UE bez rosyjskiego gazu? LNG z USA nową zależnością

Europa wygasza import z Rosji, ale zwiększa zakupy LNG z USA. Komisarz ds. energii mówi wprost o „wymianie jednej zależności na drugą”, a dane nie pozostawiają złudzeń: w styczniu 2026 roku Amerykanie pokryli 60 proc. unijnego importu LNG. Czy strategiczna autonomia okazała się fikcją?

  • W styczniu 2026 r. Stany Zjednoczone odpowiadały za 60 proc. unijnego importu LNG.
  • UE planuje całkowity zakaz importu rosyjskiego LNG od początku 2027 roku.
  • Prognozy wskazują, że udział amerykańskiego LNG może wzrosnąć do 65 proc. w 2026 r.
  • UE importuje gaz także z Norwegii, Kataru, Algierii i Azerbejdżanu.
  • Rozwój morskiej energetyki wiatrowej ma ograniczyć zależność od importu paliw.

Rada Unii Europejskiej zatwierdziła 26 stycznia 2026 roku rozporządzenie o stopniowym zakazie importu rosyjskiego gazu. Był to niewątpliwie moment historycznego przełomu. Po czterech latach wojny Europa zyskała wreszcie prawnie wiążący instrument odcięcia się od wschodnich dostaw. Całkowity zakaz LNG z Rosji wejdzie w życie z początkiem 2027 roku. Z kolei rosyjski gaz rurociągowy zniknie jesienią tego samego roku.

Dane za styczeń 2026 roku szybko ostudziły jednak euforię. Stany Zjednoczone dostarczyły bowiem do Unii Europejskiej 5,36 miliona ton skroplonego gazu ziemnego. Co istotne, wolumen ten odpowiadał 60 procentom całego unijnego importu LNG. Wynik był tym samym drugim najwyższym miesięcznym w historii. Dla porównania, w styczniu 2025 roku udział USA wynosił 53 procent. Co więcej, prognozy Kpler na cały 2026 rok mówią już o 65 procentach.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna przewiduje, że w 2026 roku Europa zaimportuje ponad 185 miliardów metrów sześciennych LNG. Będzie to absolutny rekord. Wzrost napędzają przede wszystkim Stany Zjednoczone. To amerykańskie terminale w latach 2025–2026 oddają do użytku nowe moce skraplające, zwiększając globalną podaż o około 40 miliardów metrów sześciennych rocznie.

Umowa stulecia za 750 miliardów

Aby w pełni zrozumieć skalę amerykańskiej dominacji, trzeba cofnąć się do lipca 2025 roku. Unia Europejska podpisała wówczas porozumienie handlowe z administracją Donalda Trumpa. Na mocy tej umowy zobowiązała się do zakupu amerykańskiej energii za 750 miliardów dolarów w ciągu zaledwie trzech lat. Co ważne, kontrakt obejmuje nie tylko LNG, ale także ropę naftową i węgiel.

Instytut Ekonomii Energii i Analiz Finansowych opublikował 18 stycznia 2026 roku alarmujący raport. IEEFA jednoznacznie wskazuje, że porozumienie skutecznie uzależnia unijne dostawy od jednego sprzedawcy. Tym samym podważa fundamenty strategii REPowerEU. Program ten miał przecież opierać się na dywersyfikacji kierunków importu, redukcji popytu i rozwoju własnych odnawialnych źródeł energii.

Ana Maria Jaller-Makarewicz, główna analityczka IEEFA ds. Europy, wylicza alternatywę. Otóż gdyby Europa zainwestowała 750 miliardów dolarów w odnawialne źródła, mogłaby wybudować 546 gigawatów mocy wiatrowej i słonecznej. Dla porównania, cała obecna moc zainstalowana farm wiatrowych w UE to około 220 gigawatów. Inwestycja wystarczyłaby nie tylko do uniezależnienia się od importu paliw kopalnych, ale także do trwałego obniżenia cen energii elektrycznej dla przemysłu i gospodarstw domowych.

Tymczasem unijne kraje podpisały długoterminowe kontrakty na amerykański LNG. Zrobiły to podczas tegorocznych konferencji Gastech w Mediolanie i P-TEC w Atenach. IEEFA ostrzega, że te umowy zablokowały Europie drogę do szybkiej redukcji emisji. Co gorsza, zablokowały także możliwość osiągnięcia realnej autonomii energetycznej w przewidywalnym horyzoncie czasowym.

Scenariusz na 2030 rok, opracowany przez IEEFA, zakłada, że jeśli wszystkie ogłoszone dotychczas kontrakty zostaną zrealizowane, Stany Zjednoczone będą pokrywać od 75 do 80 procent unijnego importu LNG. W praktyce przełoży się to na około 40 procent całkowitego zużycia gazu w Europie.

Komisarz Jorgensen: „To był sygnał alarmowy”

Unijne instytucje doskonale zdają sobie sprawę z pułapki, w jaką wpadły. Dan Jorgensen, komisarz ds. energii, jeszcze niedawno z entuzjazmem witał amerykańskie dostawy jako dowód transatlantyckiej solidarności. Dziś jednak mówi językiem, jakiego w Brukseli dawno nie słyszano.

W rozmowie z Reutersem otwarcie przyznał, że kryzys wywołany wypowiedziami Donalda Trumpa o zamiarze przejęcia Grenlandii był dla Europy sygnałem alarmowym.

Ryzykujemy zastąpienie jednej zależności drugą – ostrzegł komisarz, nie owijając w bawełnę.

Jego słowa tym bardziej uderzają, że import rosyjskiego LNG do Europy wciąż się utrzymuje. Udział Rosji systematycznie spada – z blisko 50 procent w 2021 roku do około 12 procent pod koniec 2025 roku. Mimo to w styczniu 2026 roku 19 procent unijnego importu LNG wciąż pochodziło z Rosji.

Są to przede wszystkim dostawy z arktycznego zakładu Jamał LNG, który ma roczne moce produkcyjne na poziomie 16,5 miliona ton. Obiekt w dalszym ciągu wysyła trzy czwarte swojej produkcji do Europy. W ten sposób wykorzystuje lukę czasową przed wejściem w życie całkowitego zakazu, który zgodnie z rozporządzeniem Rady UE nastąpi z początkiem 2027 roku.

Rosyjska agencja TASS, powołując się na dane Finam Financial Group, prognozuje, że w całym 2026 roku Unia Europejska kupi od Rosji około 30 miliardów metrów sześciennych gazu. Kolejne 170–175 miliardów metrów popłynie rurociągami, głównie przez Turcję. Są to wciąż ogromne wolumeny. Stanowią bowiem około 10 procent europejskiego zużycia. To jednak zaledwie ułamek tego, co Rosja dostarczała przed 2022 rokiem, gdy jej udział sięgał 45 procent.

Paradoks polega na czymś innym. Udział procentowy Rosji w europejskim imporcie stopniał wprawdzie dramatycznie. W ujęciu bezwzględnym wciąż mówimy jednak o miliardach euro, które każdego roku trafiają do budżetu Kremla. Według szacunków Reuters, w 2024 roku przychody Rosji z eksportu LNG do Europy wyniosły około 7,3 miliarda euro.

Anonimowy urzędnik Komisji ostrzega przed nową zależnością

Politico ujawnia diagnozę anonimowego, wysokiej rangi urzędnika Komisji Europejskiej. Jego zdaniem główną słabością europejskiej polityki energetycznej było i pozostaje to, że dostawy paliw kopalnych przesuwają się z jednego źródła do wielu innych. Źródła te, jak podkreśla, również mogą okazać się niewiarygodne w dłuższej perspektywie.

Nadmierne poleganie na którymkolwiek z nich grozi powtórzeniem problemów, które Europa usiłowała właśnie rozwiązać. Przez lata politycy i urzędnicy przekonywali, że problemem nie jest samo poleganie na imporcie, ale wyłącznie poleganie na jednym, agresywnym dostawcy. Dziś, gdy rosyjski udział w unijnym imporcie gazu spadł z blisko 50 do kilkunastu procent, a amerykański wzrósł z 21 miliardów metrów sześciennych w 2021 roku do szacowanych 81 miliardów w 2025 roku, nagle okazuje się, że sama zmiana flagi na gazowcach nie rozwiązuje strukturalnego problemu koncentracji dostaw.

Różnica między zależnością od Rosji a zależnością od Stanów Zjednoczonych jest oczywiście fundamentalna z politycznego punktu widzenia. Waszyngton nie zbroi się przecież do ataku na państwa bałtyckie. Nie prowadzi wojny hybrydowej przeciwko Europie Środkowej. Co więcej, nie manipuluje dostawami energii, by szantażować sąsiadów.

Z perspektywy czysto energetycznej, technicznej i ekonomicznej mechanizm jest jednak uderzająco podobny. Europa pozostaje uzależniona od dostaw paliwa, którego ceny są ustalane na globalnych rynkach. Przepływy zaś kontrolują podmioty podlegające wyłącznej jurysdykcji obcego państwa.

Norwegia, Katar, Algieria nie są w stanie wypełnić luki

Komisja Europejska i państwa członkowskie nieustannie wymieniają listę alternatywnych dostawców, którzy mają zrównoważyć amerykańską dominację. W pierwszej kolejności wymienia się Norwegię, która utrzymuje dostawy na stabilnym poziomie około 90 miliardów metrów sześciennych rocznie, co stanowi mniej więcej 30 procent europejskiego zużycia. Ponadto w europejskim koszyku importowym pozostają Algieria, Katar i Azerbejdżan.

Żaden z tych dostawców nie jest jednak w stanie konkurować ze Stanami Zjednoczonymi pod względem dynamiki wzrostu i skali nowych mocy eksportowych. Norweski rząd i państwowy koncern Equinor nie planują znaczącego zwiększania wydobycia. Wręcz przeciwnie – według prognoz norweskiego urzędu statystycznego z lutego 2026 roku, inwestycje w sektorze naftowo-gazowym Norwegii spadną w 2026 roku do 255 miliardów koron, a w 2027 roku do 201 miliardów, co oznacza spadek o 27 procent w stosunku do rekordowego 2025 roku.

Katar dysponuje gigantycznymi rezerwami i ambitnymi planami ekspansji. Jego gaz jest jednak znacznie droższy w transporcie do Europy niż amerykański LNG. Ponadto kontrakty długoterminowe na katarski gaz są w przeważającej mierze negocjowane z azjatyckimi gigantami, takimi jak Japonia, Korea Południowa i Chiny. Są oni w stanie płacić wyższe ceny niż osłabiona kryzysem energetycznym Europa.

Dane Departamentu Energii USA są w tej kwestii wyjątkowo wymowne. W samym listopadzie 2025 roku Amerykanie wyeksportowali rekordowe 525,1 miliarda stóp sześciennych LNG, co odpowiada 14,9 miliarda metrów sześciennych. Aż 68 procent tego wolumenu trafiło do Europy. Dla porównania, łączne udziały Wielkiej Brytanii, Holandii, Francji, Turcji i Egiptu w amerykańskim eksporcie sięgały 52 procent.

Energia wiatrowa z Morza Północnego ma problem z czasem i skalą

Władze europejskie, świadome narastającej krytyki, próbują budować narrację alternatywną. Jej centralnym punktem jest rozwój morskiej energetyki wiatrowej na Morzu Północnym. Pod koniec stycznia 2026 roku odbył się w Hamburgu trzeci szczyt państw regionu. Uczestniczyli w nim przywódcy Belgii, Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec, Islandii, Irlandii, Luksemburga, Holandii, Norwegii i Francji.

Efektem szczytu było podpisanie deklaracji o utworzeniu wspólnych, transgranicznych projektów offshore wind. Ich łączna docelowa moc ma wynieść 100 gigawatów. Dla porównania, obecna moc wszystkich farm wiatrowych na Morzu Północnym to około 30 gigawatów.

Komisarz Jorgensen i brytyjski minister energii Ed Miliband ogłosili, że czysta energia produkowana w Europie stanowi realną alternatywę dla rosnącej zależności od importowanego LNG, którego lwia część pochodzi dziś ze Stanów Zjednoczonych.

100 gigawatów morskich farm wiatrowych to bez wątpienia ogromna ilość czystej energii. Przy średnim rocznym współczynniku wykorzystania mocy na poziomie 45 procent, instalacje te mogłyby wyprodukować około 400 terawatogodzin energii elektrycznej rocznie. To mniej więcej tyle, ile wynosi roczne zużycie energii elektrycznej w Niemczech i Francji łącznie.

Problem leży jednak przede wszystkim w harmonogramie. Realizacja tych ambitnych planów to perspektywa co najmniej 2030 roku, a zdaniem sceptyków – raczej 2035. Tymczasem problem amerykańskiego LNG i związanej z nim zależności jest problemem tu i teraz.

Ponadto wiatr nie wieje na żądanie, a magazynowanie energii na tak ogromną skalę wciąż pozostaje technologicznym i ekonomicznym wyzwaniem, mimo postępów w rozwoju baterii i innych technologii magazynowania. Donald Trump w zeszłym tygodniu na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos otwarcie szydził z turbin wiatrowych, nazywając Europejczyków, którzy je instalują, „przegranymi”. Jego administracja nie pozostawia złudzeń co do postrzegania europejskich ambicji klimatycznych.

Dylemat bez dobrego wyjścia

Gdy spojrzeć na europejski rynek gazu z lotu ptaka, widać proces bez precedensu w najnowszej historii gospodarczej kontynentu. W ciągu zaledwie czterech lat import rosyjskiego gazu spadł z blisko 50 do około 10–12 procent całkowitego zużycia. To bez wątpienia gigantyczny sukces logistyczny, dyplomatyczny i cywilizacyjny. Pozbawił bowiem Kreml najpotężniejszej broni, jaką dysponował w relacjach z Zachodem przez ostatnie pięćdziesiąt lat.

Każde zwycięstwo niesie jednak zalążki nowych problemów. Gdy spadało znaczenie Rosji, systematycznie i dynamicznie rosło znaczenie Ameryki. Skala tego wzrostu jest absolutnie bezprecedensowa. Amerykański eksport LNG do Europy wzrósł z 21 miliardów metrów sześciennych w 2021 roku do szacowanych 81 miliardów w 2025 roku, czyli niemal czterokrotnie. Dziś, w lutym 2026 roku, Unia Europejska finalizuje legislację, która ma na zawsze odciąć Europę od rosyjskich paliw kopalnych. Przed europejskimi decydentami staje jednak pytanie znacznie trudniejsze niż to sprzed czterech lat. Wówczas pytanie brzmiało: jak przetrwać bez rosyjskiego gazu? Dziś brzmi: jak nie uzależnić się od amerykańskiego LNG?

Jak nie uzależnić się, płacąc za niego 750 miliardów dolarów w ramach umowy handlowej, która dla wielu krytyków, w tym eurodeputowanych z kilku frakcji politycznych, przypomina raczej traktat wasalny niż partnerskie porozumienie między dwoma równorzędnymi podmiotami?

Bruksela proponuje dziś odpowiedź niepełną i odłożoną w czasie. Morska energetyka wiatrowa, wodór, oszczędność energii, pompy ciepła, modernizacja sieci przesyłowych – to wszystko kierunki słuszne i absolutnie niezbędne. Ich efekty będą jednak widoczne za kilka lat, a nie za kilka miesięcy. Amerykańskie gazowce płyną tymczasem do Europy nieprzerwanie, a ich liczba systematycznie rośnie. 60 procent w styczniu. 65 procent prognozowane w całym 2026 roku. 80 procent możliwe w 2030 roku.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com