Wielkanoc 2026 przyniosła rekordowo ujemne ceny prądu na rynku hurtowym. Wiatr wiał, słońce świeciło, a przemysł stał. Efekt? Producenci energii dopłacali, by ktoś ją odebrał. Małgorzata Szambelańczyk z Eurowind Energy nie ma wątpliwości: to nie wina OZE, tylko brak magazynów, elastyczności i nowoczesnych sieci.
- Ujemne ceny energii to nie dowód na to, że mamy za dużo wiatraków i paneli. To dowód na to, że reszta systemu nie nadąża za ich rozwojem.
- Ekspertka nie pozostawia złudzeń – hamowanie rozwoju OZE byłoby rzucaniem dziecka z kąpielą. To właśnie wiatr i słońce są kluczem do bezpieczeństwa energetycznego i stabilnych cen w dłuższym horyzoncie.
- Problemem nie jest sama produkcja, tylko integracja tych źródeł z systemem. Potrzeba miliardów złotych na magazyny, modernizację sieci i taryfy zachęcające do przesuwania zużycia energii.
Wielkanoc 2026 roku przejdzie do historii polskiej energetyki jako czas, gdy energia elektryczna na rynku hurtowym kosztowała poniżej zera. Przez kilka dni, gdy przemysł świętował, fabryki stały, a biura świeciły pustkami, wiatraki i panele słoneczne pracowały pełną parą. Efekt? Ceny energii spadły do poziomów, które jeszcze kilka lat temu wydawały się techniczną ciekawostką, a dziś stają się coraz bardziej powszechnym zjawiskiem. Dla przeciętnego odbiorcy, który rozlicza się według stałej taryfy, te wahania są na razie niewidoczne. Ale dla systemu elektroenergetycznego to sygnał alarmowy – coś, co powinno skłonić decydentów do pilnych działań.
Głos w tej sprawie zabrała Małgorzata Szambelańczyk, prezes zarządu Eurowind Energy w Polsce, firmy zajmującej się rozwojem lądowej energetyki wiatrowej. Jej komentarz, przesłany do redakcji, jest krótki, ale bardzo konkretny. I rozbija jeden z najczęściej powtarzanych mitów, które pojawiają się w debacie publicznej za każdym razem, gdy na rynku zdarzają się ujemne ceny prądu. Mit, że to wina odnawialnych źródeł energii.
Ujemne ceny prądu. Jak to możliwe, że płacimy, żeby ktoś go od nas wziął?
Wyjaśnijmy od początku, o co chodzi. Na rynku hurtowym energii elektrycznej ceny kształtują się w zależności od popytu i podaży. W normalny dzień, gdy fabryki pracują, sklepy są otwarte, a ludzie wracają do domów i włączają telewizory, zapotrzebowanie na prąd jest wysokie. Wtedy elektrownie węglowe, gazowe, a także wiatraki i panele słoneczne – wszystkie pracują, by zaspokoić potrzeby. Problem pojawia się wtedy, gdy podaż jest wyższa niż popyt. A to zdarza się coraz częściej w weekendy, święta, czy w słoneczne, wietrzne dni, gdy przemysł odpoczywa.
W takich momentach, zamiast płacić za wyprodukowaną energię, producenci muszą dopłacić, żeby ktoś ją odebrał. To właśnie ujemne ceny. Brzmi absurdalnie, ale ma swoją logikę. Elektrownie konwencjonalne, zwłaszcza węglowe, nie mogą być wyłączane i włączane jak żarówka. Rozpalenie kotła trwa godzinami, a koszty postoju są ogromne. Dlatego wolą dopłacić, byle tylko nie wyłączać bloku. Odnawialne źródła energii działają na innych zasadach – wiatr i słońce są dane za darmo, ale gdy wieje i świeci, energia musi gdzieś popłynąć.
To nie OZE są problemem. Problemem jest betonowy system z epoki węgla
Małgorzata Szambelańczyk nie pozostawia wątpliwości, gdzie leży prawdziwa przyczyna ujemnych cen. W swoim komentarzu pisze wprost: „Ujemne ceny energii w okresach świątecznych nie są efektem nadmiaru OZE, lecz braku elastyczności systemu elektroenergetycznego”. To kluczowe zdanie, które warto przeczytać dwa razy. Bo w debacie publicznej często słyszy się narrację, że to wiatraki i panele słoneczne są winne temu, że energia jest tania – a nawet ujemna – i że trzeba hamować ich rozwój. Tymczasem ekspertka wskazuje palcem na coś zupełnie innego: na infrastrukturę, która nie nadąża za transformacją.
System elektroenergetyczny w Polsce został zbudowany w epoce węgla. Był projektowany do pracy w układzie, w którym duże, sterowalne elektrownie dostosowują produkcję do zmiennego popytu. To działało przez dekady. Ale w świecie, w którym mamy tysiące rozproszonych źródeł OZE – farm wiatrowych, instalacji fotowoltaicznych, biogazowni – ten model się sypie. Bo wiatr i słońce nie czekają, aż ktoś zgłosi zapotrzebowanie. One produkują, kiedy warunki są sprzyjające. A sieć nie jest przygotowana na to, żeby tę energię w takich momentach odebrać, przetransportować tam, gdzie jest potrzebna, albo – co najważniejsze – magazynować na później.
4 rzeczy, których Polsce brakuje. Sieci, magazyny, elastyczny popyt i – na razie – wyobraźnia
Małgorzata Szambelańczyk wymienia w swojej wypowiedzi trzy kluczowe obszary, w których potrzebne są pilne inwestycje: sieci elektroenergetyczne, magazyny energii oraz mechanizmy zarządzania popytem. Każdy z tych punktów to ogromne wyzwanie, ale też ogromna szansa.
Sieci elektroenergetyczne w Polsce są przeciążone i przestarzałe. W wielu miejscach nowe farmy wiatrowe czy instalacje fotowoltaiczne czekają latami na przyłączenie do sieci, bo operatorzy nie nadążają z modernizacją infrastruktury. A nawet jeśli już są podłączone, to w momentach nadprodukcji brakuje możliwości przesłania energii tam, gdzie jest potrzebna. Na przykład z północy, gdzie wieje wiatr, na południe, gdzie wciąż są fabryki.
Magazyny energii to druga wielka luka. W Polsce praktycznie nie ma jeszcze komercyjnych magazynów energii na dużą skalę, które mogłyby gromadzić nadwyżki z wiatru i słońca i oddawać je wtedy, gdy słońce nie świeci, a wiatr nie wieje. Dla porównania, w Niemczech, Kalifornii czy Australii gigantyczne bateryjne systemy magazynowania są już standardem. W Polsce dopiero raczkujemy. A bez magazynów, każda nadwyżka produkcji OZE musi zostać albo zmarnowana, albo – jak w święta – oddawana za ujemną cenę.
Mechanizmy zarządzania popytem, czyli elastyczne odbiory, to trzecia kluczowa kwestia. Wyobraź sobie, że twój piekarnik, pralka czy ładowarka samochodu elektrycznego uruchamiają się automatycznie wtedy, gdy energia jest najtańsza, a nie wtedy, gdy ty wciśniesz guzik. To już działa w niektórych nowoczesnych domach. Na skalę przemysłową oznacza to, że zakłady mogłyby przesuwać swoje najbardziej energochłonne procesy na godziny, gdy energia jest tania. To wymaga inteligentnych systemów zarządzania i odpowiednich taryf, ale przede wszystkim – zmiany myślenia.
Nie hamować, tylko przyspieszać. OZE kluczem do bezpieczeństwa i stabilnych cen
– OZE pozostają kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego oraz stabilnych cen w dłuższym horyzoncie – twierdzi Małgorzata Szambelańczyk, prezes Eurowind Energy. Energia z wiatru i słońca jest dziś najtańszym źródłem prądu w historii. Koszt produkcji megawatogodziny z nowych farm wiatrowych czy instalacji fotowoltaicznych jest już niższy niż z węgla, a często nawet niż z gazu. Problemem nie jest sama produkcja, tylko integracja tych źródeł z systemem.
Hamowanie rozwoju OZE – jak proponują niektórzy politycy i część opinii publicznej, przerażona ujemnymi cenami – byłoby rzucaniem dziecka z kąpielą. Bo to właśnie odnawialne źródła, w połączeniu z magazynami energii i elastycznymi sieciami, dają szansę na uniezależnienie się od węgla i gazu. A w dłuższej perspektywie – na stabilne, przewidywalne ceny energii, które nie będą skakać pod wpływem geopolitycznych zawirowań.
Czego potrzebujemy najbardziej? Odpowiedzialności i decyzji
Świąteczne ujemne ceny prądu to nie katastrofa. To przedsmak przyszłości, która już puka do drzwi. I dobrze, że się pojawiają – bo zmuszają do myślenia. To sygnał dla operatorów sieci, dla rządu, dla regulatorów, że czas na konkretne działania. Potrzebujemy miliardów złotych inwestycji w magazyny energii. Potrzebujemy modernizacji sieci, która trwa zbyt wolno. Potrzebujemy taryf, które zachęcą odbiorców do przesuwania zużycia energii na godziny, gdy jest jej nadmiar.
Potrzebujemy też zmiany narracji. Ujemne ceny prądu nie są dowodem na to, że mamy za dużo wiatraków i paneli. Są dowodem na to, że mamy za mało nowoczesnej infrastruktury. To nie OZE są problemem – problemem jest to, że reszta systemu nie nadąża za ich rozwojem. I to właśnie tam należy kierować uwagę i środki. Bo jak mówi Małgorzata Szambelańczyk, to nie czas na hamowanie transformacji, ale na przyspieszenie inwestycji w sieci, magazyny i elastyczność. Inaczej za rok, w kolejne święta, znowu będziemy czytać o ujemnych cenach, zamiast cieszyć się, że czysta energia jest tania i dostępna dla wszystkich.
Opracowano na podstawie: komentarza Małgorzaty Szambelańczyk, prezes zarządu Eurowind Energy w Polsce, przesłanego do redakcji.

