Rok 2025 był koszmarem dla pszczelarzy – zbiory miodu spadły o 40 proc. do 17 tys. ton, a w wielu regionach nie pozyskano ani kilograma miodu akacjowego. Rok 2026 może być przełomowy: rynek uczy się funkcjonować w warunkach niedoboru, rosnących kosztów i rewolucji regulacyjnej. Od czerwca UE wymaga ujawniania procentowego udziału każdego kraju pochodzenia w mieszankach miodów. Polska buduje Bazę Miodów, by nadać rodzimemu produktowi unikalny „odcisk palca”. Pytanie, czy słoik za 50 zł stanie się normą, a konsumenci zaakceptują nowe ceny.
- W 2025 roku produkcja miodu w Polsce spadła do około 17 tys. ton (z 25-28 tys. w latach urodzajnych), czyli o 40 proc. Średni uzysk z ula wyniósł 10-12 kg, a na północy spadł nawet poniżej 8 kg. Główne przyczyny to wiosenne przymrozki, niszczące uprawy rzepaku i wczesnych roślin miododajnych, oraz wyjątkowo silne nasilenie warrozy, które osłabiło rodziny pszczele.
- Koszty produkcji wzrosły o 20-30 proc. (paliwo, energia, leki), a presja ze strony importu nie słabnie. Ukraina wyeksportowała do UE 36,4 tys. ton miodu (70 proc. całego eksportu), obniżając ceny skupu w Polsce o 15-25 proc. Do tego dochodzi tani import z Chin, oferujący produkty przemysłowe po cenach kilkukrotnie niższych od kosztów produkcji w Europie.
- W październiku 2025 IJHARS zatrzymał 43,5 tony chińskiego miodu z powodu niewłaściwych cech organoleptycznych. To sygnał ostrzegawczy dla konsumentów – tani miód z Chin może nie spełniać unijnych norm. W I połowie 2025 najwięcej zatrzymań dotyczyło produktów z Chin (12 partii), Ukrainy (11) i Turcji (10).
- Od czerwca 2026 nowe przepisy UE wymagają, by na etykiecie mieszanki miodów podawać procentowy udział każdego kraju pochodzenia w kolejności malejącej. To koniec ogólników typu „mieszanka miodów z UE i spoza UE”. Dla producentów to kosztowna zmiana (nowe etykieciarki, systemy IT), ale dla konsumentów – większa przejrzystość i możliwość świadomego wyboru polskiego produktu.
- Pod koniec 2025 zainicjowano projekt Bazy Polskich Miodów – referencyjnego zbioru autentycznych próbek, który ma nadać rodzimemu miodowi unikalny „odcisk palca” dzięki zaawansowanym metodom analitycznym. To szansa dla spółdzielni pszczelarskich, by udowodnić autentyczność produktu i konkurować jakością z tanim importem. Słoik dobrego miodu może kosztować 50 zł, ale konsumenci zyskają pewność, że kupują prawdziwy polski produkt.
Gdy pod koniec 2025 roku zaczęły spływać pierwsze podsumowania sezonu pszczelarskiego, w branży zapadła grobowa cisza. Dane były bezlitosne: całkowita produkcja miodu w Polsce nie przekroczyła 17 tysięcy ton, podczas gdy w latach urodzajnych sięgała 25–28 tysięcy ton . Oznaczało to spadek o około 40 procent w porównaniu z 2023 rokiem, który był jednym z lepszych sezonów w ostatnim pięcioleciu . W wielu pasiekach średni uzysk z ula wyniósł zaledwie 10–12 kilogramów, a w północnych województwach, zwłaszcza na Warmii i Mazurach, Kujawach i Pomorzu, spadł nawet poniżej 8 kilogramów . Dla porównania, w normalnych latach były to wartości dwukrotnie wyższe.
Stowarzyszenie Polska Izba Miodu, reprezentujące producentów, konfekcjonerów i dystrybutorów, w swoim apelu z końca roku nie zostawiło złudzeń.
– Europa stoi dziś wobec najpoważniejszego kryzysu pszczelarskiego od ponad dwóch dekad – czytamy w dokumencie. W skali całej Unii Europejskiej produkcja obniżyła się o około 35 procent, co oznacza, że Stary Kontynent pokrywa dziś jedynie 55–60 procent własnego zapotrzebowania na miód. Najbardziej dotkliwy jest deficyt miodów odmianowych: akacjowego, lipowego, gryczanego i spadziowego, czyli tych, które polscy konsumenci cenią najbardziej i za które są gotowi płacić wyższe ceny.
Przyczyny tego dramatu są złożone. Już w połowie maja 2025 roku silne przymrozki zniszczyły znaczną część upraw rzepaku, sadów owocowych i wczesnych roślin miododajnych w północnej i centralnej Polsce. Pszczoły zostały pozbawione podstawowego źródła pożytku w pierwszej fazie sezonu, co nie tylko ograniczyło zbiory, ale przede wszystkim zahamowało rozwój rodzin i zmniejszyło ich potencjał produkcyjny na resztę roku. W województwach północnych przymrozki zniszczyły pożytki rzepakowe niemal całkowicie, a pszczelarze w rozmowach z mediami nie wahali się mówić o „najgorszym sezonie od dekady”. W centralnej Polsce sytuację pogorszyły długotrwałe opady i chłodne noce, które utrudniały loty pszczół i proces nektarowania. Na południu, w Małopolsce i na Podkarpaciu, choć zbiory wczesne udało się częściowo pozyskać, to lipy i spadź zawiodły z powodu niestabilnych warunków pogodowych.
Do tego doszły problemy biologiczne. W wielu pasiekach zaobserwowano wyjątkowo silne nasilenie warrozy, choroby pasożytniczej wywoływanej przez roztocza, które żerują na pszczołach i przenoszą wirusy. Jak podkreśla dr Piotr Semkiw z Instytutu Ogrodnictwa w Puławach, presja tej choroby rośnie wraz z ociepleniem klimatu, wydłużonym sezonem czerwiu i coraz trudniejszą kontrolą populacji roztoczy w ulach. Osłabione rodziny pszczele miały trudności z odbudową siły, co ograniczyło nie tylko zbiory, ale także potencjał przetrwania zimy. Pszczelarze relacjonowali sytuacje, w których „miód skrystalizował się już w plastrach” i nie dało się go odwirować, bo był twardy jak kamień.
Koszty produkcji rosną, a presja cenowa ze strony importu nie słabnie
Gdyby problemem były tylko złe zbiory, sytuacja byłaby trudna, ale do opanowania. Niestety, rok 2025 był także wyjątkowo trudny ekonomicznie. Ceny paliwa, energii, leków weterynaryjnych i materiałów pasiecznych wzrosły o 20–30 procent, podczas gdy popyt wewnętrzny na miód nie nadążał za wzrostem kosztów. Wielu pszczelarzy, zwłaszcza prowadzących małe, rodzinne gospodarstwa, po raz pierwszy od lat odnotowało realne straty finansowe.
Dodatkowym ciosem okazała się presja ze strony importu. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy 2025 roku Ukraina wyeksportowała 36,4 tysiąca ton miodu o wartości 84 milionów dolarów, z czego aż 70 procent trafiło do Unii Europejskiej. Mimo trudnych warunków wojennych, ukraiński sektor pszczelarski modernizuje produkcję i wzmacnia kontrolę jakości, co pozwala mu oferować produkt konkurencyjny cenowo. W Polsce miód z Ukrainy obniża ceny skupu o 15–25 procent i utrudnia sprzedaż miodów masowych . Do tego dochodzi masowy import taniego miodu z Chin, który oferuje produkty przemysłowe po ekstremalnie niskich cenach, często kilkukrotnie niższych od kosztów produkcji w Europie.
Polscy pszczelarze muszą dziś konkurować równocześnie z dwoma kierunkami importu, co w sytuacji dramatycznie niskich zbiorów własnych staje się zadaniem niemal niewykonalnym. Ich jedyną szansą jest konkurowanie jakością, sprzedażą bezpośrednią i produktami premium, bo rynek przemysłowy jest coraz bardziej zalewany tanią ofertą z Ukrainy i Chin.
Sygnał ostrzegawczy z granicy, czyli 43 tony chińskiego miodu zatrzymane
W październiku 2025 roku wydarzyło się coś, co może być zapowiedzią nadchodzących zmian. Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych w Bydgoszczy wydała decyzję o zakazie wprowadzenia do obrotu na teren Polski dwóch partii miodów importowanych z Chin o łącznej masie 43,5 tony. Powód? Niewłaściwe cechy organoleptyczne – zapach i smak były obce, nietypowe dla miodu. Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności, co oznacza, że towar nie mógł trafić do sprzedaży.
To nie był odosobniony przypadek. W pierwszej połowie 2025 roku najwięcej zatrzymań towarów na granicy dotyczyło produktów z Chin (12 partii), Ukrainy (11 partii) i Turcji (10 partii). Najczęstsze powody to błędne oznakowanie, obecność szkodników oraz niezgodność z wymaganiami dla produktów ekologicznych. W przypadku chińskiego miodu problemem okazały się właśnie cechy organoleptyczne, które wzbudziły podejrzenia inspektorów.
Dla polskich konsumentów to sygnał ostrzegawczy. Tani miód z Chin, który zalewa europejskie rynki, może nie być tym, za co się podaje. Jego produkcja na masową skalę, często z wykorzystaniem syropów cukrowych i innych dodatków, sprawia, że odbiega od norm jakościowych obowiązujących w Unii Europejskiej. Coraz częstsze kontrole i zatrzymania na granicach pokazują, że problem jest poważny, a walka z fałszerstwami dopiero się zaczyna.
Rewolucja na etykiecie, czyli nowe przepisy UE od czerwca 2026
W tym kontekście kluczowe znaczenie mają zmiany regulacyjne, które wejdą w życie w połowie 2026 roku. Od czerwca każdy słoik mieszanki miodów będzie musiał zawierać dokładny wykaz krajów pochodzenia w kolejności malejącej według udziału wagowego, wraz z procentowym udziałem każdego z nich. Celem jest większa przejrzystość i walka z fałszerstwami, które od lat są plagą rynku.
W praktyce oznacza to, że producent, który do tej pory mógł na etykiecie umieścić ogólnikowe „mieszanka miodów z UE i spoza UE”, teraz będzie musiał ujawnić, że w słoiku znajduje się na przykład 42 procent miodu z Ukrainy, 36 procent z Węgier i 22 procent z Polski. Dla konsumentów to rewolucja, bo wreszcie będą mogli świadomie wybierać produkt wspierający rodzimych pszczelarzy. Dla producentów to jednak kosztowne wyzwanie – konieczność inwestycji w nowe etykieciarki, drukarki, aktualizację systemów IT i przeprojektowanie opakowań, często rzędu dziesiątek lub setek tysięcy złotych.
Przez pewien czas na półkach sklepowych funkcjonować będą równolegle nawet cztery różne systemy oznaczeń, co może wprowadzić chaos wśród konsumentów . Ale w dłuższej perspektywie zmiana idzie w dobrym kierunku.
– Konsument ma prawo wiedzieć, co dokładnie znajduje się w słoiku – podkreśla Przemysław Rujna, Sekretarz Generalny Polskiej Izby Miodu, zaznaczając jednak, że bez realistycznego podejścia do wdrożenia nowe przepisy mogą przynieść więcej zamieszania niż przejrzystości.
Równolegle w Polsce pojawił się obowiązek rejestracji każdej pasieki niezależnie od liczby uli i celu utrzymywania pszczół . Wraz z pełnym wdrożeniem unijnego Prawa o zdrowiu zwierząt, pszczoły zostały formalnie uznane za zwierzęta gospodarskie, a utrzymywanie nawet jednego ula wymaga zgłoszenia do Powiatowego Lekarza Weterynarii. To nie nowa forma kontroli, ale element budowania systemu bezpieczeństwa epizootycznego, który ma chronić całą populację pszczół w kraju.
Baza Polskich Miodów, czyli unikalny „odcisk palca” dla rodzimego produktu
Pod koniec 2025 roku w siedzibie Głównego Inspektora Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych w Warszawie zainicjowano projekt, który może okazać się punktem zwrotnym dla całej branży. To Baza Polskich Miodów – referencyjny zbiór autentycznych próbek z polskich pasiek, który ma nadać rodzimemu miodowi unikalny „odcisk palca”.
Projekt opiera się na szerokiej współpracy instytucji publicznych i branży, co daje realną szansę na stworzenie trwałego narzędzia wzmacniającego przejrzystość rynku i zaufanie konsumentów. W praktyce chodzi o to, by dzięki zaawansowanym metodom analitycznym, takim jak spektroskopia, analiza izotopów stabilnych czy chemometria, móc jednoznacznie stwierdzić, czy dany miód pochodzi z polskiej pasieki, czy też jest produktem importowanym, a może fałszowanym.
Dla polskich spółdzielni pszczelarskich to szansa, na którą czekały latami. Jeśli uda się stworzyć system, który pozwoli konsumentom weryfikować pochodzenie miodu za pomocą kodu QR lub numeru partii, autentyczny polski produkt zyska przewagę nad tanim importem. Konsumenci, coraz bardziej świadomi i wymagający, będą mogli świadomie wybierać miód z konkretnego regionu, od konkretnego pszczelarza, wspierając lokalną gospodarkę i mając pewność, że dostają produkt najwyższej jakości.
Rok 2026 jako test dla branży i konsumentów
Wszystkie te czynniki – katastrofalne zbiory, rosnące koszty, presja importowa, nowe regulacje i walka z fałszerstwami – składają się na obraz roku 2026 jako momentu przełomowego dla polskiego pszczelarstwa. Pytanie, czy rodzima branża przetrwa ten test, nie ma prostej odpowiedzi.
Z jednej strony sytuacja jest dramatyczna. Deficyt miodu, zwłaszcza odmianowego, będzie się pogłębiał, a ceny w hurcie i detalu pójdą ostro w górę. Słoik dobrego polskiego miodu za 50 złotych może stać się normą, a nie wyjątkiem . To bariera, która może odstraszyć wielu konsumentów, zwłaszcza tych o niższych dochodach, którzy sięgną po tańsze zamienniki z importu.
Z drugiej strony, zmieniające się przepisy i rosnąca świadomość konsumentów grają na korzyść rodzimych producentów. Ci, którzy potrafią zbudować markę, udowodnić autentyczność swojego produktu i nawiązać bezpośrednią relację z klientami, mogą na kryzysie skorzystać. Rynek miodów masowych, przemysłowych, opartych na taniej mieszance z niepewnych źródeł, będzie się kurczył. Rośnie za to popyt na miody lokalne, odmianowe, z certyfikatem pochodzenia, które są postrzegane jako produkt premium, wart wyższej ceny.
Kluczową rolę odegrają tu spółdzielnie pszczelarskie, które mogą stać się pomostem między małymi, rodzinnymi pasiekami a wymagającym rynkiem. To one mają potencjał, by inwestować w nowe etykieciarki, spełniać rygorystyczne normy unijne, budować marki regionalne i eksportować polski miód na rynki zachodnie, gdzie cena nie jest jedynym kryterium wyboru. Ale to wymaga kapitału, którego wielu pszczelarzom brakuje po fatalnym sezonie 2025.
Fot. Unsplash.

