Europejski przemysł dostaje czarną polewkę. Ceny energii są ponad dwa razy wyższe niż w Ameryce i Chinach. Firma Heidelberg Materials, jeden z największych producentów cementu na świecie, mówi wprost: przenosimy inwestycje za ocean. Bruksela obiecuje pomoc, ale przedsiębiorcy mają już dość czekania.
- Ceny energii elektrycznej dla przemysłu w Europie są ponad dwukrotnie wyższe niż w USA i Chinach, co zwiększa koszty produkcji.
- Wysokie rachunki wynikają m.in. z utraty taniego rosyjskiego gazu, przeciążonej sieci, podatków krajowych i systemu handlu emisjami CO2.
- Raport Deloitte wskazuje, że UE pozostaje w tyle za USA i Chinami także pod względem biurokracji i kosztów operacyjnych.
- Komisja Europejska proponuje m.in. programy wsparcia sektorów energochłonnych, pilotażowe korporacyjne umowy zakupu energii (PPAs) oraz obniżki podatków od prądu.
- Firmy przestrzegają, że wysokie ceny energii mogą skłaniać europejskie przedsiębiorstwa do przenoszenia inwestycji poza kontynent.
Gdyby zapytać przeciętnego Europejczyka, co najbardziej doskwiera mu w codziennym życiu, z pewnością wymieniłby wysokie rachunki za energię. To samo mówią dziś szefowie największych firm na Starym Kontynencie. Tyle że w ich przypadku chodzi nie o kilkaset złotych miesięcznie, ale o miliony euro, które bezpowrotnie uciekają z kasy, zamiast trafić na nowe maszyny, badania i rozwój czy podwyżki dla pracowników.
Dane są bezlitosne. Przemysłowe ceny prądu w Unii Europejskiej są średnio o 120 procent wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. W porównaniu z Chinami też wypadamy blado. Co gorsza, ta różnica wcale nie maleje. Wręcz przeciwnie – Amerykanie uruchamiają kolejne elektrownie gazowe i atomowe, a Chiny zalały świat tanimi panelami fotowoltaicznymi i bateriami. Europa tymczasem ugrzęzła we własnych regulacjach.
Skąd te kosmiczne ceny? Powodów jest kilka, a wszystkie łączą się w jeden, wielki problem. Po pierwsze, straciliśmy tani rosyjski gaz. Po drugie, system handlu emisjami CO₂, który miał być motorem zielonej transformacji, stał się maszynką do podbijania rachunków. Po trzecie, każdy kraj dokłada własne podatki i opłaty. W efekcie hurtowa cena prądu jest wysoka, a potem państwo jeszcze ją podwaja, a czasem nawet potraja.
Do tego dochodzi archaiczny system ustalania cen na giełdach energii. W uproszczeniu działa to tak: przez większość dnia prąd z wiatraków czy słońca jest tani, ale gdy tylko zaczyna go brakować, cenę dyktują elektrownie gazowe. A gaz w Europie, odkąd Rosja odkręciła kurek, kosztuje majątek. Nawet jeśli tylko kilka procent energii pochodzi z gazu, to i tak cały rynek płaci tyle, ile zażąda ostatnia, najdroższa elektrownia.
Eksperci od lat powtarzają, że to chore i że trzeba oddzielić ceny prądu od kosztów paliw kopalnych. Ale zmiany idą jak po grudzie.
Cementowy gigant mówi dość
Najbardziej wymownym dowodem na to, że sytuacja jest naprawdę poważna, są decyzje podejmowane przez firmy, które przez dekady były filarami europejskiego przemysłu. Jon Morrish, szef Heidelberg Materials na Europę, wprost powiedział w środę agencji Reuters, że jego koncern zaczyna przenosić część inwestycji poza kontynent.
Gdzie? Do Stanów Zjednoczonych. Tam energia jest nie tylko tańsza, ale przede wszystkim stabilniejsza cenowo. Amerykański biznesmen może dziś mniej więcej oszacować, ile zapłaci za prąd za rok czy dwa lata. Europejski przedsiębiorca żyje jak na huśtawce – ceny skaczą w górę i w dół, a jedyną pewnością jest to, że w rachunku zawsze znajdzie się jakaś nowa opłata.
Heidelberg Materials to nie jest przypadkowa firma. To jeden z największych producentów cementu, kruszyw i betonu na świecie. Jego zakłady są rozsiane po całej Europie, zatrudniają tysiące ludzi. Jeśli taki gigant decyduje się na krok, który jeszcze kilka lat temu był nie do pomyślenia, to znaczy, że próg bólu został dawno przekroczony.
Decyzja nie jest łatwa. W Ameryce koszty pracy są wyższe, konkurencja ze strony rodzimych producentów jest zacięta, a przepisy bywają skomplikowane. Ale rachunek ekonomiczny nie pozostawia złudzeń. Przy takich różnicach w cenach energii produkcja w Europie po prostu przestaje się opłacać. Jeśli nic się nie zmieni, wkrótce za Heidelberg Materials pójdą kolejni.
Deloitte nie pozostawia złudzeń. Przegrywamy nie tylko cenami
Firma doradcza Deloitte opublikowała właśnie raport, który powinien zapalić czerwoną lampkę w każdej brukselskiej instytucji. Analitycy porównali warunki prowadzenia biznesu w Unii Europejskiej, Stanach Zjednoczonych i Chinach. Wnioski są miażdżące.
Po pierwsze, ceny energii. Tu jesteśmy najgorsi w całym zestawieniu. Nawet Brazylia, Indie czy Turcja mają tańszy prąd dla przemysłu. A przecież jeszcze dekadę temu mówiliśmy o tych krajach jako o egzotycznych, ryzykownych kierunkach inwestycyjnych. Dziś to Europa jest postrzegana jako miejsce, gdzie koszty prowadzenia działalności są niebotyczne.
Po drugie, biurokracja. Deloitte wyliczył, że europejscy przedsiębiorcy wydają średnio 3 procent swoich rocznych przychodów na spełnianie wymogów administracyjnych i regulacyjnych. W przypadku małych firm to ogromny ciężar. W przypadku gigantów, takich jak Heidelberg Materials, ArcelorMittal czy BASF, to dziesiątki milionów euro rocznie, które mogłyby trafić na badania, rozwój albo nowe miejsca pracy.
I tu pojawia się pewien paradoks. Bruksela, zamiast upraszczać przepisy i obniżać koszty, szykuje właśnie kolejne regulacje. Chce wprowadzić wymóg Made in Europe dla towarów kupowanych w ramach zamówień publicznych. Brzmi dumnie: będziemy kupować tylko europejskie produkty, wesprzemy rodzimy przemysł, uniezależnimy się od Chin.
Tyle że to działa w dwie strony. Jeśli zamkniemy rynek, Chińczycy i Amerykanie zrobią to samo. W protekcjonistycznej grze nikt jeszcze nie wygrał na dłuższą metę. A poza tym – jaki sens ma wymuszanie europejskiego pochodzenia, skoro europejskie fabryki i tak przenoszą się za ocean?
Bruksela odpowiada, ale czy to wystarczy?
Komisja Europejska nie mogła pozostać głucha na ten dramatyczny apel. I rzeczywiście, odpowiedziała pakietem działań. Tyle że eksperci i sami przedsiębiorcy są zgodni: to za mało i za późno.
Pierwszy filar to Clean Industrial Deal. Pod tą nazwą kryje się zestaw zaleceń dla państw członkowskich, aby korzystały z unijnych ram pomocy publicznej i rekompensowały swoim firmom pośrednie koszty emisji CO₂. Innymi słowy: Bruksela pozwala rządom dawać pieniądze hutom, cementowniom i zakładom chemicznym, żeby jakoś przetrwały.
Tyle że to nie jest żadna reforma. To doraźne łatanie dziur. Pomoc publiczna jest tymczasowa, niepewna i w dodatku zależna od kondycji budżetowej poszczególnych krajów. Bogate Niemcy mogą sobie pozwolić na dopłaty do przemysłu. Biedniejsza Grecja czy Portugalia już niekoniecznie.
Drugi filar to wsparcie dla korporacyjnych umów zakupu energii. Chodzi o to, żeby zachęcić firmy do podpisywania długoterminowych kontraktów bezpośrednio z producentami prądu z wiatraków czy farm słonecznych. Brzmi rozsądnie. Tyle że to program pilotażowy, na małą skalę, z ograniczonym budżetem. Nie zmieni on sytuacji całego europejskiego przemysłu.
Trzeci filar to zalecenia dla państw członkowskich, aby obniżyły podatki od energii. I tu dochodzimy do sedna. Komisja może apelować, ale decyzja należy do rządów. A te, zadłużone po uszy i wydające fortunę na emerytury, służbę zdrowia i pomoc społeczną, nie palą się do rezygnacji z dochodów. Zwłaszcza że wyborcy wolą dopłaty do ogrzewania niż obniżki cen prądu dla hutników.
Wybór, przed którym stoi Europa
Spór o ceny energii to tak naprawdę spór o to, czy Europa chce jeszcze mieć własny przemysł. Czy gotowa jest poświęcić kolejne gałęzie gospodarki, tak jak kilkadziesiąt lat temu poświęciła górnictwo węgla kamiennego i hutnictwo żelaza?
Dotychczasowa strategia Brukseli polegała na łączeniu sprzeczności. Z jednej strony ambitne cele klimatyczne, najwyższe na świecie opłaty za emisję CO₂, zaostrzanie norm emisyjnych. Z drugiej strony – doraźne programy pomocowe, wyjątki od reguł konkurencji, protekcjonistyczne pomysły w rodzaju Made in Europe.
Ta strategia się wyczerpała. Przedsiębiorcy nie chcą już łatać dziur. Chcą stabilnych, przewidywalnych warunków prowadzenia biznesu. Chcą energii w cenie, która nie odbiera im marży. I chcą, żeby ktoś wreszcie powiedział im jasno, czy Europa jest jeszcze miejscem do inwestowania, czy już tylko do zwijania interesów.
Fot. Unsplash.

