Polska jest mleczarnią Europy. Ale kto na tym zarabia?

Polska jest piątą potęgą mleczarską Unii Europejskiej, a wartość eksportu w 2025 roku sięgnęła 3,1 mld euro. Tymczasem ceny skupu mleka w styczniu 2026 spadły do 1,89 zł za litr – o 17,7 proc. mniej niż rok wcześniej. W wielu gospodarstwach cena przebiła psychologiczną granicę opłacalności, sięgając lokalnie 1,60 zł za litr. Pytanie, kto zarabia na polskiej mlecznej potędze, nabiera fundamentalnego znaczenia – rolnicy, przetwórcy czy sieci handlowe?

  • Polska jest piątym producentem mleka w UE, a eksport nabiału bije rekordy. W okresie styczeń-wrzesień 2025 wartość eksportu sięgnęła 3,1 mld euro, rosnąc o 15 proc. w ujęciu rocznym. Aż 73 proc. wyrobów trafia do krajów UE, głównie do Niemiec. Najbardziej zagrożone są masło i odtłuszczone mleko w proszku, które są wrażliwe na wahania światowych cen.
  • Ceny skupu mleka w styczniu 2026 spadły do średnio 1,89 zł za litr (188,86 zł za 100 l) – to o 17,7 proc. mniej niż rok wcześniej. W niektórych regionach, zwłaszcza w województwach pomorskim, łódzkim i kujawsko-pomorskim, ceny spadły nawet do 1,60 zł za litr, znajdując się poniżej granicy opłacalności (ok. 1,70 zł/l). Od października 2025 cena runęła z 2,20 zł/l.
  • Globalna nadpodaż i nowe umowy handlowe pogłębiają kryzys. Dostawy mleka wśród największych eksporterów wzrosły o 2,5 proc. rdr. Porozumienie UE-USA przyznało Amerykanom bezcłowe kontyngenty na 20 tys. ton produktów mlecznych, jednocześnie obkładając europejskie wyroby 15-proc. cłem. Umowa UE z Mercosur grozi napływem taniej żywności z Ameryki Południowej.
  • Długoterminowe prognozy dają Polsce nadzieję. Podczas gdy Europa Zachodnia będzie ograniczać produkcję (Niemcy -3,3 mld kg, Francja -3,0 mld kg do 2035), Polska ma utrzymać dodatnią dynamikę – wzrost o 2,7 mld kg do 2035 roku (1,6 proc. rocznie). Presja regulacyjna w Danii, Holandii i innych krajach UE będzie sprzyjać przenoszeniu produkcji do Polski.
  • Kto zarabia? Sieci handlowe zgarniają lwią część marży, sprzedając nabiał pod markami własnymi. Przetwórcy korzystają na rekordowym eksporcie, dywersyfikując rynki zbytu. Rolnik jest na końcu łańcucha – ponosi ryzyko, inwestuje, walczy z chorobami (np. choroba niebieskiego języka), a na koniec miesiąca dostaje przelew, który często nie pokrywa kosztów produkcji. Największe spadki cen prognozowane są na I/II kwartał 2026, stabilizacja możliwa w II połowie roku.

Zanim przejdziemy do podziału zysków, trzeba uświadomić sobie skalę zjawiska. Polska jest dziś piątym producentem mleka w Unii Europejskiej, a nasz sektor mleczarski to jeden z filarów całego rolnictwa. Przetwórstwo jest nowoczesne, skonsolidowane i coraz bardziej konkurencyjne na rynkach międzynarodowych. W pierwszych dziesięciu miesiącach 2025 roku wartość polskiego eksportu produktów mleczarskich wzrosła o 15 procent rok do roku w przeliczeniu na euro, a wolumen sprzedaży zwiększył się o około 7 procent. To wzrosty, które w dojrzałej branży, mierzącej się z globalną konkurencją, robią ogromne wrażenie.

Dane Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa są jeszcze bardziej imponujące. W okresie od stycznia do września 2025 roku odnotowano rekordową wartość eksportu na poziomie 3,1 miliarda euro. Co istotne, aż 73 procent naszych wyrobów mlecznych trafia do krajów Unii Europejskiej, a największym odbiorcą pozostają Niemcy. To pokazuje, że polski nabiał jest nie tylko tani, ale przede wszystkim wysokiej jakości, skoro potrafi konkurować na rynku, który sam w sobie jest zagłębiem mleczarskim.

Gdy spojrzymy na strukturę eksportu, widać, że najbardziej zagrożone są dwa sztandarowe produkty: masło oraz odtłuszczone mleko w proszku. To właśnie na nich skupia się presja ze strony importu z USA i Ukrainy, to one są najbardziej wrażliwe na wahania światowych cen. Ale jednocześnie to one stanowią o sile polskiego mleczarstwa na arenie międzynarodowej.

Dramat po drugiej stronie łańcucha. Ceny skupu lecą w dół

Gdy przemysł i eksporterzy zacierają ręce, polscy rolnicy przeżywają jeden z najtrudniejszych okresów w ostatnich latach. Według Głównego Urzędu Statystycznego, cena skupu mleka w styczniu 2026 roku wyniosła średnio 188,86 zł za 100 litrów, co przy przeliczeniu na litr daje około 1,89 zł. To o 17,7 procent mniej niż w styczniu 2025 roku i o 5,2 procent mniej niż w grudniu 2025 roku. Co gorsza, trend jest silnie spadkowy – od października 2025 roku cena runęła z poziomu 220 zł za 100 litrów do obecnych 188 zł.

Są regiony, w których sytuacja jest wręcz dramatyczna. Według Tygodnika Rolniczego, w niektórych częściach kraju cena skupu od jesieni spadła o około 80 groszy, osiągając poziom 1,60 zł za litr. Taka stawka znajduje się już poniżej granicy opłacalności, którą Europejska Federacja Hodowców Bydła szacuje na średnio 39 eurocentów za litr, czyli około 1,70 zł. Najniższe ceny w styczniu 2026 roku odnotowano w województwach pomorskim (174,80 zł/hl), łódzkim (176,06 zł/hl) i kujawsko-pomorskim (177,55 zł/hl), podczas gdy województwo podlaskie, będące sercem polskiego mleczarstwa, wciąż utrzymuje się na poziomie 201,95 zł/hl.

Dlaczego ceny tak spadają? Powodów jest kilka. Po pierwsze, globalna nadpodaż. Analitycy Credit Agricole wskazują, że dostawy mleka wśród największych światowych eksporterów (UE, Nowa Zelandia, USA, Australia, Argentyna) zwiększyły się w trzecim kwartale 2025 roku o 2,5 procent rok do roku, co jest tempem niespotykanym od 2021 roku. W samej Europie, po latach spadków, produkcja w Niemczech i Francji odbiła dzięki wyjątkowo korzystnym warunkom agrometeorologicznym i obfitości taniej paszy. Do tego dochodzi presja ze strony amerykańskiego eksportu, któremu sprzyja wysoki kurs euro do dolara oraz preferencyjne warunki wynegocjowane przez administrację USA.

Nowe umowy handlowe, czyli wilk w owczej skórze

Od 1 stycznia 2026 roku obowiązuje porozumienie handlowe pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, które miało złagodzić napięcia handlowe i zredukować wzajemne bariery celne. W praktyce jednak, jak oceniają eksperci, dla polskiego mleczarstwa przyniosło ono więcej zagrożeń niż szans.

Porozumienie to, choć nazywane umową handlową, nie jest wcale umową o wolnym handlu. Jak tłumaczy Marcin Hydzik, prezes Związku Polskich Przetwórców Mleka, z jednej strony Unia Europejska przyznała USA kontyngenty bezcłowe na 10 tysięcy ton produktów mlecznych i dodatkowe 10 tysięcy ton serów, a z drugiej strony Stany Zjednoczone obłożyły produkty mleczarskie z UE stawką cła wynoszącą 15 procent. To oznacza, że amerykańskie produkty będą mogły wpływać do Europy bez cła, podczas gdy europejskie, w tym polskie, będą na rynku amerykańskim obciążone dodatkowym podatkiem.

Agnieszka Maliszewska, prezes Polskiej Izby Mleka, przyznaje wprost, że amerykańskie produkty mleczarskie mogą wejść do UE przy korzystnych warunkach, co może zwiększyć presję cenową na polskie przetwórstwo. Choć na razie nie widać wielkich napływów na rynek unijny, a informacje o statkach z masłem wpływających do Polski są nieprawdziwe, to w dłuższej perspektywie ryzyko jest realne . Jeśli ceny światowe spadną z powodu większej podaży amerykańskiej, to może to wpłynąć na marże przetwórców w UE, a w warunkach silnej konkurencji mniejsze i średnie przetwórnie mogą mieć problem z utrzymaniem rentowności.

Podobne zagrożenie niesie ze sobą umowa UE z krajami Mercosur, podpisana w styczniu 2026 roku w Paragwaju. Zdaniem Maliszewskiej, jeśli do Unii Europejskiej trafi tania żywność z Argentyny, Brazylii, Paragwaju czy Urugwaju, zagrożone będą europejskie, w tym polskie gospodarstwa, które mogą nie wytrzymać konkurencji. Gdyby obie strony musiały spełniać tak samo surowe normy jakościowe, zagrożenie byłoby mniejsze, ale tak nie jest i w konsekwencji rolnicy mogą być zmuszeni do likwidacji swoich gospodarstw, co mogłoby prowadzić do utraty niezależności żywnościowej.

Długi marsz na Zachód, czyli polskie mleko rośnie w siłę

W tym morzu pesymizmu pojawia się jednak jeden jasny punkt, który rysuje się w perspektywie długoterminowej. Analitycy z RaboResearch i Międzynarodowej Sieci Porównawczej IFCN prognozują, że w kwestii spadków produkcji mleka w długim terminie nie zmieni się nic w stosunku do poprzednich prognoz, pomimo obecnego wzrostu. Europejska pula mleka spadnie o około 5 procent do 2035 roku względem poziomu z 2025 roku, co oznaczałoby epokową zmianę – od dynamicznego wzrostu do stopniowego i trwałego kurczenia się podaży surowca.

W tej układance Polska może należeć do wygranych. W przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, w każdym scenariuszu ma utrzymać dodatnią dynamikę produkcji. Prognozy największych spadków do 2035 roku obejmują głównie Niemcy (minus 3,3 miliarda kilogramów), Francję (minus 3,0 miliarda), Holandię (minus 2,7 miliarda) i Włochy (minus 1,6 miliarda). W tych samych scenariuszach udział Polski w produkcji nadal rośnie – w latach 2025–2030 prognozuje się wzrost o 1,2 miliarda kilogramów, a do 2035 roku łącznie o 2,7 miliarda kilogramów, przy średniorocznym tempie 1,6 procent.

Skąd ten optymizm? Przede wszystkim z presji regulacyjnej i kosztowej, jaka ciąży na producentach w starej Unii. W Danii wprowadzany jest podatek od emisji w hodowli zwierząt – w 2030 roku startuje od stawki 16 euro za tonę CO₂, co odpowiada kosztowi około 4 groszy na litrze mleka, a do 2035 roku stawka wzrośnie do 40 euro za tonę, czyli 10 groszy na litrze. Holandia przeznacza 3,1 miliarda euro na programy wykupu gospodarstw, a już 446 gospodarstw (3 procent ogółu) przyjęło ofertę, co realnie wpłynie na podaż mleka. Do tego dochodzą ograniczenia azotanowe, normy dobrostanowe i presja społeczna, które sprawiają, że produkcja w Europie Zachodniej staje się coraz droższa i trudniejsza.

Kto więc zarabia? Rolnicy, przetwórcy czy sieci handlowe?

Wracając do tytułowego pytania: skoro eksport rośnie, a ceny dla rolników spadają, kto zgarnia różnicę? Odpowiedź jest złożona i bywa brutalna.

Na szczycie łańcucha stoją wielkie sieci handlowe, które dyktują warunki dostawcom. W rozmowie podczas XV Konferencji Mleczarstwa Polskiego EUROMLECZ 2026, Jarosław Maliszewski, prezes Polskiej Grupy Mleczarskiej, wprost mówił o konieczności stworzenia silnej polskiej marki, jaką mogłaby stać się na przykład marka Orlen . Póki co, w porównaniu z Włochami czy Francją, gdzie silne marki producenckie dominują na półkach, w Polsce większość nabiału sprzedawana jest pod markami własnymi sieci, co oznacza, że to sklepy zgarniają lwią część marży, a producenci walczą o przetrwanie, konkurując głównie ceną.

Przetwórcy, choć narzekają na presję ze strony sieci, wciąż mają się lepiej niż rolnicy. To oni korzystają na rekordowym eksporcie, to oni mogą dywersyfikować rynki zbytu i szukać lepszych ofert za granicą. Gdy w kraju ceny są niskie, zawsze mogą sprzedać więcej za granicę, gdzie popyt jest większy. Problem w tym, że w dłuższej perspektywie bez stabilnych dostaw surowca od rolników ich biznes legnie w gruzach.

Rolnik jest na końcu tego łańcucha. To on ponosi ryzyko produkcji, inwestuje w nowoczesne obory, walczy z chorobami, takimi jak choroba niebieskiego języka, która w ostatnich tygodniach 2025 roku lawinowo rozprzestrzeniała się w Polsce, obejmując już trzy czwarte terytorium kraju . To on wstaje o czwartej rano, by wydoić krowy, a na koniec miesiąca dostaje przelew, który często nie pokrywa nawet kosztów produkcji.

Eksperci z Credit Agricole prognozują, że największe spadki cen nastąpią na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 2026 roku, a powrót do stabilizacji może nastąpić dopiero w drugiej połowie roku. W dłuższej perspektywie, gdy Europa Zachodnia będzie się kurczyć, Polska może stać się jednym z kluczowych filarów europejskiego mleczarstwa. Ale to zimne pocieszenie dla rolnika, który dziś zastanawia się, czy starczy mu na paszę dla bydła i czy będzie go stać na utrzymanie gospodarstwa do czasu, gdy te optymistyczne prognozy się ziszczą. Pytanie, czy ktoś w tym łańcuchu – rząd, sieci handlowe, czy sami przetwórcy – wyciągnie do niego pomocną dłoń, zanim będzie za późno.

Fot. Unsplash.

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu

Podłącz się do źródła najważniejszych informacji z rynku energii i przemysłu