłej czołówce państw członkowskich pod względem dynamiki PKB. Ta rozbieżność nie jest jednak powodem do bezkrytycznego optymizmu, ponieważ polski rynek pracy, mimo rekordowo niskiego bezrobocia rejestrowanego i badanego, zmaga się z narastającym zjawiskiem niedopasowania kompetencyjnego, polegającym na tym, że setki tysięcy bezrobotnych nie posiada kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców, podczas gdy pracodawcy, zwłaszcza w sektorach nowoczesnych usług biznesowych, logistyki i zaawansowanej produkcji, desperacko poszukują specjalistów, których na rynku po prostu nie ma.

Rosnąca niestabilność na europejskim rynku pracy, choć na razie znajduje swój wyraz głównie w suchych statystykach i analizach ekonomicznych, już wkrótce może przekształcić się w potężny czynnik polityczny i społeczny, który na nowo ukształtuje scenę polityczną Starego Kontynentu. Poczucie niepewności, które od lat jest stałym elementem biografii pracowników tymczasowych, freelancerów i osób zatrudnionych na umowach śmieciowych, zaczyna udzielać się także tym, którzy dotychczas uważali swoje etaty za bezpieczne, osadzone w stabilnych, chronionych prawem stosunkach zatrudnienia. Nagle okazuje się, że nawet w Niemczech, nawet w przemyśle samochodowym, nawet w renomowanych, rodzinnych firmach z tradycjami sięgającymi XIX wieku, nie ma już miejsc pracy gwarantowanych do emerytury.

Konsumenci, których nastroje od lat są uważnie śledzone przez analityków Banku Pekao, Komisji Europejskiej i NBP, reagują na tę narastającą niepewność w sposób racjonalny, choć z perspektywy makroekonomicznej samobójczy: ograniczają wydatki, zwiększają stopę oszczędności i odkładają w czasie wszelkie większe decyzje zakupowe, od samochodu, przez mieszkanie, po sprzęt AGD i RTV. To z kolei uruchamia efekt domina, uderzając w handel detaliczny, producentów dóbr trwałych i cały sektor usług, które nie mogąc zbyć swoich produktów, zmuszone są do dalszych cięć kosztów, a te najłatwiej znaleźć tam, gdzie są one najbardziej oczywiste, czyli w wynagrodzeniach i zatrudnieniu.

Systemy zabezpieczenia społecznego, projektowane w epoce powojennego boomu demograficznego i gospodarczego, gdy pracujący stanowili zdecydowaną większość populacji, a beneficjenci świadczeń socjalnych zdecydowaną mniejszość, dziś znajdują się pod nieustanną, narastającą presją. Niemcy, Francja, Włochy, a w ślad za nimi także Polska, borykają się z problemem niewydolności swoich systemów emerytalnych, opieki zdrowotnej i pomocy społecznej, które z roku na rok pochłaniają coraz większą część produktu krajowego brutto, pozostawiając coraz mniej środków na inwestycje publiczne, badania i rozwój oraz wsparcie dla strategicznych gałęzi przemysłu.

Szczególnie dramatyczna jest sytuacja młodych ludzi, którzy wchodzą na rynek pracy w momencie jego największej zapaści od lat. Absolwenci renomowanych uczelni technicznych i ekonomicznych, jeszcze kilka lat temu rozchwytywani przez pracodawców i walczący między sobą o ich względy atrakcyjnymi pakietami benefitów pozapłacowych, dziś często muszą godzić się z ofertami znacznie poniżej swoich kwalifikacji, wynagrodzeniami, które przy uwzględnieniu inflacji są niższe niż te oferowane ich kolegom pięć, sześć lat wcześniej, i perspektywą wieloletniej pracy tymczasowej, bez szans na stabilizację i rozwój zawodowy. Ta zapaść nie pozostaje bez wpływu na decyzje demograficzne – coraz więcej Europejczyków odkłada decyzje o założeniu rodziny, powiększeniu mieszkania czy nawet o samodzielnym usamodzielnieniu się, co w perspektywie kolejnych dekad będzie pogłębiać i tak już alarmujący kryzys demograficzny kontynentu.

Narastające napięcia społeczne, podsycane przez populistyczne ruchy polityczne, które bez trudu przekuwają gospodarcze frustracje obywateli na kapitał wyborczy, stanowią być może największe, choć na razie najtrudniej mierzalne, zagrożenie dla europejskiego projektu integracyjnego. Wybory w niemieckich krajach związkowych, gdzie prawicowo-populistyczna AfD umacnia swoją pozycję, odnosząc sukcesy na terenach byłej NRD, szczególnie dotkniętych deindustrializacją i odpływem młodych, wykształconych mieszkańców na zachód, są czytelnym sygnałem, że tradycyjne, proeuropejskie, centrowe partie tracą monopol na kształtowanie polityki społeczno-gospodarczej, a wraz z nim zdolność do budowania społecznego konsensusu wokół bolesnych, ale koniecznych reform.

Punkt zwrotny czy początek końca? Rynek pracy w ogniu pytań bez odpowiedzi

Stawiając pytanie o naturę obecnych zawirowań na europejskim rynku pracy, ekonomiści i analitycy rynkowi dzielą się na dwa, ostro zarysowane obozy, których interpretacje różnią się nie tylko diagnozą, ale przede wszystkim prognozą na przyszłość i rekomendacjami dla polityki gospodarczej. Pytanie, które ich dzieli, jest fundamentalne: czy doświadczamy klasycznego, cyklicznego spowolnienia gospodarczego, które po dwóch, trzech kwartałach dekoniunktury samoistnie ustąpi miejsca fazie ożywienia, napędzanego odroczonym popytem i naturalnym procesem dostosowawczym, czy też jesteśmy świadkami głębokiej, nieodwracalnej transformacji strukturalnej, która bezpowrotnie zmieni oblicze europejskiego zatrudnienia, czyniąc całe gałęzie przemysłu i setki tysięcy stanowisk pracy trwałym reliktem przeszłości?

Zwolennicy tej pierwszej, umiarkowanie optymistycznej interpretacji, wskazują na dane płynące z badań koniunktury prowadzonych przez Grant Thornton, z których wynika, że plany redukcji zatrudnienia na 2026 rok deklaruje zaledwie 15 procent średnich i dużych firm, podczas gdy 23 procent przedsiębiorstw planuje wręcz zwiększać zatrudnienie, a 58 procent utrzymywać je na niezmienionym poziomie. To, w połączeniu z rekordowo niskim bezrobociem w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, prognozowanym przez Międzynarodową Organizację Pracy na poziomie 3,7 procent, zdaje się świadczyć, że panika na rynku pracy jest przesadzona, a media i analitycy, jak to często bywa w okresach przejściowych, wyolbrzymiają skalę negatywnych zjawisk, ignorując jednocześnie wyraźne symptomy stabilizacji i powolnego, acz systematycznego odbicia.

Optymiści wskazują także na zieloną transformację, która, choć bolesna dla tradycyjnych, wysokoemisyjnych branż, tworzy jednocześnie ogromne, nowe pole do popisu dla przedsiębiorców i pracowników dysponujących odpowiednimi kwalifikacjami. Izolacja od rosyjskich surowców, zamiast być wyłącznie kosztem i ciężarem, może stać się impulsem do modernizacji europejskiego miksu energetycznego, unowocześnienia sieci przesyłowych i rozwinięcia własnego, niezależnego przemysłu fotowoltaicznego, wiatrowego i magazynowania energii. Podobnie rzecz ma się z cyfryzacją i sztuczną inteligencją, które, owszem, eliminują wiele prostych, rutynowych stanowisk pracy, ale jednocześnie tworzą popyt na specjalistów od projektowania, wdrażania i utrzymywania zaawansowanych systemów informatycznych, analityków danych, ekspertów od cyberbezpieczeństwa i inżynierów robotyków.

Pesymiści, a wśród nich niestety coraz więcej autorytetów naukowych i praktyków gospodarczych, zwracają jednak uwagę, że skala i tempo zachodzących zmian strukturalnych są bezprecedensowe, a europejskie systemy edukacji, rynki pracy i polityki społeczne reagują na nie z opóźnieniem wynoszącym co najmniej kilka, a w wielu przypadkach kilkanaście lat. Brak spójnej, długofalowej strategii rozwoju gospodarczego na poziomie Unii Europejskiej, chroniczne niedofinansowanie badań i rozwoju, ucieczka najbardziej innowacyjnych i szybko rosnących przedsiębiorstw za ocean oraz systematyczna utrata przewag konkurencyjnych w kluczowych sektorach przyszłości, takich jak półprzewodniki, biotechnologia czy sztuczna inteligencja, sprawiają, że obecny kryzys rynku pracy jest nie tyle korektą cyklu koniunkturalnego, ile zapowiedzią strukturalnego, wieloletniego, być może nawet wielopokoleniowego osłabienia europejskiej gospodarki.

Przypomina to, w wielu wymiarach, sytuację z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, gdy Europa i Ameryka mierzyły się z kryzysem naftowym, stagflacją i postępującą automatyzacją przemysłu, która na zawsze pozbawiła pracy miliony robotników wielkich fabryk Detroit, Ruhry i Górnego Śląska. Wtedy jednak procesy dostosowawcze, choć bolesne, zachodziły w warunkach wysokiego wzrostu gospodarczego, elastycznego rynku pracy i silnych, osadzonych w społeczeństwie instytucji dialogu społecznego. Dziś, gdy wzrost gospodarczy ledwie zipie, a związki zawodowe, wykrwawione dekadami neoliberalnej ofensywy, tracą członków i wpływy w tempie przyspieszającym z roku na rok, zdolność europejskich społeczeństw do absorpcji tak głębokich, bolesnych i szybkich zmian strukturalnych stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Reanimacja czy hospicjum? Co Europa może, a czego nie może zrobić dla swoich pracowników

Stojąc w obliczu narastającej presji na rynku pracy, której towarzyszy systematyczna erozja bazy przemysłowej, odpływ inwestycji i kapitału oraz postępująca utrata konkurencyjności wobec Stanów Zjednoczonych i Azji, instytucje Unii Europejskiej oraz rządy poszczególnych państw członkowskich stają przed koniecznością podjęcia działań, których skala, tempo i kierunek zdeterminują nie tylko przyszłość europejskiego rynku pracy, ale także kształt samego projektu integracyjnego w nadchodzących dekadach. Pytanie, które zadają sobie zarówno politycy w Brukseli, jak i przedsiębiorcy w Berlinie, Mediolanie czy Warszawie, nie brzmi już czy interweniować, ale jak to robić, aby nie pogłębiać i tak już patologicznych zniekształceń strukturalnych i nie tworzyć kolejnych, trwałych obciążeń dla budżetów publicznych, które w wielu krajach Europy Zachodniej i Południowej znajdują się na skraju wyczerpania.

Jednym z najczęściej przywoływanych instrumentów polityki przemysłowej, mających przeciwdziałać negatywnym skutkom deindustrializacji, są programy wsparcia dla sektorów strategicznych, które z racji swojej natury są szczególnie narażone na międzynarodową konkurencję kosztową i regulacyjną presję Unii. Komisja Europejska, która przez lata z uporem godnym lepszej sprawy forsowała wizję Europy jako globalnego lidera w walce ze zmianami klimatu, nawet kosztem własnego przemysłu, zdaje się powoli, nieśpiesznie, acz wyraźnie zmieniać kurs, dostrzegając, że bez hutnictwa, chemii i produkcji materiałów budowlanych żadna zielona transformacja nie ma najmniejszych szans powodzenia. Niestety, propozycje takie jak tymczasowy fundusz finansowany z przychodów CBAM, opiewający na zaledwie 1,5 miliarda euro do 2028 roku, są w zderzeniu z gigantycznymi potrzebami inwestycyjnymi europejskiego przemysłu śmiesznie niskie i nie mogą być traktowane inaczej niż jako gest rozpaczy, a nie realna, przemyślana strategia rozwojowa.

Równie palącą kwestią, wymagającą natychmiastowych, skoordynowanych działań na szczeblu europejskim i krajowym, jest katastrofalne niedopasowanie kompetencyjne, które z roku na rok paraliżuje europejskie rynki pracy, uniemożliwiając skuteczną alokację zasobów ludzkich i skazując setki tysięcy osób na wielomiesięczne, często wieloletnie pozostawanie poza rynkiem pracy lub funkcjonowanie w szarej strefie. Powiatowe urzędy pracy, dysponujące ograniczonymi środkami i kompetencjami, próbują organizować kursy przekwalifikowujące i staże, ale skala tych działań jest nieporównywalna z potrzebami, a ich jakość, zwłaszcza w przypadku zawodów przyszłości związanych z nowoczesnymi technologiami, budzi poważne zastrzeżenia. Programy szkoleniowe finansowane ze środków unijnych, choć dostępne w dużej ilości, cierpią na chroniczną chorobę europejskich polityk publicznych: są rozproszone, nieskoordynowane i oderwane od rzeczywistych potrzeb pracodawców, którzy zamiast marnować czas i pieniądze na biurokratyczne procedury, woleliby sami decydować o tym, jakich specjalistów i w jaki sposób szkolić, korzystając z publicznego dofinansowania.

Polityka przemysłowa Unii Europejskiej, która przez dekady ograniczała się głównie do ochrony konkurencji, kontroli pomocy publicznej i harmonizacji norm technicznych, dziś, w obliczu bezprecedensowych wyzwań geopolitycznych i technologicznych, musi zostać poddana gruntownej, radykalnej rewizji. Potrzebne są nie tylko miliardy euro na inwestycje w półprzewodniki, baterie i technologie wodorowe, ale przede wszystkim zmiana filozofii myślenia o roli państwa w gospodarce, która w Europie, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych i Chin, od dziesięcioleci sprowadza się do pasywnego zarządzania procesami dostosowawczymi, zamiast aktywnego kreowania przyszłości i budowania przewag komparatywnych w sektorach o najwyższym potencjale wzrostu.

Niezwykle istotną, choć często pomijaną w debacie publicznej, rolę w procesie stabilizacji europejskiego rynku pracy odgrywają związki zawodowe i szeroko rozumiany dialog społeczny. W Niemczech, Austrii, Holandii i krajach skandynawskich silne, reprezentatywne organizacje pracownicze są nie tylko partnerem społecznym dla pracodawców, ale także aktywnym uczestnikiem procesów restrukturyzacyjnych, negocjującym pakiety socjalne, programy przekwalifikowujące i ścieżki wcześniejszych emerytur, które amortyzują negatywne skutki zwolnień grupowych i pozwalają zachować społeczną akceptację dla nieuchronnych, bolesnych decyzji gospodarczych. W Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie związkowa kultura negocjacji zbiorowych jest znacznie słabiej rozwinięta, a uzwiązkowienie sięga często jednocyfrowych wartości procentowych, procesy dostosowawcze przebiegają w sposób znacznie bardziej chaotyczny, konfliktogenny i obciążający pracowników.

Nie można pominąć kwestii zachęt dla firm do utrzymywania miejsc pracy w okresie przejściowego spowolnienia gospodarczego, które są stałym elementem arsenału polityki makroostrożnościowej w większości rozwiniętych gospodarek rynkowych. Niemiecki Kurzarbeit, sprawdzony podczas kryzysu finansowego 2008–2009 i pandemicznego załamania 2020–2021, pozwolił uratować miliony miejsc pracy, które w normalnych warunkach zostałyby bezpowrotnie zniszczone, a ich odtworzenie po ustąpieniu recesji byłoby procesem długotrwałym i kosztownym. Polska, która podczas pandemii z powodzeniem wdrożyła własne, uproszczone wersje tego mechanizmu, dziś, w obliczu narastających trudności w przemyśle ciężkim i motoryzacyjnym, powinna rozważyć jego trwałe wkomponowanie w system zabezpieczenia społecznego, jako instrument antycykliczny, uruchamiany automatycznie po spełnieniu określonych warunków makroekonomicznych.

Inwestycje w sektory przyszłości, takie jak zielona energia, biotechnologia, medycyna spersonalizowana, gospodarka o obiegu zamkniętym i zaawansowane usługi cyfrowe, są nie tylko sposobem na tworzenie nowych, dobrze płatnych miejsc pracy, ale także warunkiem koniecznym utrzymania przez Europę jakiegokolwiek wpływu na kształt globalnego ładu gospodarczego i technologicznego w nadchodzących dekadach. Nie można jednak oczekiwać, że prywatny kapitał, kierujący się przede wszystkim krótkookresową maksymalizacją zysku i awersją do ryzyka regulacyjnego i geopolitycznego, sam z siebie dokona gigantycznej reallokacji środków, która jest dziś w Europie koniecznością. Rolą państwa, zarówno na szczeblu krajowym, jak i europejskim, jest nie tylko stwarzanie warunków ramowych dla inwestycji, ale także aktywne współfinansowanie projektów o podwyższonym ryzyku technologicznym, długim horyzoncie zwrotu i kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa ekonomicznego i suwerenności kontynentu. Bez tego rodzaju interwencjonizmu, który w Stanach Zjednoczonych jest praktykowany od dekad i przynosi spektakularne rezultaty w postaci dominacji amerykańskich korporacji technologicznych na światowych rynkach, Europa skazana jest na stopniową, acz nieuchronną marginalizację w globalnym podziale pracy.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu