– Wychodzimy z ETS-u. Mamy nawet projekt ustawy – ogłosił w Radiu ZET Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera. To jedna z wielu przedwyborczych obietnic, która brzmi kusząco, ale jest prawnie i politycznie niemożliwa do spełnienia. ETS to fundament unijnej polityki klimatycznej, zapisany w traktatach. Jednostronne wyjście z systemu oznaczałoby nie tylko gigantyczne kary, ale faktyczne wypchnięcie Polski poza nawias UE. Tymczasem realna polityka to negocjacje i opóźnienia – ETS2 udało się przesunąć z 2027 na 2028, a Polska walczy o dalsze zmiany.
- Europejski System Handlu Emisjami (ETS) nie jest programem pomocowym, z którego można zrezygnować jak z dotacji. To mechanizm zapisany w unijnych traktatach, a próba jednostronnego wyjścia z niego uruchomiłaby procedurę naruszeniową, blokadę funduszy i gigantyczne kary. Jak mówi Krzysztof Izdebski, oznaczałoby to „ustawienie się w roli unijnego pariasa” i de facto wyjście z UE.
- Polska jest nie tylko płatnikiem, ale i beneficjentem ETS. W 2026 roku przychody ze sprzedaży uprawnień wyniosą około 20,5 mld zł, które trafią do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na inwestycje w czystą energię i termomodernizację. Dodatkowo w ramach Funduszu Modernizacyjnego w latach 2026-2030 może trafić do Polski nawet 15,9 mld zł ekstra.
- Realna polityka rządu wobec ETS to negocjacje, a nie histeryczne wyjście. Dzięki staraniom Polski i innych krajów regionu udało się przesunąć ETS2 z 2027 na 2028 rok. Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Niemcami nad wprowadzeniem mechanizmów stabilizujących ceny (np. korytarza cenowego) i dobrowolnością ETS2. To żmudna, ale skuteczna droga do zmiany systemu.
Zanim przejdziemy do analizy politycznych deklaracji, trzeba wyjaśnić, czym właściwie jest system, który Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki chcą wysłać do kosza. ETS, czyli Europejski System Handlu Emisjami, to mechanizm, który od 2005 roku ogranicza emisje gazów cieplarnianych w najbardziej emisyjnych sektorach gospodarki – energetyce, przemyśle ciężkim i lotnictwie. Działa na prostej zasadzie: ustala się roczny limit emisji dla całej UE, a przedsiębiorstwa muszą posiadać uprawnienia do emisji odpowiadające ich rzeczywistej produkcji. Część uprawnień dostają za darmo, resztę muszą kupić na specjalnej giełdzie. Limit systematycznie spada, a wraz z nim podaż uprawnień, co – w teorii – ma wymuszać inwestycje w czyste technologie.
W 2027 roku (obecnie przesunięty na 2028) ma wejść w życie ETS2, który obejmie opłatami za emisje sektor budynków i transport drogowy. To właśnie ten system budzi największe emocje, bo uderzy bezpośrednio w portfele obywateli – poprzez wyższe rachunki za ogrzewanie i paliwo. Związkowcy z „Solidarności” przestraszyli się na tyle, że w lutym 2026 zorganizowali we Wrocławiu protest przeciwko ETS2, wyliczając, że przy cenie uprawnień na poziomie 80 euro benzyna podrożeje o 79 groszy, a diesel o 91 groszy na litrze . Instytut Ochrony Środowiska dorzucał do tego czarne prognozy dla węgla – przy cenie 100 euro za tonę CO₂, tona węgla mogłaby zdrożeć o około 1000 złotych.
Morawiecki od lat powtarza mantrę o „podatku, który dusi europejską gospodarkę”. Czarnek idzie o krok dalej, obiecując nie tylko wyjście z ETS i ETS2, ale też odrzucenie Zielonego Ładu i umowy z Mercosur, a do tego powrót do węgla i demontaż paneli fotowoltaicznych, które na własnym przykładzie uznał za „kompletnie nieopłacalne”. To wizja spójna, ale oderwana od rzeczywistości prawnej i ekonomicznej, w której funkcjonuje Polska.
Co prawo unijne mówi o możliwości wyjścia z ETS?
Krzysztof Izdebski, ekspert Open Spending EU Coalition, w rozmowie z „Faktem” rozkłada tezy Czarnka na czynniki pierwsze.
– Wypowiadanie ETS, Zielonego Ładu, umowy z krajami Mercosur, walka z OZE, spowoduje, że nie będziemy już w praktyce członkiem UE – mówi wprost. Unia Europejska to nie hotel, z którego można wymeldować się, gdy przestaje nam odpowiadać wystrój pokoju. To zobowiązanie kontraktowe, w którym obie strony coś sobie dają. Polska, jako członek, przyjęła na siebie cały dorobek prawny Wspólnoty, w tym politykę klimatyczną i system ETS.
Można oczywiście w bardzo wyjątkowych okolicznościach wyłączyć się z pewnych mechanizmów – tak jak Polska próbowała negocjować przy pakcie migracyjnym, oferując w zamian przyjęcie uchodźców z Ukrainy. Ale to wymaga zgody innych państw i przedstawienia argumentów. W przypadku ETS taka zgoda jest niemożliwa, bo system jest fundamentalny dla całej unijnej polityki klimatycznej. Gdyby każde państwo mogło z niego rezygnować, cała konstrukcja runęłaby jak domek z kart.
Izdebski zwraca uwagę na jeszcze jeden, znacznie bardziej przyziemny aspekt.
– Powracanie do węgla i nadawanie mu coraz większego znaczenia jest groźne nie tylko ze względu na prawo unijne, ale ze względu na interes samej Polski, bo tego węgla jest coraz mniej. My możemy mówić co chcemy, ale to nie UE nas zmusza do odejścia, tylko to, że koszty jego wydobycia są kolosalne i cały czas rosną – tłumaczy. Innymi słowy, nawet gdyby Unia nagle zlikwidowała ETS, polskie kopalnie i tak byłyby w głębokiej defensywie wobec taniego węgla z importu i presji rynkowej.
20,5 miliarda złotych, które wpływają do polskiego budżetu z ETS
W całej tej dyskusji o „duszącym podatku” politycy skwapliwie pomijają fakt, że Polska jest nie tylko płatnikiem, ale i beneficjentem systemu ETS. Z szacunków Ministerstwa Klimatu i Środowiska wynika, że w 2026 roku przychody ze sprzedaży uprawnień do emisji wyniosą około 20,5 miliarda złotych. W 2027 roku będą to 18,4 miliarda, a w kolejnych latach podobne kwoty. Te pieniądze trafiają do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej i są przeznaczane na inwestycje w czystą energię, termomodernizację, rozwój OZE i inne cele klimatyczne.
Co więcej, Polska w ramach Funduszu Modernizacyjnego ma możliwość otrzymania dodatkowych środków ze sprzedaży uprawnień. W latach 2026–2030 może to być nawet 15,9 miliarda złotych ekstra. To pieniądze, które wspierają transformację energetyczną regionów górniczych, modernizację sieci i rozwój nowych technologii. Bez ETS tych pieniędzy by po prostu nie było, a polski budżet musiałby sam sfinansować kosztowną modernizację energetyki.
Czarnek, mówiąc o wyjściu z systemu, nie wspomina ani słowem o tych miliardach. Podobnie jak o tym, że Polska od lat negocjuje w Brukseli zmiany w ETS, które mają go uczynić bardziej przyjaznym dla naszej gospodarki. To nie jest walka z systemem, to walka o jego kształt.
Prawdziwa polityka rządu wobec ETS
W cieniu fajerwerków toczy się zupełnie inna, realna polityka. Wiceminister spraw zagranicznych Ignacy Niemczycki w lutym 2026 roku przedstawił w Brukseli konkretne postulaty. Polska dąży do dalszego opóźnienia ETS2, który udało się już przesunąć z 2027 na 2028 rok. Chcemy też, żeby był on mechanizmem dobrowolnym, a nie obowiązkowym dla wszystkich państw. To odważne stanowisko, które ma szansę zyskać poparcie innych krajów regionu.
W przypadku ETS1, obejmującego przemysł i energetykę, Polska proponuje wprowadzenie mechanizmów stabilizujących ceny, na przykład korytarza cenowego dla handlu uprawnieniami.
– Czyli mielibyśmy jakąś pulę uprawnień do emisji. I gdy cena by szła zbyt wysoko, moglibyśmy upłynniać te uprawnienia, żeby cenę odpowiednio obniżyć – tłumaczył Niemczycki.
Polska współpracuje w tych staraniach z Czechami, Słowacją i Niemcami, które – mimo że są bogatsze – też widzą problem w galopujących cenach uprawnień. W styczniu 2026 roku wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta spotkał się ze swoim czeskim odpowiednikiem, by uzgodnić wspólne stanowisko w sprawie ETS2. Oba kraje zgadzają się, że potrzebne są zabezpieczenia stabilizujące ceny i chroniące konsumentów przed szokiem.
To jest realna polityka: negocjacje, koalicje, opóźnienia, mechanizmy osłonowe. Nie ma w niej mowy o jednostronnym wyjściu z systemu, bo to byłoby polityczne samobójstwo.
50 euro za tonę, czyli czego naprawdę chcą europejscy liderzy
W debacie o ETS pojawił się w lutym 2026 roku głos, który zwrócił uwagę całej Europy. Prezydent Francji Emmanuel Macron, którego kraj od lat uchodzi za orędownika ambitnej polityki klimatycznej, stwierdził, że obecne ceny uprawnień są zbyt wysokie. Jego zdaniem powinny być o 50 procent niższe niż obecnie. To przełomowa deklaracja, bo Francja, oparta na energetyce jądrowej, dotąd była wiernym sojusznikiem Komisji Europejskiej w promowaniu ETS.
Analitycy ING BSK zwracają uwagę, że w Komisji Europejskiej szykuje się poważna reforma systemu. Ma zostać przedstawiona w trzecim kwartale 2026 roku, a potem będzie negocjowana z Parlamentem Europejskim i państwami członkowskimi przez rok-dwa. Co może się zmienić? Przede wszystkim możliwe jest zwiększenie puli darmowych uprawnień dla najbardziej energochłonnych gałęzi przemysłu oraz wprowadzenie mechanizmu stabilizacji cen, czyli wspomnianego korytarza cenowego.
To oznacza, że Polska ma realny wpływ na kształt systemu. Nie poprzez histeryczne deklaracje wyjścia, ale poprzez żmudne negocjacje i budowanie koalicji z innymi państwami. I to się udaje – opóźnienie ETS2 jest tego najlepszym dowodem.
Co z tą fotowoltaiką, czyli rachunek ekonomiczny według Czarnka
Na marginesie głównego wątku warto zatrzymać się przy wątku fotowoltaiki, który Czarnek uczynił osią swojej krytyki transformacji energetycznej. Były minister edukacji przekonuje, że panele na jego dachu są nieopłacalne. Zapłacił za nie 8100 zł, rachunki spadły z 2–2,5 tys. zł rocznie do 1–1,2 tys. zł, czyli zyskuje około tysiąca złotych rocznie.
– To ile muszę czekać, żeby mi się zwróciło to 8100 zł z tej fotowoltaiki? – pytał retorycznie.
Odpowiedź jest prosta: około 8 lat. To standardowy okres zwrotu dla mikroinstalacji w Polsce, a panele mają żywotność 25-30 lat. Przez resztę czasu będą produkować praktycznie darmowy prąd. Gdyby Czarnek doliczył do tego wzrost cen energii, który nieuchronnie nastąpi, zwrot byłby jeszcze szybszy. Trudno więc mówić o nieopłacalności, chyba że liczy się tylko pierwszą dekadę, a pomija następne.
Polityk dodaje też, że codziennie myśli o tym, czy panele mu się nie zapalą. To osobista obawa, któza nie znajduje potwierdzenia w statystykach – instalacje fotowoltaiczne są bezpieczne, a ryzyko pożaru jest minimalne, porównywalne z innymi urządzeniami elektrycznymi w domu.
Gra pozorów i jej konsekwencje
Przemysław Czarnek obiecuje projekt ustawy o wyjściu z ETS, który ma zostać przedstawiony 14 marca na konwencji „Alternatywa 2.0 dla energetyki”. Można być pewnym, że projekt powstanie, bo w kampanii wyborczej obietnice są na wagę złota. Ale można też być pewnym, że gdyby nawet trafił do Sejmu i został przyjęty, Bruksela zareaguje natychmiast. Nie będzie to szantaż, o którym mówi Czarnek – „my możemy objąć sankcjami Unię Europejską, nie płacąc jej składki” – ale uruchomienie procedury naruszeniowej, blokada funduszy i gigantyczne kary. Polska stanie się „unijnym pariaszem, który nie może liczyć na pełne fundusze, bo wykazuje daleko idący brak solidaryzmu z resztą Unii Europejskiej”.
To, co dziś jest obietnicą bez pokrycia, jutro może być pułapką, w którą wpadną wyborcy, dając się uwieść wizji taniej energii bez unijnych obciążeń. Taniej energii nie będzie, bo koszty wydobycia węgla i tak rosną. Nie będzie też łatwego wyjścia z ETS, bo to droga donikąd. Jest za to ciężka, żmudna praca nad reformą systemu, opóźnieniami i mechanizmami osłonowymi, którą polski rząd – ten obecny i przyszły – i tak będzie musiał prowadzić, niezależnie od kampanijnych deklaracji.
Fot. Unsplash.

